Strach ma psie oczy – Ben Leonberg – „Good boy”

Uważam się za osobę, która jest w stanie patrzeć bez obrzydzenia na przeróżne makabryczne zbrodnie, wypadki i tym podobne. Nie mogę jednak ścierpieć krzywdzenia zwierząt, i myślę, że wiele osób zgodzi się ze mną, że jest to szczególny rodzaj zwyrodnialstwa, który w przestrzeni publicznej spotyka się z wyraźnym potępieniem. Nie zdziwiło mnie więc, że pierwsza reakcja widzów na zwiastun filmu Good boy brzmiał mniej więcej: o nie, oni chcą zabić psa! Trudno było mi się z tym nie zgodzić, bo przecież w horrorze raczej nie spotkamy się ze szczęśliwym, sielankowym życiem. Ben Leonberg jednak odważył się zaryzykować, wystawił się na potencjalny ostracyzm i myślę, że może być z siebie zadowolony, gdyż nikt go ze świata kinematografii nie będzie chciał wygnać. 

Można by pomyśleć, że historii o nawiedzonym domu opowiedziano już tysiące i niczym nie da się zaskoczyć widza. A tu przychodzi Ben Leonberg i wymyśla starą ruderę na odludziu w której straszy, ale spojrzymy na nią psimi oczami. I to wiele zmienia. Konieczność odczytywania emocji głównego bohatera tylko z ograniczonej mimiki, ruchu ciała i pojedynczych dźwięków, a nawet sama perspektywa (kamera umieszczona na wysokości psa sprawia, że nawet stolik nocny czy krzesło zdają się być dodatkową przeszkodą) sprawiają, że Good boy od pierwszych chwil daje wrażenie świeżości i satysfakcjonuje czymś nowym. 

Indy jest psem wiernym swojemu panu na zabój, a w miejscu przyszłej matni stara się być strażnikiem i opiekunem, który chroni ukochaną osobę przed zagrożeniem. Widać, że reżyser bardzo dobrze rozumie psią naturę (grający główną rolę pies jest zresztą jego prywatnym pupilem) i podobało mi się, że chętnie korzysta z typowych dla tego gatunku zwierząt zachowań. Właściciele czworonogów z pewnością kojarzą momenty, gdy pies czy kot usilnie wpatruje się w jedno miejsce, chociaż nam się wydaje, że nic tam nie ma. Ben Leonberg wstawia w to miejsce elementy klasyczne dla horroru i wypada to świetnie, chociaż współczucie dla przerażonego, ale gotowego do działania Indy’ego rośnie w miarę oglądania.  

Warto wspomnieć, że Indy czuje potrzebę opiekowania się Toddem, tym bardziej że mężczyzna jest poważnie chory – nie wiemy dokładnie co mu dolega, ponieważ rzadko doświadczamy tu dialogów czy wprost opisanych stanów ludzkiego bohatera filmu. W tle majaczy jakieś uzależnienie, śmiertelna diagnoza; o jego złej kondycji może jedynie poświadczyć częste plucie krwią i czasowa utrata świadomości. I choć to nie Todd gra tutaj pierwsze skrzypce, to jest on kluczową osobą dla Indy’ego, toteż gdy traci nad sobą kontrolę i postanawia ukarać psa przywiązując go do budy, staje się nawet postacią znienawidzoną. Jego paranoja powiększa się, gdy i on zaczyna widzieć zjawy. I mimo tej okropnej postawy Todda, Indy wciąż jako nadrzędny cel stawia sobie chronienie go przed czającymi się w domu potwornościami. Jego nieustępliwość potrafi wręcz wycisnąć łzy z oczu budząc refleksję, że człowiek dla psa jest dosłownie całym światem i są gotowe ryzykować wszystko, aby pomóc swojemu opiekunowi.  

Good boy trzyma w napięciu do końca, aż przychodzi gorzki finał, który chwyta za serce. Nie zdradzę oczywiście, czy Indy ginie czy też nie, ale mogę uspokoić, że film nie zawiera w sobie bestialskiego traktowania zwierząt czy też drastycznych scen z udziałem psa. Czy to wystarczy, aby osoby wyjątkowo uczulone na zwierzęcą krzywdę mogły bez skrępowania obejrzeć ten film? Każdy musi chyba sobie na to pytanie odpowiedzieć indywidualnie, mogę jednak zapewnić, że momenty dyskomfortu warte są tego, aby Good boya obejrzeć. W końcu to jakaś nowość na poletku filmów grozy, nagrana z wyczuciem smaku i pełną świadomością, co chce ukazać. A nawet jeśli to kogoś miałoby nie przekonać, to powiem jedno – w oczach Indy można się zakochać na amen. 

Fot.: Monolith Films

PS. Na film wybraliśmy się dzięki Cinema City.

chłopi

Overview

Ocena
7 / 10
7

Write a Review

Opublikowane przez

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *