Happiest Season

Ta szafa jest za ciasna – Clea DuVall – „Happiest Season” [recenzja]

Święta to zazwyczaj czas, kiedy mamy ogrom czasu i chcemy odpocząć od codziennych obowiązków. Niezależnie, czy jest to czas głębokich przeżyć duchowych, czy po prostu okazja do zaczerpnięcia oddechu – faktem jest, że czasu w tym okresie mamy więcej niż na co dzień i chcemy go spędzić miło i przyjemnie. Naprzeciw tym oczekiwaniom wychodzą producenci filmowi, którzy co roku zasypują nas świątecznymi filmami, spośród których prym wiodą komedie romantyczne. Jaki mam do nich stosunek, mogliście się przekonać, czytając chociażby recenzję filmu Całe szczęście. Dlatego też, choć od pewnego czasu chciałam zobaczyć Happiest Season, nie spodziewałam się po nim niczego szczególnego. Ba, byłam pewna, że to kolejny wypełniony po brzegi kliszami i schematami film. No i nie da się ukryć, że po części tak jest, jednak pod paroma względami seans miło mnie zaskoczył.

Zbliża się okres świąt Bożego Narodzenia. Choć Abby (Kristen Stewart) szczególnie za nim nie przepada, daje się zaprosić swojej dziewczynie, Harper (Mackenzie Davis), na wspólne spędzenie ich z rodziną swej wybranki. Po początkowych wątpliwościach przekonuje się, że może to być dobry pomysł, planuje nawet oświadczyć się Harper. Zupełnie niespodziewanie, podczas podróży do domu rodziców dziewczyny, Harper oznajmia Abby, że rodzice nie wiedzą o jej orientacji i że święta to nie najlepszy czas na coming out. Obiecuje jednak, że tuż po nich wszystko rodzicom powie. Abby, co chyba nie jest zaskoczeniem, nie jest zachwycona tą sytuacją, jednak na czas wizyty decyduje się zachować związek w tajemnicy.

Happiest Season

Standardowo w komedii romantycznej po pierwszych perturbacjach mielibyśmy do czynienia z serią zabawnych pomyłek i żartów sytuacyjnych, które mniej lub bardziej udanie doprowadziłyby nas do śmiechu. Tu jednak wygląda to zupełnie inaczej i choć faktycznie jest parę zabawnych sytuacji (jak chociażby dwuznaczna scena, w której mama Harper nakrywa Abby w szafie), to cała środkowa część filmu była momentami trudna do oglądania. Abby musząc ukrywać swój związek z Harper, doświadcza strasznego traktowania, zarówno ze strony swojej wybranki, jak i jej rodziny. Konieczność oglądania, jak mama dziewczyny próbuje ją zeswatać z byłym chłopakiem, czy fakt, że Harper wstydzi się przyznać, kim jest dla niej Abby, musiało być – i było – dla niej cholernie trudne. Pod tym względem Happiest Season wyłamuje się trochę z tradycyjnych ram gatunkowych, nadając historii dziewczyn nieco gorzkiego tonu.

Happiest Season

Zakończenie filmu, choć nieco przesłodzone (cóż, wymogi gatunkowe) również nie jest tradycyjnym, jakiego moglibyśmy się spodziewać w tego typu filmie. Utarło się bowiem przez lata, że nawet jeśli w filmie występuje para lesbijek, to i tak jedna z nich kończy z mężczyzną (jak chociażby w Chasing Amy). Tutaj dziewczyny zostają razem i dalej mamy już historię jak z obrazka – każde święta spędzają z rodziną Harper, w międzyczasie się zaręczają i jest istna sielanka. Bardzo mnie to cieszy, bo w pewnym momencie miałam wątpliwości, czy twórcy zdecydują się na taki krok. Poza tym, oczywiście, nie mogło zabraknąć banalnego morału, którym w tym wypadku jest konieczność bezwarunkowego kochania swoich dzieci, zamiast stawiania wymagań, po których spełnieniu ewentualnie zasłuży się na miłość i docenienie.

Happiest Season

Pod kątem aktorstwa jest naprawdę dobrze – przede wszystkim za sprawą obsady. W filmie występuje bowiem plejada aktorów, których na pewno będziecie kojarzyć z innych produkcji – Mackenzie Davis (Black Mirror, Tully) Alison Brie (Glow), Mary Steenburger (Orange is the New Black), Victor Garber (Titanic) no i oczywiście Kristen Stewart, której skutecznie udało się zerwać z wizerunkiem Belli ze Zmierzchu. Zarówno ona, jak i reszta świty stworzyli postaci, które można polubić i które pozwalały skupić się na fabule filmu, nie rażąc sztucznością.

Słowem podsumowania – pomimo pewnych obaw, które po części zostały spełnione, obejrzenie Happiest Season okazało się zaskakująco miłym doświadczeniem. Film, choć nie jest bez wad, charakterystycznych zresztą dla swojego gatunku, opowiedział historię, dotykając poważniejszej kwestii wykluczenia, która dotyka wiele osób, nie tylko podczas świąt. Dlatego serdecznie polecam seans. Ja sama do filmu na pewno jeszcze wrócę.

Fot.: Hulu

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.