There are no slides in this slider.

Książki,Recenzje

Niełatwo zostać zbawionym – Robert A. Heinlein – “Hiob. Komedia sprawiedliwości” [recenzja]

Hiob
Hiob

Hiob. Komedia sprawiedliwości to kolejne wznowienie z serii Wehikuł czasu, która od jakiegoś czasu cieszy fanów science fiction dzięki wydawnictwu Rebis. Niestety, jest to też pierwsze lekkie rozczarowanie, bowiem w porównaniu do pozostałych wydanych oraz planowanych pozycji, jest to rzecz na odrobinę niższym poziomie oraz, mam wrażenie, że sam Robert A. Heinlein ma w swoim dorobku znacznie lepsze dzieła, co nie znaczy, że powieść pierwotnie wydana w roku 1984 jest zła.

Pomysł na książkę jest intrygujący. Jej główny bohater, Alexander Hergensheimer, zakłada się, że przejdzie próbę ognia podczas pewnego polinezyjskiego święta. Nagle podczas kulminacyjnego momentu tejże traci przytomność – po ocuceniu znajduje się już w alternatywnym świecie, w którym wszyscy go znają jako Aleca Grahama. W międzyczasie zakochuje się z wzajemnością w pięknej Margrethe i nawiązuje z nią płomienny romans pomimo faktu, że w swoim pierwotnym świecie ma żonę, a sam Alexander jawi się jako człowiek pobożny, mocno pilnujący swoich zasad moralnych, etycznych, religijnych oraz okazuje się głęboko zaangażowanym w swój lokalny kościół.

Nieprzypadkowo wspominam o religii, ponieważ ona na łamach książki zajmuje dużo miejsca. No cóż, powieść Heinleina jest niczym innym jak uwspółcześnioną wersją biblijnej przypowieści o Hiobie, podlaną sosem czarnego humoru rodem z Monty Pythona. Po dostosowaniu się do nowego, alternatywnego świata i niekoniecznie zdobytej w legalny sposób fortuny Alexander/Alec próbuje ułożyć sobie życie z Margrethe i zawsze, gdy wydaje się, że wszystko idzie w idealnym kierunku, Bóg wystawia naszego bohatera na próbę i przenosi go do innego, alternatywnego świata, w którym para zakochanych musi zaczynać wszystko od nowa.

Jak napisałem powyżej, naprawdę pomysł na fabułę w powieści Hiob. Komedia sprawiedliwości jest frapujący i dowodzi geniuszu autora, natomiast sam Heinlein, mam wrażenie, że zadowolił się tym, iż zaproponował pewną oryginalną wizję i niekoniecznie chciał ją już dalej właściwie rozwinąć. Początkowo śledziłem podróże pomiędzy alternatywnymi światami z zapartym tchem, z czasem niestety odkryłem, że w narrację wkradła się schematyczność i w połowie lektury zacząłem odczuwać znużenie. Jako że jest to współczesna wariacja historii Hioba, nie zabrakło wątków teologicznych, które okazały się słabszą stroną Komedii sprawiedliwości. Na plus na pewno należy zaliczyć aspekt satyryczny powieści. Heinlein z nieukrywanym przekąsem szydzi sobie z religii chrześcijańskiej, trafnie i precyzyjnie określając jej przywary, jak dwulicowość jej wyznawców czy też płytkość dogmatów i prawd wiary. Humor stoi na wysokim poziomie, parę razy zaśmiałem się głośno, jakbym czytał rzecz od Douglasa Adamsa czy Terry’ego Pratchetta. Fakt, że ten humor na kartach powieści jest dosyć wysublimowany, daleki jest od prostackiego i trzeba pewnego intelektualnego zaplecza, aby docenić żartobliwe docinki autora.

Na pewno jest to też powieść inna niż pozostałe Heinleina i być może stąd moje rozczarowanie. Nie ma tutaj pełnokrwistego science fiction, a jedynie jego elementy zamoczone w teologicznym sosie sprowadzonym do poziomu quasi-biblijnej przypowieści ze sporą dozą cynicznego, czarnego humoru. Szkoda, że Heinlein nie rozwinął bardziej wątku alternatywnych wszechświatów (no bo ileż można czytać o zmywaniu naczyń przez głównego bohatera?). Momentami teologiczne tyrady, szczególnie pod koniec lektury, spychały narrację na manowce. Niemniej, nie są to wady, które spowodują, że nie będziemy się dobrze bawić przy lekturze Hioba. Trzeba się jednak nastawić, że nie jest to rzecz na poziomie najwybitniejszych dzieł Heinleina oraz nie jest to s-f, dzięki któremu świat pokochał tego autora. Kiedy odrzucimy powyższe uprzedzenia, to okazuje się, że pomimo swoich przywar, Hiob. Komedia Sprawiedliwości to całkiem niezły kawałek porządnej literatury.

Fot.: Wydawnictwo Rebis


Przeczytaj także:

Recenzja książki Aleja potępienia

Podobne wpisy:

Avatar

Okazjonalnie skrobnę coś o muzyce.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *