Murakami

Koło z kilkoma środkami – Haruki Murakami – „Pierwsza osoba liczby pojedynczej” [recenzja]

Haruki Murakami nie daje o sobie zapomnieć – dwa lata po ukazaniu się poprzedniej powieści, Śmierć Komandora (na którą trzeba było czekać znacznie dłużej), na księgarskie półki trafiła jego nowa książka. Tym razem jest to zbiór opowiadań, zatytułowany Pierwsza osoba liczby pojedynczej, który, choć bardzo krótki, nadal przesiąknięty jest specyficznym stylem japońskiego pisarza.

Osiem tekstów zawartych na nieco ponad dwustu stronach wydaje się niewielką liczbą, a jeśli wziąć pod uwagę dużą czcionkę i marginesy, objętość ta zmniejsza się jeszcze bardziej. Mimo wszystko po skończonej lekturze nie odczuwa się niedosytu. To tak, jakby dostać malutką porcję swojego ulubionego dania, na wielkim, prawie pustym talerzu – z początku można narzekać, że na pewno się nie najesz, ale po zjedzeniu, ku własnemu zaskoczeniu, jesteś usatysfakcjonowany. Taki właśnie jest Murakami. Można uważać, że to autor, który ciągle pisze o tym samym, a jego historie nie prowadzą do żadnej konkretnej konkluzji – nie jest to fałszywe twierdzenie, ale niekoniecznie musi to być wadą. Książki Murakamiego wywołują pewien konkretny nastrój i nawet dostrzegając powtarzalność motywów, można z tym stylem popłynąć albo całkowicie go odrzucić. Osobiście daję się mu porwać i zazwyczaj jestem zadowolony. 

Pierwsza osoba liczby pojedynczej to nie tylko tytuł tego zbioru – to w zasadzie definicja całej twórczości pisarza. Większość jego historii przedstawiona jest w takiej właśnie formie – wydarzeń widzianych oczami bezimiennego bohatera (będącego być może alter ego autora), który prowadzi z pozoru nudne życie, opisując swoje posiłki czy muzykę, jakiej aktualnie słucha. Nie inaczej jest w najnowszym zbiorku. Przewijają się tutaj motywy, do jakich Murakami zdążył nas już wcześniej przyzwyczaić – wspomnienia romansów z niezwykłymi kobietami, których imion bohater najczęściej nawet nie pamięta (poetka z Do kamiennej poduszki); przypadkowo napotkane tajemnicze postacie, wygłaszające enigmatyczne zdania (staruszek z opowiadania Śmietanka, radzący bohaterowi, by zastanowił się nad kołem, które ma kilka środków, ale nie ma obwodu); mówiące ludzkim głosem zwierzęta (tytułowa Małpa z Shinagawy); charakterystyczne dla autora konkluzje, w których narrator przyznaje, że sam właściwie nie wie, co wydarzyło się później, ani co to wszystko oznaczało; i wreszcie, rozbrzmiewająca w tle muzyka poważna, jazz czy utwory Beatlesów. Zamiłowanie Murakamiego do jazzu widać najwyraźniej w opowiadaniu Charlie Parker Plays Bossa Nova. Jest to jednocześnie moja ulubiona koncepcja z tego zbioru – bohater za czasów studenckich, w ramach żartu, pisze dla pewnego magazynu recenzję albumu, którego nieżyjący od kilku lat muzyk jazzowy tak naprawdę nigdy nie nagrał. Wiele lat później odnajduje tę płytę w małym sklepiku w Nowym Jorku. Skąd się tam wzięła? Wyjątkowo stymulujący wyobraźnię pomysł.

Nie wiadomo, czy opowiadania zawierają prawdziwe historie z życia Murakamiego. Wyjątkiem jest zbiór wierszy o ulubionej drużynie baseballowej autora, które przeplatane są jego wspomnieniami. Nie sądzę, żeby pisarz naprawdę spotkał na swojej drodze mówiącą małpę, jednak pozostałe wydarzenia mogą, choć nie muszą, zawierać wątki biograficzne. I to jest właśnie w twórczości Murakamiego najlepsze. Jak pisze autor: Nie do wiary, prawda? Ale lepiej uwierz, Czytelniku, bo naprawdę tak było. A ja bardzo chcę mu uwierzyć.

Fot.: Muza

Murakami

Write a Review

Opublikowane przez

Michał Bębenek

Dziecko lat 80. Wychowany na komiksach Marvela, horrorach i kinie klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *