Głos z ciemności,Muzyka,Recenzje

Głos z ciemności #2 – Kat & Roman Kostrzewski, Gruzja, Warfist, Owls Woods Graves i inni

Głos z ciemności
Głos z ciemności

Przełom lutego i marca 2019 roku obfitował w nowości, które pozostaną fanom metalu na długo w pamięci. Powinienem dodać” ekstremalnego metalu, ponieważ w mainstreamie panują ostatnio nudy, czego dowodem jest surowa ocena nowości od In Flames, Queensrÿche czy też Tyr.

Za to wiele działo się na krajowym podwórku i niech nie zdziwi nikogo, że drugi odcinek Głosu z ciemności został zdominowany przez polskich wykonawców. Zaczynamy od prawdziwej legendy rodzimego metalu i wszelakiego bluźnierstwa, jakim jest Roman Kostrzewski ze swoim wcieleniem Kata. Dla wielu, w tym i dla mnie, jedynego słusznego Kata. Zapraszam do lektury.


Kat & Roman Kostrzewski – Popiór (wydanie własne)

katBiało-Czarna nie przypadła mi do gustu, więc nie robiłem sobie większych nadziei w oczekiwaniu na nową muzykę Romana Kostrzewskiego i jego ekipy. Co więcej, pokutowała we mnie myśl, że Roman rzeczy genialne tworzył wyłącznie z Piotrem Luczykiem, który to dzisiaj stoi na czele „właściwego” Kata, przy okazji rozmieniając legendę tego zespołu na drobne. Wracając do Romkowej reinkarnacji Kata: sporo się działo przy okazji premiery. Wieloletniego perkusistę, Irka Lotha, zastąpił Jacek Nowak, a gitarzystę, Piotra Radeckiego, ceniony w środowisku Jacek Hiro, który wziął na swe barki obowiązki kompozytora. Ponadto posypało się nieco gromów na zespół za zbyt wysoką cenę albumu, ale czy faktycznie jest wygórowana, to już każdy sam musi sobie na to odpowiedzieć.

Niemniej Popiór zaskakuje swoim wysokim poziomem. Rzecz jasna Kostrzewski, Hiro i spółka nie odkrywają prochu, ale Kat AD 2019 jawi się jako bardzo dobrze naoliwiona i sprawna maszyna. Kostrzewski bluźni jak za dawnych lat, chociaż jego współczesne teksty są znacznie mniej inspirowane poezją młodopolską, a bardziej ich autor sięga po regionalizmy i podania ludowe, rzecz jasna z rodzimego dla Romana Śląska. Muzycznie płyta stoi pomiędzy …Różami miłościSzyderczym zwierciadłem, więc piosenki brzmią klasycznie, zespół nie stara się na siłę pokazać jako nowoczesny i pędzący za trendami. Owszem, momentami kawałki wydają się nieco kwadratowe i toporne, jednak są doskonale spięte klamrą, jaką jest niepowtarzalny głos Kostrzewskiego, który może nie szarżuje tak, jak za dawnych lat, ale dalej śpiewa w jedyny, charakterystyczny dla siebie sposób. Faktem jest, że Popiór to naprawdę dobra płyta, potwierdzająca tylko fakt, że nie ma Kata bez Romana.

Ocena: 7/10


Gruzja – I iść dalej (Godz ov War Production)

Gruzja to zdecydowanie jeden z najgorętszych bandów ostatnich tygodni na krajowej scenie ekstremalnego metalu. Na pierwszy “rzut ucha” Gruzja to bezczelny, najbardziej obskurny black metal, jaki tylko można sobie wyobrazić. Dodając do tego totalnie chory growl wokalisty, otrzymamy idealną receptę na płytę, która powinna trafić jedynie do absolutnie wąskiego grona maniacs, którzy lubią grzęznąć w błotnistym mule dźwięków. Jednak Gruzja ma zdecydowanie więcej do zaoferowania, niż nam się wydaje. Po pierwsze teksty, w których nie ma lasu, mgły, pogańskich bożków i innych takich tam, tylko jest nihilizm, pot, ulica, brud, brudna miłość, bocznice kolejowe i negowanie wszechobecnej estetyzacji i kultu… galerii handlowych. Naiwne? Wcale nie. Teksty pozostawiają olbrzymie wrażenie; fakt, są trochę grafomańskie, za to posiadają mnóstwo odniesień do krajowej popkultury, jak chociażby w świetnym Manam. Słowa zawarte na I iść dalej niejednokrotnie potrafią wstrząsnąć słuchaczem, jak doskonały liryk w Opuść mnie. Nie dziwią mnie więc porównania do krakowskiej Odrazy, natomiast chyba te dwa zespoły należy porównywać jedynie na poziomie lirycznym i wizerunkowym, bo muzycznie to jednak nieco inna para kaloszy. Kończąc ten przydługi wywód, powiem, że I iść dalej to doskonały album, z charakterem i pomysłem na siebie, który pokazuje nieco inne spojrzenie na ekstremalne granie.

