Seriale,Wielogłos

“Gra o tron”, sezon 7 epizod 5 – “Eastwatch” – wrażenia (ze spoilerami)

Eastwatch
Eastwatch

W  końcu nadszedł ten dzień, kiedy najnowszy epizod siódmego sezonu Gry o tron poróżnił naszych redaktorów. Przemek uważa, że odcinek Eastwatch był najsłabszym, głównie ze względu na wolne tempo i nadmiar zbędnych scen. Z kolei Mateusz twierdzi, że te “zbędne sceny” tak naprawdę były istotne, jednak albo nieuważnie oglądaliśmy serial, albo dopiero okażą się mieć na coś wpływ. Co jeszcze wartego odnotowania znalazło miejsce w tym odcinku? O czym warto podyskutować? Czy Trójoka Wrona ma pełne prawo być drewniana i czy Arya dała się podejść Paluszkowi? Sprawdźcie, co sądzą o tym nasi redaktorzy!

Przemek Kowalski: No i stało się. Po czterech kapitalnych odcinkach najnowszego sezonu Gry o tron nadszedł ten, który śmiało można nazwać najsłabszym, a nawet – poniekąd – zbędnym. Jego tytuł to Eastwatch i w zasadzie nie wydarzyło się w nim wiele, a już na pewno nic z rzeczy, które przyciągały w tym roku uwagę fanów serii. Nie otrzymaliśmy wyczekiwanej wojny, odważnych kroków ani żadnych spektakularnych twistów fabularnych. Co więc dostaliśmy? 

Wszystko zaczęło się od najsłabszej możliwej wersji rozwiązania cliffhangera z poprzedniego epizodu. Jaime i Bronn wynurzają się z rzeki kilkaset metrów od pogorzeliska urządzonego przez Daenerys i w zasadzie nie wiadomo nawet jak to skomentować. Pomijając już nawet zawód sam w sobie, na usta ciśnie się jedno wielkie: JAK? Jak to się stało, że nikt ich nie ścigał? Jak to się stało, że nagle znajdują się tak daleko od miejsca akcji? Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.

Twórcy znaleźli również miejsce dla przedłużonych, zupełnie nic nie wnoszących do fabuły scen, takich jak ta z Danny skazującą na śmierć seniora rodu Tarly oraz jego potomka. Trwało to i trwało, ciągnęło się i ciągnęło, a w gruncie rzeczy wszystko sprowadzało się do „poddajecie się albo Was spalę. Aaa, czyli się nie poddajecie? Ok, no to DRACARYS”. I tyle ich widziano. Jedynym plusem całego tego przydługiego wywodu był widok majestatycznego smoka, który – o kurcze – naprawdę robi wrażenie!

To zresztą niejedyna zbędna scena, w Eastwatch doczekaliśmy się ich kilku. Kolejnymi były rozmowy Jaimego z Tyrionem oraz Cersei. Pierwszą nie wiem nawet, jak skomentować, druga odbyła się na zasadzie dialogu – Przegrywamy – Oj tam, pleciesz bzdury – Nie, na serio przegrywamy – No i co z tego? – Zabiją nas – Zabiją to zabiją, co zrobić.

Do wymienionych dołożyć można również wymianę zdań w Cytadeli, tę z kolei skrócić można w ten sposób: – Dostaliśmy wiadomość, że kaleki chłopak ostrzega nas przed armią umarłych, haha – Ależ drogi Maestrze, to prawda! – Cicho tam Tarly! – Nie, to najprawdziwsza prawda, sam widziałem umarłych – Widziałeś? Aaa, no to ok, wierzymy Ci.

Czemu miały służyć wszystkie z wymienionych scen? Trudno powiedzieć.

Momenty naprawdę godne odnotowania wyliczyłbym trzy, choć jeden nieco na wyrost. Pierwszy to bliższe spotkanie Jona ze smokiem, w którym nie wiadomo co bardziej cisnęło się na usta: „Oni rzeczywiście mają się ku sobie!!” (Snow i Danny, nie Snow i smok ;)), czy też „O-ho, no to potwierdziło się, kto będzie dosiadał kolejnego smoka w wojnie z umarłymi”.

Kolejnym ciekawym fragmentem była swego rodzaju rozgrywka pomiędzy Aryą i Littlefingerem. Czy rzeczywiście Starkówna została przechytrzona? I co tak naprawdę planuje Paluszek? Zbliżamy się powoli do finalnych roztrzygnięć, a wciąż nie wiadomo, co knuje typek, którego od dawna nie powinno być już wśród żywych.

Na uwagę zasługuje również ostatnia scena odcinka, w której Jon i jego ekipa (w składzie której znajdziemy między innymi Ogara ni stąd, ni zowąd uwięzionego w lochach Winterfell) niczym Tolkienowska Drużyna Pierścienia ruszają za Mur. Wszystko to wyglądało całkiem przyjemnie dla oka, pytanie tylko – po co oni się tam pchają?

Summa summarum Eastwatch to najsłabszy z odcinków siódmego sezonu Gry o tron, jednak wbrew ogólnemu wrażeniu płynącemu z tej opinii, nie było aż tak tragicznie. Każdy z aktorów spisał się świetnie, całość powoli zmierza ku końcowi, jednak właśnie to „powoli” stanowiło problem. Do zakończenia sezonu pozostały dwa odcinki i trudno nawet powiedzieć, czy prędzej doczekamy się bitwy o Żelazny Tron, czy też bitwy z armią żywych trupów. Mam nadzieję, że odcinek numer pięćto jedynie przysłowiowa cisza przed burzą i już za tydzień wszystko wróci na właściwe tory.

Mateusz Norek: Rzeczywiście tempo piątego odcinka było wyraźnie inne i wolniejsze od wcześniejszych, szczególnie ostatnich dwóch. Nie byłbym jednak aż tak krytyczny, by nazywać pojawiające się w nim sceny zbędnymi, jednak również coś mi przeszkadzało. O ile do tego czasu odcinki wydawały się przemyślane i scenariusz idealnie wpasowywał się w skróconą długość sezonu, tak teraz odniosłem wrażenie, że twórcy chcieli upchnąć zbyt dużo zdarzeń w krótkim czasie, czego wynikiem było niezbyt ich wiarygodne przedstawienie. Tak jakby scenarzyści, zamiast logicznie poruszać figurami na planszy, nagle złamali własne zasady i umieścili wszystkie w równym rzędzie, przygotowując je na ostateczną rozgrywkę.

Początek odcinka niespecjalnie mnie zirytował, ale był na pewno na swój sposób rozczarowujący i w jego kontekście ostatni odcinek niepotrzebnie zakończył się w tak dramatycznym momencie, zupełnie nie było to wykorzystane. Chyba logiczniejsze byłoby, gdyby rozmowa ocalałego Jaimiego i Bronna odbyła się na koniec czwartego odcinka, a teraz Królobójca pojawiłby się w stolicy z wieściami o bitwie. Może coś tu jeszcze miało się wydarzyć, ale zabrakło czasu.

Egzekucja Tarlych w mojej opinii była ważną sceną, ponieważ to nie pierwszy raz, gdy Daenerys nie zgadza się ze swoimi doradcami i pokazuje, że gdzieś w głębi niej – czy tego chce, czy nie chce – siedzi Szalony Król. A użycie Dracarysa w egzekucji było zbędne i okrutne, chyba że miało zmusić do poddania się resztę obecnych żołnierzy – jednak w tym momencie uzyskała to nie dzięki swojej przemowie, w którą mogli uwierzyć lub nie – ale terrorem. Tyrion nie tak sobie to wyobrażał, to pewne – widać to, jak wcześniej z trwogą przemierza pole bitwy, przypominające pogorzelisko.

Potem pojawiło się sporo postaci. Do Daenerys wrócił wyleczony przez Sama Jorah Mormont (który przy swojej ukochanej królowej nie zabawił długo), Davos w czasie krótkiej wizyty w Królewskiej Przystani zwerbował ostatnio widzianego bodaj w trzecim sezonie bękarta króla Roberta – Gendry’ego. Na koniec magicznie w lochach Nocnej Straży odnalazła się nasza wesoła kompania Bractwa bez Chorągwi i towarzyszący im Ogar. Naprawdę nie mam pojęcia, jak Thoros z Myr, Beric Dondarrion i Sandor Clegane dali się złapać dzikim i Nocnej Straży (co stało się z pozostałymi towarzyszami broni?). Oj, widać tutaj pośpiech twórców, żeby do końca tego odcinka wszyscy znajdowali się tam, gdzie sobie to oni zaplanowali.

Jednak wypada przede wszystkim skomentować plan, który teraz wyraźnie pociągnie całą fabułę do przodu. Otóż za namową Jona Daenerys postanawia przekonać Cersei o istnieniu realnego zagrożenia za Murem, który zniszczy ich wszystkich. Nie wiem natomiast, jak jeden nieumarły miałby przekonać królową, która jak chyba wszyscy się zgodzimy, nie zawsze kieruje się rozumem, że Biali Wędrowcy istnieją i że stoją już niemal przy Murze plus to, że są na tyle liczni i niebezpieczni, że zagrażają całemu Westeros. Zupełnie tego nie widzę. Do tego znowu nikt nie pomyślał, żeby użyć smoka, przy pomocy którego pochwycenie jakiegoś nieumarłego wydaje się dość łatwe. A już na pewno łatwiejsze niż wyruszanie za Mur małym oddziałem złożonym z niezbyt znających się i lojalnych sobie ludzi. Jednak abstrahując od tego, jak bardzo nie trzyma się to logicznej kupy, jest w tej drużynie (której moim zdaniem bliżej do specyfiki Legionu Samobójców niż Drużyny Pierścienia) coś, co przyśpiesza bicie serca i zapowiada ciekawe wydarzenia – choćby sam fakt spotkania tylu wyrazistych i ważnych dla fabuły postaci w jednym miejscu i przy okazji wspólnego (przynajmniej teoretycznie) celu. Połączonego z pewnością, że muszą wrócić w bardzo okrojonym składzie.

Nie nudziłem się, oglądając piąty odcinek, i chyba taki, z mniejszą dawką akcji, również był potrzebny. Niemniej mam nadzieję, że była to cisza przed burzą i kolejne dwa odcinki zaserwują nam zdecydowanie więcej emocji.

Mateusz Cyra:  Ja się z moimi przedmówcami zgodzić nie mogę (głównie z Przemkiem), a przynajmniej nie we wszystkim. Odcinek piąty podobał mi się bardzo, czasem są potrzebne takie wolniejsze akcenty, choćby po to, by potem bardziej docenić te zapierające dech w piersiach. Abstrahując jednak od tego argumentu – akurat ten, spokojniejszy nieco w odbiorze, odcinek zawierał w sobie mnóstwo istotnych i potrzebnych w serialu oraz dla rozwoju dalszej fabuły scen, oferował też wiele wyjaśnień, podpowiedzi i miejscami dawał do zrozumienia, co może w przyszłości się wydarzyć.

Zgodzę się z tym, że początek odcinka pozostawia wiele do życzenia, ale ten sezon dobitnie pokazuje, że twórcy gnają na łeb, na szyję i idą tak niewyobrażalnymi skrótami, że bardziej chyba już się nie da. Stąd też brak wyjaśnień, jak w zasadzie udało się Bronnowi i Jaimemu bez szwanku wyjść z samobójczej szarży tego drugiego w Matkę Smoków. Z drugiej strony wiadomo przecież, że Jaime jest zbyt istotną na ten moment postacią serialu, by rozwiązano ten wątek w inny sposób.

Odniosę się do głównych zarzutów Przemka – wszystkie sceny, do których miałeś uwagi, były nie dość, że koniecznie, to jeszcze wniosły bardzo wiele zarówno do samego serialu, jak i do tego, co mogą teraz analizować widzowie. Nie uważam, by scena zamordowania rodziny Sama była zbędna i nic nie wnosząca – przeciwnie – to pokazuje, że Deanerys balansuje na krawędzi złych decyzji, które popełniali jej przodkowie i są momenty, w których niewiele dzieli ją od jej niechlubnego dziedzictwa, o czym wspominał już wyżej Mateusz. Z drugiej strony Khaleesi postawiła sprawę jasno i dała pojmanym wybór – albo dołączacie do mnie, albo zginiecie. Wyobraźmy sobie identyczną sytuację, ale z Cersei w roli głównej – z miejsca spłonęliby wszyscy, bądź zgnili w mrocznych celach Królewskiej Przystani. Zresztą odnoszę wrażenie, że spalenie żywcem Tarlych ma jakieś znaczenie, tym bardziej że kilka scen później Maestrzy podczas dyskusji o losach Westeros podjęli również i ten temat i z pewnością w jakiś sposób wróci to jeszcze do bohaterów zaangażowanych w tę sytuację.

Rozmowy Lannisterów również uważam za szalenie istotne – dialogi między Cersei a Jaimem wyraźnie dają nam do zrozumienia, że jedyna córka Tywina coraz bardziej traci rozum, bądź jej wyrachowanie wskakuje na jeszcze wyższy poziom. Nie wydaje mi się, by jej ciąża była prawdziwa – przypuszczam, że jest to przemyślana zagrywka mająca na celu przytrzymanie po swojej stronie Jaimego, który zdążył już raz w tym odcinku wyrazić odmienne zdanie od niej. Kłótnia kochanków odnośnie wojny pokazuje natomiast, że Jaime w dalszym ciągu jest trzeźwo myślącym mężczyzną, który utknął w bardzo złym położeniu i w przyszłości będzie miał bardzo trudną decyzję do podjęcia, czego Cersei z pewnością mu nie ułatwi.

Plan Tyriona odnośnie zawieszenia broni i wspólnej walki z Nocnym Królem jest ryzykowny i dość naiwny, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nasz ulubiony karzeł wie, jakim człowiekiem jest jego siostra. Zresztą nie bez powodu wykorzystał swojego brata, by ten przekonał Cersei, jednak mam wrażenie, że tej kobiety nic nie przekona i żaden umarły tego nie zmieni. Plan Tyriona z kolei prowadzi nas do błyskawicznego powrotu Jona Snowa na mroźną Północ i możemy wyciągnąć pewne wnioski z tego, co tam zastaliśmy – z grupy, która wyszła za Mur, wiele osób nie wróci. Na ten moment byłbym pewny powrotu jedynie Jona Snowa, Ogara i Bękarta Roberta Bearethona. Czemu? To proste – Jon Snow jest i będzie kluczową personą odnośnie przyszłości Westeros, Ogar ma niezałatwione sprawy ze swoim bratem i jego los wypełni się w starciu ze swoim największym nemezis, natomiast Gendry najprawdopodobniej będzie wykuwał broń do walki z hordami nieumarłych. Obawiam się, że Mormont nie wróci zza muru żywy – nie bez powodu zresztą pokazywano nam tak długie i ckliwe pożegnanie z jego ukochaną Khaleesi.

Nie odniosę się natomiast do wątku Starków, ponieważ za bardzo mnie na ten moment drażni to, co się tam dzieje. Littlefinger w dalszym ciągu z powodzeniem gra w swoje gierki, Starkówny w dalszym ciągu są głupie jak były, a Trójoka wrona jest bardziej drewniana niż wózek, na którym siedzi.

W tym ponoć najsłabszym odcinku serii dostaliśmy chyba jedną z najbardziej ciekawych podpowiedzi odnośnie Jona Snowa – mianowicie siedząca z Samem Goździk przeczytała nam o tym, że małżeństwo księcia Rhaegara z księżniczką Martell zostało unieważnione. Jeśli się nie mylę – oznacza to, że Jon nie jest wcale Bękartem i może być tak, że… jest on najważniejszym kandydatem do Żelaznego Tronu, a nie jego ciotka Daenerys. Ot, informacja wywracająca do góry nogami całą sagę ;).

Mateusz Norek: No prosze, zupełnie nie zwróciłem na to uwagi! Już widzę minę Khaleesi, gdy się o tym dowie.
Littlefinger wyraźnie chce skłócić siostry, bo list, który przeczytała Arya i który miał być przez nią przeczytany, dotyczył Sansy, która pisała z Królewskiej Przystani do brata Robba, że Lannisterowie traktują ją dobrze i wzywa go, by zaprzestał walki. Arya nie wie jednak, że jej siostra nie napisała listu z własnej woli, tylko zmusiła ją do tego Cersei. Pytanie, o co gra Lord Baelish, bo faktycznie widzimy go co odcinek, ale póki co nic jeszcze z tego nie wynika. Może to oznaczać, że skończy się to czymś dużym i niespodziewanym.

Na koniec jeszcze będę bronił Brana, któremu znowu się dostało, że to nieciekawa, drewniana postać. Czy wy nie widzicie, że on ma taki być? Zimny, nieludzki. Ciało Starka jest tylko naczyniem, w którym przebywa Trójoka Wrona. Dla mnie właśnie ta postać teraz dopiero stała się ciekawa, bo wcześniejszy, kaleki, uciekający chłopiec nie wnosił do serialu praktycznie nic (Hodor, pamiętamy!).

Przemek: Przyznaję, również przeoczyłem fragment o Jonie. Jednak to też świadczy o samym odcinku, który spowodował, że nie skupiałem się jak zwykle :)

Serial można oglądać na kanałach HBO i w serwisie HBO GO