Filmy,Recenzje

Kosmiczna misja prowadząca donikąd – Claire Denis – High Life [recenzja]

High Life to pierwszy anglojęzyczny tytuł francuskiej reżyserki i scenarzystki Claire Denis, autorki wielokrotnie nagradzanej, znanej  między innymi  z horroru Głód miłości z roku 2001, z Vincentem Gallo i Beatrice Dalle, czy z głośnego zdobywcy Złotego Lamparta w Locarno – dramatu Nénette et Boni z roku 1996. Reżyserka w swoich filmach często porusza tematy związane z kolonializmem, rewolucją, problemami na tle rasowym – przykładem niech będzie Biała Afryka. Drugi nurt filmów Claire Denis dotyczy z kolei kwestii moralnych, ukazujących relacje międzyludzkie i towarzyszące im zachowania. Skupia się na człowieku, jego wnętrzu i towarzyszących mu konfliktach.  Są to między innymi wspomniany wyżej Głód miłości, Piękna Praca czy osobiste Isabelle i mężczyźni, w którym główną rolę zagrała Juliette Binoche.

Nowy film Claire Denis to zjawisko interesujące z produkcyjnego punktu widzenia. Jest to bowiem film gatunku science fiction z metaforycznym, artystycznym wydźwiękiem. Scenariusz to wspólne dzieło Claire Denis oraz małżeństwa: Nicka Lairdema, brytyjskiego pisarza, i Zadie Smith, brytyjskiej autorki opowiadań, znanej między innymi dzięki nagrodzonej powieści Białe Zęby. W skład koprodukcji wchodzą kraje takie jak USA, Francja, Niemcy, Polska, Wielka Brytania. Jednymi z twórców po stronie polskiej są Klaudia Śmieja – produkcja, Tomasz Naumiuk- zdjęcia, a tuż przy boku Juliette Binoche i Roberta Pattinsona w rolę pilota wciela się Agata Buzek.

High Life opowiada o grupie więźniów, którzy zostali wysłani w kosmos poza granice Układu Słonecznego. W trakcie wyprawy są poddawani eksperymentom, mającym na celu utrzymanie ich przy życiu oraz podtrzymanie gatunku. Kontrolę nad przebiegiem doświadczenia sprawuje demoniczna doktor Dibs, w którą wciela się Juliette Binoche.  W początkowej fazie filmu poznajemy Monte (Robert Pattinson) – mężczyzna mający opinię twardziela i introwertyka wraz z narodzinami córki odkrywa w sobie nieznane dotąd uczucia miłości i przywiązania i pomimo sytuacji bez wyjścia stara się zapewnić dziewczynce spokojne dzieciństwo.

High Life nie jest typowym dziełem science fiction. Widzowie, którzy spodziewają się przygodowej fabuły opowiadającej o losach bohaterów wysłanych w kosmos, rozczarują się. W tym kontekście jest to film podobny do Trouble Every Day, w którym również zamiast pojawiających się potworów i ciągłego rozlewu krwi, mimo konwencji horroru, mamy do czynienia raczej z przytłaczającym, ponurym i przygnębiającym dramatem. High Life to opowieść o dwoistej strukturze. Jej słabe strony to bez wątpienia scenariusz, który po prostu podczas seansu dłuży się, jest okraszony kiepskiej jakości dialogami, a sceny, które miały szokować, wzbudzają niesmak – między innymi przydługa scena masturbacji bohaterki, w którą wciela się Juliette Binoche. Senny rytm filmu również nie przemawia na jego korzyść. Z ekranu unosi się atmosfera mroku, bohaterowie są antypatyczni  i nie sposób zbudować z nimi jakiejkolwiek relacji. Są jedynie tłem dla Roberta Pattinsona, który znakomicie wciela się w ojca, próbującego sprostać swojej roli. High Life to narracyjny chaos – wyraźnie kuleje w nim podział na wstęp, rozwinięcie, zakończenie, nie sposób połączyć wątków, ponieważ prowadzą one donikąd, a artystyczny sposób przekazania wizji filmu science fiction nie wypalił. Nie ma tu ani Tarkowskiego, ani Kubricka, z których z całą pewnością mogłaby czerpać Claire Denis, podejmując się tematyki egzystencjalnych problemów człowieka w przestrzeni kosmicznej.

Pomimo nieścisłości i braku jednoznacznej drogi, którą miał podążać High Life, bez wątpienia stanowi on opowieść o wnętrzu człowieka, który postawiony w sytuacji beznadziejnej próbuje stworzyć pozory szczęścia i nie zwariować.  Z punktu widzenia społeczności, którą tworzą ludzie znajdujący się na statku, film stanowi interesujące doświadczenie społeczne. Niczym w eksperymencie więziennym Zimbardo widzimy, jak  zachowuje się zamknięta społeczność kierowana przez naturalne instynkty, i w jaki sposób sytuacja zmusza jej członków do podejmowania mało racjonalnych decyzji. Stopniowo ludzie stają się dla siebie największym zagrożeniem i wzajemnie wyniszczają się. Niestety gdzieś w połowie przypowieść, która mogłaby trwać dalej, kończy się i pozostawia niedosyt. Pozostaje Pattinson i narracyjny bałagan.  High Life tworzą także pojedyncze piękne ujęcia – dzięki zdjęciom, muzyce i scenografii. Mogłoby to być kolejne dzieło na miarę Solaris, ale niestety nie jest. Momenty wizualnej uczty to niestety za mało w odniesieniu do całości, by zjednać widza i wspominać miniony seans.

Fot.: Against Gravity

Reżyseria4
Scenariusz4
Aktorstwo5
Muzyka4
Kwestie techniczne5
Emocje4
4.3Ocena ogólna