Ocena: 9/10


Popiół – Zabobony (Godz ov War Productions)

Thy Worshiper milczy ostatnio, ale to nic nie szkodzi, bo jest Popiół, który ujawnił się światu debiutanckim albumem Zabobony. No właśnie – jeśli ktoś polubił klasyków polskiego pagan black metalu, to z pewnością będzie usatysfakcjonowany zawartością Zabobonów. Zresztą porównanie do Thy Worshiper jest nieprzypadkowe, bo ¾ składu Popiołu tworzą byli albo obecni muzycy tej kapeli (ale także i innych, nie mniej zacnych), co dawało nadzieję, że płyta nie będzie czymś słabym.

I faktycznie tak się dzieje. Nie będę ukrywał, że nie jest to twórczość, która zawładnie słuchaczem od razu, za pierwszym odsłuchem. Podchodziłem do Zabobonów trochę jak pies do kota, szczególnie że połączenie pagan/black metalu z akustycznymi elementami i ludowo-słowiańską ornamentyką nie zawsze mi gra w stu procentach. Tutaj ponadto dochodzą często rozbudowane, wielowątkowe kompozycje, więc raczej nie dostajemy szybkich i łatwych do przyswojenia ciosów. Warto, a wręcz należy, dać czas tej muzyce, pozwolić się jej wybrzmieć, aby docenić moc Popiołu. Myślę, że wówczas Zabobony nie rozczarują.

Ocena: 7,5/10


Warfist – Grünberger (Godz ov War Productions)

Przy okazji premiery Metal to the Bone zachwycałem się nad Warfist. Obiektywnie rzecz biorąc, to nie ma powodu do takich zachwytów nad zielonogórską ekipą (tytuł albumu, jak widać, nie jest przypadkowy). Zespół sprawnie łączy black metal z thrashem, nie kombinując przy tym specjalnie, nie starając się na siłę unowocześniać brzmienia albo gonić za awangardowymi pierdołami. Czyli to już wiemy, będzie klasycznie. Czysty oldschool.

Natomiast to, czym Grünberger różni się od Metal to the bone, to fakt, że panowie dołożyli jeszcze bardziej do pieca, chociaż na poprzednim krążku wydawało się, że zielonogórska maszyna jest cholernie trudna do przegonienia, i byłem pewny, że panowie z Warfist dotarli do osobistej ściany. Nic bardziej mylnego. Trudno wyróżnić jakiś kawałek. Płyta zapieprza aż miło, szatkując powietrze potężnymi riffami oraz galopadą sekcji rytmicznej. Przez 38 minut nie zastaniemy ani chwili wytchnienia, nie ma czasu na odpoczynek, bo zostaniemy momentalnie znokautowani sonicznym ciosem. Fantastyczna płyta.

Ocena: 9/10


Owls Woods Graves – Citizenship of the Abyss (Malignant Voices)

Kolejny strzał na krajowej scenie. I kolejny naprawdę bdb jakości, chociaż trochę z innej parady aniżeli wspomniani już Warfist albo nawet Gruzja. Owls Woods Graves trochę kazali czekać na następcę pochodzącej z 2016 roku EP, ale warto było trwać w cierpliwości. Zespół, na który składają się członkowie Medico Peste oraz koncertowego składu Mgły, kontynuują uprawianie hybrydy punka oraz black metalu i nieustannie grzęzną po uszy w dźwiękowym błocie. To rzecz fanów tak Darkthrone, jak i starej Siekiery (kawałek Of Moss and Lichens to chyba swoisty hołd dla kapeli Tomasza Adamskiego). Rzecz jasna wprawne ucho dosłyszy jeszcze wpływy crust punka, hardcore’u tudzież brudnego speed metalu, natomiast żonglowanie szufladkami w kontekście muzyki Owls Woods Graves jest trochę bez sensu, bo zapominamy o esencji Citizenship of the Abyss. A tą esencją jest totalna bezkompromisowość, która bije z każdego z kawałków zespołu. Owls Woods Graves jeńców nie bierze.

Ocena: 8/10


Ashes – Ashes (Malignant Voices)

Ashes to projekt Nefara (Medico Peste), któremu pomogli Vann (ex-Outre) i The Fall (Medico Peste, Owls Woods Graves, Over the Voids, Mgła live), więc znowu możemy być zupełnie spokojni, że usłyszymy coś na odpowiednim poziomie. Z drugiej strony osoby znające niektóre z tych hord, mogą pomyśleć, że to kolejne awangardowe dziwadło na scenie. A tu nic takiego nie występuje, wręcz przeciwnie. Ashes to melancholijny black metal, zakorzeniony mocno w latach dziewięćdziesiątych, nieodbiegający w swojej stylistyce od klasyków gatunku jak Forgotten Woods, a w tle mogą gdzieś pobrzmiewać echa Burzum z okresu Filosofem. No cóż, w roku 2019 jest to zdecydowanie granie nie na czasie, nawet w black metalowej ekstremie, co nie zmienia faktu, że Ashes to dobra płyta, która z pewnością zadowoli każdego lubującego się w zimnym, nostalgicznym black metalu.

Ocena: 7/10


Abusiveness – Ignis Aurum Probat (Heritage Recordings)

No cóż, najnowsze dzieło pagan black metalowej hordy z Lublina pojawiło się na powierzchni niespodziewanie. Abusiveness trochę kazali swoim fanom czekać na następcę Bram Nawii z 2014 roku. Zespół konsekwentnie rozwija własną, sprawdzoną od lat stylistykę i absolutnie nie zamierza się podporządkować modom, prezentując 42 minuty doskonałego pagan/black metalu, uwypuklając przy tym na Ignis Aurum Probat pewne melodyjne aspekty swojej twórczości i wcale nie jest to żart. Idealnym przykładem jest kawałek Kowal dziejów, któremu absolutnie nic nie można zarzucić pod względem kompozytorskim, a pochwalić należy za świetne melodie. Wyzwolenie będzie za to idealnym do wydzierania się wraz z zespołem na koncertach. Mógłbym podobnie napisać o każdym z kawałków. Nośność najnowszych kompozycji Abusiveness wręcz zachęca do chwycenia miecza w walce o pogańskie dziedzictwo. I jak sądzę, o to w tym wszystkim chodzi.

Ocena: 7,5/10


In Flames – I, the Mask (Nuclear Blast)

Szwedzi już dawno nie grają death metalu. Zasadniczo ich stylistyka to hybryda wszystkiego, co teraz popularne i modne w metalowym mainstreamie. Ma to swój sens, trzeba to przyznać. Zespół w pewnym momencie miał do wyboru trwać w ciasnym kokonie stylistycznym szwedzkiego, melodyjnego death metalu lub próbować uderzyć ku większej publiczności. In Flames wybrali to drugie i od wielu lat robią płyty niczym z taśmy  produkcyjnej, które dobrze się sprzedają i przyciągają przy okazji tłumy na koncerty. No cóż, I, the Mask nie przekona nieprzekonanych do współczesnego wydania In Flames. Fani, oczywiście dzisiejszej wersji bandu, będą zachwyceni. Mnie już raczej nie kupią i zasadniczo na mnie i mnie podobnych już dawno zespołowi nie zależy. Bo w sumie i po co?

Ocena: 4/10


Týr – Hel (Metal Blade Records)

Pochodzący z Wysp Owczych muzycy Týr od wielu lat wesoło rzeźbią w wyeksploatowanym do cna gatunku zwanym viking/folk metalem. Nie zaskoczę nikogo, stwierdzając, że Hel zupełnie nic nie wnosi do twórczości zespołu. Chociaż po pierwszych nutach miałem nadzieję, że zespół nieco zaostrzył i zabrudził swoje brzmienie, ale przaśny refren kompozycji Gates of Hell szybko pozbawił mnie złudzeń. Nie zmienia to faktu, że nowa muzyka Týr brzmi epicko, potężnie, dostojnie, zgodnie z gatunkowym kanonem, natomiast kompozycyjnie mamy to, co zwykle. Zasadniczo ktoś może stwierdzić: skoro zespół mi się nie podoba, to dlaczego o nim piszę? No cóż, bo mogę. Kończąc: nowa rzecz od Týr to rzecz skierowana wyłącznie do fanów. Jednak, jak ktoś chce rozpocząć przygodę z farerskimi metalowcami, to niech zaczyna od ponad piętnastoletniego Eric the Red.

Ocena: 4/10


Hunter – Arachne (Makumba Music)

Pogubił się nieco w ostatnich latach Hunter. Albo powiem inaczej – ostatnie dokonania ekipy Draka niespecjalnie mi podchodzą. Uważam po prostu, że ostatni dobry krążek od Huntera to HellWood. Nie liczyłem na wiele, odpalając Arachne, więc tym samym nie jestem rozczarowany, a raczej odczuwałem ponurą satysfakcję, poznając nowe dźwięki formacji ze Szczytna. Moim zdaniem problemem Huntera jest to, że zespół od lat drepcze w kółku, niespecjalnie zmieniając swoją wypracowaną od lat stylistykę. Słyszymy od lat ograne, przewidywalne, aczkolwiek charakterystyczne patenty zarówno w sferze kompozytorskiej, jak i lirycznej. Teksty Draka znowu trącają lekką grafomanią, kompozycje otoczone są często przesadnym patosem i teatralnością, pomysły na teledyski trącą myszką, a skrzypce Jelonka brzęczące gdzieś w tle potrafią tylko irytować. W tym wszystkim giną momentami fajne pomysły na piosenki. Krótko mówiąc: to Hunter, jakiego znamy od lat. Tylko i aż tyle.

Ocena: 5/10


Queensrÿche – The Verdict (Century Media Records)

Queensrÿche wielkim zespołem był. No właśnie – był. W dodatku trzeba sobie zadać pytanie, które z dwóch wcieleń pretendujących do wielkiej spuścizny formacji jest tym jedynym, słusznym, prawdziwym true Queensrÿche? Swego czasu, po burzliwym odejściu z zespołu legendarnego wokalisty Geoffa Tate’a przez chwilę na rynku funkcjonowały dwa zespoły o takiej nazwie. Smutne jest to, co się dzieje z tym zasłużonym dla progresywnego metalu bandem, twórcami genialnego Operation: Mindcrime. Niemniej Geoff Tate ze swoim Operation: Mindcrime (bo tak nazywa się teraz jego zespół), jak i „właściwy” Queensrÿche z Todem La Lorrem na wokalu, w ostatnich latach tworzą albumy po prostu przeciętne, wtórne, momentami wręcz nudne. Inna sprawa, że ostatnie płyty Queensrÿche z Tatem na wokalu są chyba jeszcze gorsze (koronnym przykładem jest fatalny Dedicated to Chaos). Niestety, The Verdict idealnie wpasowuje się w ten obraz marazmu i przeciętności. Oddajmy jednak cesarzowi, co cesarskie. Zespół brzmi solidnie, technicznie bez zarzutu, wokalista naprawdę daje radę, chociaż do Geoffa z najlepszych lat startu nie ma. Jest jednak jeden mały problem. Po kilku przesłuchaniach The Verdict w głowie nie zostaje mi dosłownie nic, trudno mi wyróżnić jakąkolwiek kompozycję, a nawet ich chociażby fragment. Przynajmniej zespół ma powód, aby ruszyć w trasę, ogrywając swoje stare hity. Dobre i to.

Ocena: 4,5/10


Fot.: Godz Ov War Productions, Pagan Records, Century Media Records, Nuclear Blast, Makumba Music, Metal Blade Records, Heritage Recordings, Malignant Voices, Kat & Roman Kostrzewski.

Podobne wpisy:

Avatar

Czasami wyjdę z ciemności.

Komentarze: 1

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *