Głośni partyzanci z Kanady – Viet Cong – “Viet Cong” [recenzja]

Viet Cong przebojem wkradł się do świadomości słuchaczy wszelakich hałasów. Ten kwartet z kanadyjskiego Calgary nagrał płytę odważną, momentami bezkompromisową, potrafiącą odepchnąć swoją formą mniej wprawionego słuchacza, a chwilami szalenie przebojową, wręcz porywającą z fotela. Viet Cong swoim debiutem pokazał, jak wkraczać jako wielcy na scenę muzyczną. Oby nie był to jednorazowy wyskok.

Szczerze mówiąc, nie spotkałem się nigdy z muzyką proponowaną przez Kanadyjczyków. EP Cassette był ponoć chwalony z wielu stron, ale mnie to jakoś ominęło. Wcześniejszy zespół muzyków Viet Cong, czyli Women, znam tak sobie. Za to nie mogłem nie zauważyć debiutu, o którym w styczniu i w lutym ciężko było nie usłyszeć, szczególnie jak człowiek nie tylko interesuje się muzyką z tzw. mainstreamu. Nie pozostało nic innego, jak zasiąść przy głośnikach i wtopić się w te dźwięki pełne post-punka, indie rocka, shoegaze, noise rocka, industrialu… i tak można wymieniać w nieskończoność. No dobra, powyższa wyliczanka wynika z mojej nieumiejętności wskazania odpowiedniej szuflady stylistycznej dla tego zespołu. W sumie – po co to robić?

Bo eklektyzm jest właśnie jednym z atutów Viet Cong, co doskonale pokazuje otwierający płytę Newspaper Spoons, gdzie industrialny początek zamienia w krautrockowy trans, aby skończyć z pięknym, onirycznym tematem klawiszy. Pointless Experience pokazuje zespół ze strony bardziej piosenkowej, ale to nie są zwykłe piosenki. Niepokojący basowy puls, brudne dźwięki gitar nie spowodują, że piosenka zawojuje listy przebojów, jednak podkłady melodii, nawet jeśli są, to są dziwne, pokręcone, mało oczywiste.

March of Progress znowu pokazuje, że nie będzie oczywistości na Viet Cong. Po gitarowym brudzie przyszedł czas na hipnotyzujące dźwięki klawiszy z towarzyszeniem bębnów, aby zamienić się w prawie folkowe granie z harmoniami niczym z Fleet Foxes. Oczywiście kawałek na samym końcu zaskakuje nas wręcz dyskotekowym graniem. Nie bardzo czuć w tym logikę, ale to szaleństwo jest jak najbardziej na miejscu.

Bunker Buster jest chyba najmniej charakterystycznym ze wszystkich utworów, ale pokazuje dobitnie inspiracje muzyków, który potrafili czerpać z kraut rocka tudzież heavy proga. Następne dwie kompozycje to kolejno: przebój Continental Shelf, który jest wręcz bezczelnie przebojowy, począwszy od pierwszych nut gitar, poprzez zwrotki aż po refren, gdzie wokalista śpiewa lekko, zwiewnie no i te zawodzenia gitary w tle! Majstersztyk; Silhouettes to natomiast typowa post-punkowa jazda, ale z odpowiednim pulsem basu i brzmieniem klawiszy, mimo archaicznych rozwiązań, brzmi to bardzo współcześnie i odpowiednio wpisuje się w młodą, lecz zarazem dojrzałą stylistykę grupy. Płytę kończy blisko jedenastominutowy Death, w którym na początku zespół kontynuuje swoje post-punkowe poszukiwania, lecz druga część jest zdecydowania noise’owa, pełne sprężeń, trzasków, nieokreślonych dźwięków brudnej jak diabli gitary, aby powrócić do początkowego motywu. Mocny koniec.

Zdecydowany kandydat do debiutu roku. Idealny przykład, że we współczesnych czasach można zrobić świetną muzykę, niebanalną, odstającą od przyjętych schematów, w dodatku podlać to pierwiastkiem przebojowości i przy okazji zostać rozpoznanym momentalnie na całym świecie bez wsparcia wielkich wytwórni. Bo od czego jest Internet?; bo czy muzycy Viet Cong jeszcze rok temu spodziewali się, że będą pisać o nich recenzję w Polsce? Nie sądzę. I nie ma co się dziwić, bo to absolutnie intrygująca i wciągająca muzyka. Na pewno warta uwagi.

Viet Cong – Continental Shelf (Official Video)

Fot.: Sonic Records.

Na Głosie Kultury odpowiedzialny za pisanie o muzyce. Gustuje w każdym gatunku oprócz rapu, jednak im większy gitarowy hałas, tym lepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *