Seriale,Wielogłos

“Gra o tron” – sezon 8, odcinek 5 – “Dzwony” – Wrażenia (ze spoilerami)

gra o tron
gra o tron

Przedostatni odcinek finałowego sezonu hitu, jakim jest Gra o tron (o poprzednim pisaliśmy tutaj), zatytułowany w oryginale The Bells, czyli Dzwony, za nami. I cóż możemy rzec… zdania są podzielone, owszem, ale przeważa mimo wszystko niesmak, żal, zawód, narzekanie, a nawet ulga, że został już tylko jeden odcinek przedstawienia, które przy tak świetnym początku zalicza tak fatalny koniec. I choć apetyt oczywiście rośnie w miarę jedzenia, to ogromne oczekiwania fanów i wysoko zawieszona poprzeczka nie wystarczą, by wytłumaczyć reakcję wielu fanów na to, co twórcy zaprezentowali nam w tym kończącym wszystko sezonie.

O przemianach bohaterów, o dziurach fabularnych, o beznadziejnych decyzjach, o widowiskowych ujęciach, o efektach specjalnych, o pojawiających się znikąd koniach, o śmierciach, które inaczej sobie wyobrażaliśmy, o zaniedbanych wątkach, na które niegdyś poświęcono sporo czasu, o oczekiwaniach (czy może raczej: przewidywaniach) co do ostatniego epizodu – o tym wszystkim opowiedzieli sobie nawzajem, i Wam, poniżej nasi redaktorzy – Magda, Mateusz, Sylwia i drugi Mateusz. Czy zgadzacie się z ich opiniami? Jakie wrażenie wywarł na Was przedostatni odcinek? Zapraszamy do lektury Wielogłosu!


Magda Kwaśniok

Jedną z rzeczy, dla których pokochałam Grę o Tron jest niewątpliwie to, w jaki sposób dzieli swoich fanów. Zarówno George R. R. Martin, jak i twórcy serialu, nigdy nie próbowali dokonać niemożliwego, a więc zadowolić wszystkich na raz, zatracając przy tym brutalność i nieprzewidywalność świata Westeros. Zresztą, nawet legendarny Władca Pierścieni nie stanowi konkurencji dla sagi Martina pod względem stopniowego budowania bohaterów; pozwalania ulubieńcom czytelników wspiąć się na moralne i heroiczne wyżyny, tylko po to, by chwilę później sięgnęli etycznego dna. Właśnie te, wspomniane przeze mnie, największe zalety Gry o Tron są przyczyną, dla której nie jestem w stanie ocenić tego odcinka pod względem fabularnym.

Zacznę więc może od tego, co ocenić potrafię, i zrobię to nawet pozytywnie: realizacja. Wygląda na to, że odpowiedzialny za fantastyczną Battle of Bastards, Miguel Sapochnik, nie zawodzi więcej niż raz. Choć brytyjski reżyser zupełnie położył najważniejszą bitwę w historii Westeros, tego samego błędu nie popełnił w przypadku rzezi na ulicach Kings Landing, bo nie – tego, co stało się w okolicach Czerwonej Twierdzy bitwą nazwać nie można. Tym lepiej wygląda decyzja podjęta przez reżysera, który na pewnym etapie odcinka kompletnie porzucił miłościwie nam panującą Daenerys na rzecz zwykłych ludzi. Świetne, ogromnie realistyczne zdjęcia, nie oszczędzają widzom widoku palących się dzieci, dźwięku ich krzyku, zawodu w oczach żołnierzy Lannisterów, gdy jasnym stało się, że mimo kapitulacji lada chwila stracą życie oni i ich rodziny. W powietrzu niemal czuć swąd palącej się skóry, wszechobecnego pyłu i popiołu, pod którym znalazły się zgliszcza Siedmiu Królestw, jakie znamy. Wszystko to nie byłoby możliwe, gdyby nie fakt, że w piątym epizodzie wreszcie dostaliśmy montaż na naprawdę wysokim poziomie. Wystarczy wspomnieć świetnie zrealizowaną technicznie sekwencję, w której na zmianę widzimy ciosy, jakie otrzymywali Arya i Sandor Clegane, bez względu na to, jak oceniamy tę część odcinka fabularnie.

Skoro już fabułę wywołałam, muszę wyjaśnić, dlaczego z jej oceną mam ogromny problem. Najłatwiej będzie mi to zrobić na przykładzie mojego największego rozczarowania, czyli wątku Jaimego Lannistera. Oczywiście, jest mi przykro, że cała ewolucja młodszego z najbardziej znanych bliźniaków Westeros de facto poszła na marne wobec tego, jak zginął. Tyle czasu czekałam, aż wreszcie zmądrzeje, i kiedy już myślałam, że ten moment nastąpił, okazało się, że rozum, honor czy moralność nie znaczą nic wobec jego największej słabości: uczucia. Powtórzę: jest mi przykro, ale czy inaczej czułam się po śmierci Neda/Robba Starka? Nie mogę negatywnie ocenić pracy twórców tylko i wyłącznie dlatego, że inaczej sobie wyobrażam losy niektórych bohaterów, zwłaszcza jeśli moja wizja jest mniej spójna fabularnie niż to, co zostało zaprezentowane na ekranie. Zakończenie wątku rodzeństwa Lannister, choć tak bardzo niezgodne z końcem, jaki wymarzyłam dla Królobójcy, było oprócz tego, że wzruszające i świetnie zrealizowane, ogromnie symboliczne. Niezwykle zapadający w pamięć motyw muzyczny, który pojawił się przy wysadzeniu Wielkiego Septu, a więc i przy śmierci Tommena, powrócił właśnie w tej scenie, tak jak do Cersei powrócił Jaime, odepchnięty przez wspomniane wydarzenia. Nie można też zapomnieć o Tyrionie, chcącym umożliwić siostrze ucieczkę drogą, którą sam musiał przejść, by uniknąć jej zemsty, no i oczywiście o fantastycznych rozmowach między rodzeństwem… Wszystko to sprawia, że trudno wyobrazić sobie inne zakończenie ich historii.

À propos oczekiwań widzów, moja empatia każe mi zrozumieć niezadowolenie fanów Daenerys i tak do końca nie wiem, czy przypadkiem się z nimi chociaż w drobnym stopniu nie zgadzam. To nie jest tak, że jej szaleństwo zostało wyssane z palca, a jeśli ktoś myśli w ten sposób, polecam powrót do chociażby drugiego sezonu i pobytu khaleesi w Qarthie. Mam jednak pewien problem z tym, w jak ogromnym stopniu uwydatniło się to szaleństwo, bo nawet zakładając, że ma obsesję na punkcie Żelaznego Tronu, bez setek poddanych, których właśnie zabiła, to tylko krzesło jak każde inne. Rozumiem, że pozostał jej tylko strach, jak sama powiedziała Jonowi, ale na miłość boską, w Królewskiej Przystani nie zostawiła prawie nikogo, kto mógłby się jej bać. Cały wątek można było rozwiązać zupełnie inaczej, na przykład pozwalając Daenerys obiecać łaskę Cersei, by później publicznie dokonała egzekucji, co byłoby zresztą pięknym nawiązaniem do pierwszego sezonu. Nie mam pojęcia, jak ocenić rozwiązanie wybrane przez twórców, natomiast jestem przekonana, że ma parę pozytywnych konsekwencji, jak chociażby ukazanie okrucieństwa wojny z perspektywy szaraczków czy świetne budowanie atmosfery oczekiwania zaraz po wybrzmieniu dzwonów. Przede wszystkim jednak, piąty epizod solidnie zbudował napięcie przed ostatnim odcinkiem. Chyba każdy z nas jest ciekawy krajobrazu po bitwie i tego, czy zdąży polecieć głowa Daenerys, zanim poleci głowa Tyriona… Bo nie mam wątpliwości, że jeśli Matka Smoków swoją zachowa, Karzeł nie będzie miał tyle szczęścia.

Jedną z tych rzeczy, na które mogę, a nawet muszę ponarzekać, jest śmierć Varysa. To kolejna, obok Littlefingera, postać, która, choć kluczowa, została potraktowana niesprawiedliwie i po łebkach, tak jakby twórcom zależało jedynie na skreśleniu kolejnego z wątków z listy rzeczy do wykonania. Bez większego rozwijania, wtrącę jeszcze, że Jon Snow to taki Martinowski Aragorn, co w przypadku Gry o Tron wcale nie jest komplementem. Wszystkich bohaterów twórcy, mówiąc kolokwialnie, umazali w błocie, a Snow jeden jedyny, nawet jak zabija swojego, to w obronie gwałconej kobiety. Jestem team Jon, a nawet mnie jego heroizm zaczyna chwilami przerastać.

Mateusz Norek

Cieszę się, że odcinek Dzwony miałem okazję oglądać w nocy, bo zdecydowanie potrzebowałem przespać się z tym, co zobaczyłem, by nabrać trochę dystansu i móc o tym napisać. Nie jest zaskoczeniem fakt, że finałowy sezon Gry o Tron mocno dzieli fanów, pojawia się sporo zarzutów odnośnie słabego scenariusza czy coraz bardziej widocznych dziur fabularnych, ale myślę, że to właśnie przedostatni odcinek przeleje czarę goryczy, bo takiego obrotu spraw nie spodziewał się chyba nikt.

Ja oczekiwałem po 5 odcinku głównie dużej i emocjonującej sceny batalistycznej, zrealizowanej lepiej niż oblężenie Winterfell. Liczyłem na to, że w końcu Złota Kompania dostanie więcej czasu ekranowego i zobaczymy, dlaczego jest najdroższą i najlepiej wyszkoloną formacją do wynajęcia. Jak słusznie jednak zauważyła Magda to, co dostaliśmy, trudno nazwać bitwą. I o ile jestem w stanie zrozumieć, co chcieli przekazać twórcy, pokazując nam ogrom masakry na ulicach Królewskiej Przystani, o tyle jeden smok, wygrywający de facto całą bitwę w pojedynkę, niszczący świetnie na niego przygotowaną flotę i obronę na murach, a potem magicznie wysadzający główną bramę, to zbyt duże pójście na skróty.

Zgrzyt pojawił się jednak u mnie dużo wcześniej, już na samym początku odcinka. Pamiętam, jakim rozczarowaniem była dla mnie śmierć Petyra Baelisha, który był jednym z moich ulubionych bohaterów w całym serialu. Manipulujący wszystkimi Littlefinger w 7 sezonie został jednak odarty z całego swojego sprytu, co musiał przypłacić życiem. Teraz podobne rozczarowanie czuję w wyniku stracenia Lorda Varysa. Jak sam powiedział, doradzał wielu panującym, niejednokrotnie brutalnym tyranom, zawsze umiejętnie posługując się swoją armią szpiegów i zmieniając strony, by jak najlepiej służyć temu, któremu był zawsze wierny – Królestwu. Teraz jednak po prostu daje się stracić, bo przecież zdrada Tyriona, który na niego doniósł, nie mogła go zdziwić. Motywacji karła natomiast zupełnie nie jestem w stanie wyjaśnić, ten ruch absolutnie mi do niego nie pasował, tym bardziej że z Varysem długo wspólnie podróżowali. Jeśli ktoś jest mi to w stanie wyjaśnić, będę wdzięczny.

Nie rozumiem też zupełnie walki Jaimiego i Eurona, znalazła się chyba tylko po to, by jakoś zakończyć wątek Greyjoya. Czekałem mocno na pojedynek Ogara ze swoim bratem, ale o ile cieszę się, że faktycznie do niego doszło, to zabrakło mi w nim czegoś, jakichś emocji. Mam wrażenie, że zbyt dużo czasu w tym epizodzie poświęcono na pokazywanie śmierci, jaką siał Drogon, a za mało na dokończenie w należyty sposób wątków niektórych bohaterów. Nie wierzę, że tak istotna postać jak Cersei, ma zginąć zwyczajnie zawalona ruinami Czerwonej Twierdzy (nie zdziwię się więc, jeśli jakimś cudem, wbrew wszelkiej logice, przeżyje).

Jednak najbardziej kontrowersyjnym elementem tego odcinka była z całą pewnością rzeź, jaką zafundowała swoim własnym poddanym Daenerys. Wyjaśnijmy sobie na początku jedno – tego nie miało się przyjemnie oglądać. Te sceny miały być mocne, brutalne, męczące oraz budzące złość i odrazę. I nie mam nic przeciwko temu, by serial pokazywał takie rzeczy, co zresztą czyni nie pierwszy raz. Problemem jest jednak motywacja bohaterów. To, że Daenerys w jakimś stopniu zbliża się do granicy, było widać, zwłaszcza w poprzednim odcinku. Teraz jednak ten absolutnie ogromny wybuch okrucieństwa w moim odczuciu był zupełnie bezpodstawny. Zrozumiałbym, gdyby zaatakowała Czerwoną Twierdzę i chcąc zabić Cersei, zupełnie nie przejmowała się ginącymi tam wokoło cywilami. Zrozumiałbym, gdyby atakowała dwoma smokami i zginąłby jeden z nich albo teraz na jej oczach została stracona Missandei. Ale zaatakowanie tłoczących się na ulicach ludzi w momencie, kiedy miasto się poddaje? Długie, skrupulatne zalewanie ogniem kolejnych arterii stolicy nie ma zupełnie sensu, zwłaszcza, jeśli Cersei została zostawiona w spokoju na tak długi czas, że gdyby tylko chciała, mogłaby bez problemu uciec. Nie chodzi więc o to, że czuję się oburzony, bo jedna z czołowych, dobrych postaci, przerodziła się w tyrana. Po prostu na poziomie scenariusza zupełnie to nie wybrzmiało.

Myślę, że łatwo przewidzieć, co wydarzy się w ostatnim odcinku. Po tym, co zrobiła, Daenerys musi umrzeć. A to, co zrobiła, najpełniej widziała Arya i skoro twórcy tak długo kazali nam ją obserwować, uciekającą ulicami i ledwo uchodzącą z życiem, to tylko dlatego, że to ona zabiję Królową Smoków. I tylko na to czekam, bo to, kto siądzie teraz na zgliszczach Żelaznego Tronu, nie jest już istotne.

Sylwia Sekret

To smutne, kiedy kolejny kultowy serial, mający rzesze fanów na całym świecie i fantastyczne początki (a także środki), kończy się w taki sposób. Jaki? – zapytacie. A taki, że nie tylko twórcy tkają fabułę ostatnich odcinków (a to o nich będziemy pamiętać najdłużej i to one wpłyną w sporej mierze na ostateczną ocenę serialu i posmak, jaki pozostawi po sobie na językach widzów) bardzo grubymi nićmi (tworząc przy tym brzydkie, nieestetyczne supły), ale wręcz niczym Daenerys popadają w coraz większe szaleństwo, co skutkuje jedną dziurą fabularną za drugą, masą niedociągnięć, potknięć fabularnych, niejednym spacerem na olbrzymie skróty, a przede wszystkim – obchodzeniem się z wieloma bohaterami w sposób, jaki nigdy nie powinno mieć to miejsca przy tego typu produkcji. Wymienione powyżej rzeczy składają się z kolei na jeden wniosek: twórcy Gry o Tron zapomnieli chyba, że ów serial oglądają ludzie, którzy potrafią dodać dwa do dwóch i wiedzą, jaką trasę pokona pociąg z punktu A do punktu B. Czasami potrafią nawet obliczyć, jak długo będzie jechał. Słowem – potraktowali odbiorców jak bandę idiotów. Odcinek 5 jest kwintesencją złych wyborów i pomysłów scenarzystów. Tak jak w Królewskiej Przystani roi się od trupów, tak w tym epizodzie od bzdurnych scen i wątków, podczas oglądania których łapałam się za głowę i nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Zaczyna przypominać mi się nieszczęsny finał serialu z kompletnie innej półki – Jak poznałem Waszą matkę – gdzie przez cały sezon raczeni byliśmy opowieściami, mającymi sprowadzać się do tego, jak główny bohater poznał pewną kobietę, która urodziła mu dzieci, do których jako narrator się zwraca, by… ostatecznie popchnąć go w ramiona innej, zapomniawszy jedynie zmienić tytułu na Jak poznałem Waszą ciocię. W Grze o Tron też zaczyna troszkę to tak wyglądać. Wiele wątków, które czasami prowadzone były przez kilka (!) sezonów, nagle okazuje się nie mieć kompletnie znaczenia. Podobnie zresztą jak niektóre postaci.

Chciałabym nawiązać do tego, co napisała Magda na początku swojej wypowiedzi: że ani Martin, ani twórcy serialu nigdy nie starali się zadowolić wszystkich. Wydaje mi się, że właśnie w tym odcinku śmierdzi troszkę taką próbą (chyba że to po prostu swąd palonych ciał). Fani życzyli sobie CleganeBowl? No to proszę bardzo! Ale że zwycięstwo Ogara byłoby raczej niemożliwe, a triumf Góry nie w smak – niech zginą obydwoje, spadając w dół płonącego miasta. Fani chcieli śmierci Cersei, ale niektórzy zgadywali, że zabije ją Jaime, inni że Tyrion (przepowiednia!), jeszcze inni, że Arya (zielone oczy). No to niech zginie przywalona walącym się miastem. Najlepiej w ramionach Jaimego, bo przecież nie można pozwolić, by jedna z ciekawszych moralnie postaci, która przechodzi najbardziej interesującą metamorfozę, otrzymała jakieś godne zakończenie swojego wątku. Zresztą – tu również zdania były podzielone – Jaime jedzie zabić Cersei czy ją uratować? Ostatecznie więc jej ani nie ratuje, ani nie zabija. Ginie razem z nią w kompletnie beznadziejny sposób. To tak jakby Joffrey umarł, bo przewrócił się na schodach. Gdzie tu satysfakcja? Idźmy dalej. Arya Stark, która mnóstwo czasu (swojego i widzów) poświęciła na doskonaleniu się w zabijaniu, na szkoleniu się u Ludzi Bez Twarzy, ostatecznie zdobywając umiejętność przywdziewania maski umarłych – wszystko po to, by w najważniejszych momentach dla serialu wszystko to zostało zapomniane i zepchnięte do szuflady z napisem: “Już nieważne. Zapomnieć”. Arya, która być może zabije ostatecznie khaleesi, bo jakimś cudem przeżyła tratowanie, sto upadków, płomienie, przejazd Dothraków i tysiąc innych sytuacji, w których powinna zginąć. Ale Starków umarło już chyba po prostu na tyle, że scenarzyści postanowili dać im spokój…

Jednak nawet pomijając przewidywania fanów – chyba każda śmierć w 5 odcinku serialu Gra o Tron jest albo bezsensowna, albo po prostu głupia – z logicznego punktu widzenia, fabularnego lub po prostu przez sam sposób, w jaki ktoś ginie. Wątek Varysa to po prostu największy gwóźdź do trumny, jaki wbili sobie moim zdaniem twórcy. Dlaczego? Ponieważ tym samym podważają wiarygodność nie jednej, a kilku postaci, obracając nagle ich charaktery o 180 stopni. Tak jak pisał wyżej Mateusz – jaki Tyrion miał powód, by donieść na Varysa? W jaki sposób współgra to z jego postacią? Tyrion, jakiego znamy, nigdy by tego nie zrobił. A nawet jeśli by już musiał, to z pewnością ostrzegłby najpierw starego kumpla i dał choć cień szansy na ucieczkę. Nadal jednak pozostaje pytanie: po co?, dlaczego? Gdzie w tym jakikolwiek sens? Ja widzę jeden: koniec pomysłu na wątek Varysa i konieczność pogłębienia w oczach widzów “szaleństwa” Daenerys. Oj, nieładnie. W tej samej scenie Jon Snow stoi i patrzy się, jak jego ukochana każe żywcem spalić swojego namiestnika. Wybaczcie, ale Jon, jakiego znamy, spróbowałby przynajmniej przekonać Matkę Smoków (teraz już tylko: Smoka), by oszczędziła łysego druha. A sama Wyzwolicielka z Okowów? Szaleństwo szaleństwem, ale mając osłabioną i przetrzebioną armię i dosłownie garstkę ludzi wokół siebie, którzy są inteligentni i obeznani w temacie politycznych gierek, ona bez namysłu zabija tego spośród nich, który wie najwięcej i który najlepiej mógłby jej doradzać – choćby skuty za domniemaną zdradę. Ale nie – spalmy go, bo tak jest fajnie, zrobimy show, a ogień jest ekstra.

A tak w ogóle: czy ktoś widział Tyriona? Po tym, jak zrobił zszokowana minę, że Danka jednak pali, widzieliście go? Nie… Ja też nie. Może pojawi się w ostatnim odcinku, żeby umrzeć, poślizgnąwszy się na świeżo umytej posadzce. Bo przecież trzeba będzie posprzątać ten burdel, jakim stała się Królewska Przystań. A może jest ktoś, kto widział pada w dłoni Aryi? Bo przecież jakoś musiała wcisnąć ten przycisk, którym w Wiedźminie przywołuje się Płotkę, by pojawiła się po sekundzie, nawet, jeśli zostawiliśmy ją na końcu świata…

Wątek Cersei również był boski – stoi sobie ze swoimi gorylami i wróblami, patrzy, jak płonie wszystko dookoła, jak ogień się zbliża, jej zacięta twarz nie zmienia się od początku sezonu… Aż w końcu, kiedy ogień niemal liże ją po twarzy – w panice ucieka. No brawo, Królowo, świetny zapłon! Kolejna bzdurka: walka Jaimego i Eurona – zgadzam się z Mateuszem: nie miała ona zupełnie sensu i została wciśnięta na siłę, żeby Greyjoy jakoś zginął i żeby nikt nie wytykał twórcom, że jak wypadł ze statku, tak słuch o nim zaginął. A o nim, Złotej Kompanii. Skorpionach (!) i walce z Daenerys to już się nawet nie wypowiadam, bo i tak zabrałam już sobie i Wam wiele czasu.

Podsumowując – odcinek mi się nie podobał. O ile wcześniej durnotki fabularne i mydlenie oczu widzom jakoś przełykałam, o tyle w tym odcinku miarka się przebrała. Głównie dlatego, że pojedynczymi scenami zabito (metaforycznie i nie tylko) wielu bohaterów – zabrano im sens, charakter i osobowość. A tego już scenarzystom nie mogę darować. Nie wiem, co planują na ostatni odcinek, ale szczerze mówiąc, chyba na niewiele już czekam. Obejrzę, ale raczej bez emocji.

Mateusz Cyra

Ja powiem krótko, bo mam dość poświęcania swojego czasu dla tego serialu – ogromnie mnie cieszy, że pozostał już tylko jeden odcinek. I już tylko kilka wątków i bohaterów do spieprzenia. Twórcy popsuli niemal wszystko, co mogli popsuć. Bardzo dużo tutaj taniej symboliki, bardzo dużo plot armoru wobec niektórych bohaterów i aż nadto oczywistości o których ludzie pisali już lata temu i które teraz – niestety – musieliśmy oglądać. Chociaż to jeszcze byłbym w stanie zdzierżyć. Zostało to jednak skąpane w oceanie idiotyzmów, dziur i wygodnych skrótów fabularnych, a na dokładkę dostaliśmy zaprzeczenie, odwrócenie, zaprzepaszczenie, zmarnowanie, zepsucie (niepotrzebne spalić, ekhem, skreślić) wątków budowanych dla kluczowych bohaterów w zasadzie w jeden, dwa odcinki. Jest to kpina i po prostu jawne plucie w twarz widzom oraz tym bohaterom, których wątki budowało się latami. Jeśli komuś Gra o Tron wciąż się podoba – to zazdroszczę.


Serial Gra o tron obejrzycie na kanałach HBO oraz w serwisie HBO GO

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *