Jak dogryźć mafii

Jak upodlić Willisa – Mark Cullen – „Jak dogryźć mafii” [recenzja]

Do kin trafił kilka dni temu film Jak dogryźć mafii  – amerykańska komedia kryminalna, w której główną rolę gra Bruce Willis. Jeśli w Waszych głowach pojawiło się właśnie pomarańczowe (jeśli nie czerwone) światełko, to jest to reakcja jak najbardziej zrozumiała. Pamiętacie tytuł ostatniego kinowego przeboju z Willisem, który się Wam podobał? No właśnie… Zarówno Rock the Kasbah, jak i Red 2 nie były produkcjami, które warto pamiętać i szczerze mówiąc, przykro oglądać jakościowy zjazd na samo dno niegdysiejszej ikony kina akcji. Czy pełnometrażowy debiut reżyserski braci Cullen jest choćby próbą odbicia się od dna sześćdziesięciodwuletniego aktora?

Jak dogryźć mafii (tytuł oryginalny: Once Upon a Time in Venice – brawa dla polskiego tłumaczenia) to dzieło, które w zasadzie od pierwszych scen krzykliwie oznajmia widzowi, z czym będzie miał do czynienia. Gdy uczeń jedynego (!) detektywa w Venice przywozi do swojego mentora, Steve’a Forda, dziewczynę, której niestrudzenie poszukiwali na zlecenie jej zmartwionych braci, ów detektyw korzysta z okazji i uprawia z nią dziki seks, nie wiedzieć właściwie czemu – prawdopodobnie dlatego, że po prostu może. W międzyczasie do mieszkania detektywa przyjeżdżają bracia dziewczyny i to, czego są świadkami, nie przypada im do gustu. Zdesperowany mężczyzna wyskakuje nago do pobliskiego basenu, bez namysłu wskakuje nogą na deskorolkę i tak… rozpoczyna się pierwsza scena pościgu w filmie. Towarzyszymy pośladkom Willisa przez kilka minut, w międzyczasie zostajemy uraczeni wątpliwą przyjemnością obserwacji patentu, który Steve Ford wymyślił podczas zatrzymania przez policję – mianowicie mężczyzna chowa przed oficerem swoją broń właśnie tam, gdzie myślicie – w tyłku. W zamierzeniu prawdopodobnie miało wyjść zabawnie, niestety wyszło żenująco. Żałuję, ale podobnych rozwiązań bracia Cullen mają w zanadrzu znacznie więcej. I chociaż tak jak już wspominałem, od samego początku filmu jesteśmy brutalnie uświadomieni, że oto mamy do czynienia z kretyńską komedią o wątpliwej jakości gagach, to i tak oglądanie poszczególnych scen boli i uwiera… niczym broń w tyłku Willisa.

Piękne scenerie nie idą w parze z opowieścią, a ta prezentuje się mniej więcej (w dużym uproszczeniu) tak: emerytowany gliniarz, prowadzący aktualnie agencję detektywistyczną wpada w konflikt z lokalnym gangiem, handlującym narkotykami. Gdy w akcie zemsty z domu jego siostrzenicy gangsterzy kradną sprzęt oraz porywają jego ukochanego psa, Buddy’ego, detektyw postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i odzyskać czworonoga. Wchodzi w układ z szefem gangu, Spyderem, wedle którego po odebraniu utraconej walizki kokainy otrzyma z powrotem psa oraz małą bonifikatę finansową. W międzyczasie dawny znajomy developer prosi go o pomoc w znalezieniu i pozbyciu się grafficiarza, który co noc rysuje na jednym z jego budynków obsceniczne i przekraczające dobry smak rysunki. W intrygę wplątuje się przyjaciel Steve’a – Dave, który po bolesnym rozwodzie pragnie zaznać dreszczyku emocji. Wszystko to opowiadane jest z perspektywy ucznia podstarzałego detektywa – Johna.

Bracia Cullen (którzy są także scenarzystami tej produkcji) mieli ciekawy i całkiem przyzwoity pomysł, zabrakło jednak umiejętności do jego realizacji oraz odpowiedniego i sensownego poprowadzenia intrygi. Wiele wątków przedstawiono na prędce, niektóre z nich przeplatają się ze sobą w niezrozumiałym ciągu zdarzeń, a całość została podana w taki sposób, że widz najzwyczajniej w świecie ziewa, wierci się w fotelu i nie wie, co ze sobą począć, bo chociaż ma świadomość zamysłu twórców i widzi starania aktorów, którzy dwoją się i troją, by coś wyszło z tej nieszczególnie udanej produkcji, to fabuła przez zdecydowaną większość czasu nudzi, a ekranowe żarty częściej wprowadzają w zażenowanie niż rozbawienie. Nie pomaga nawet próba zaakceptowania przyjętej przez braci Cullen konwencji i przymknięcie oczu na fabularne durnotki. Mimo szczerych chęci – wad jest zdecydowanie więcej niż zalet. Nie rozumiemy, czemu Steve goni za swoim psem, ponieważ nie ma między nimi kompletnie żadnej (!) relacji; nie mamy żadnej wiedzy na temat gangsterskiego bossa, Spydera, dlatego jego niebanalność oraz odbiegnięcie od schematu typowego bezmózgiego gangsta raczej dezorientuje; wątek z grafficiarzem wydaje się być kompletną zapchajdziurą. Po obejrzeniu Jak dogryźć mafii odnosimy nieodparte wrażenie, że główna konstrukcja filmu oraz wszelkie przybudówki zostały zbudowane przez pijanych budowlańców. Niby wszystko stoi, ale budynek do użytku się nie nadaje.

W filmie jest wiele nieścisłości, ale przyjmijmy już, że w głupkowatej komedii nie będę doszukiwał się logiki oraz poszanowania zasad przyczynowo-skutkowych. Technicznie realizacja stoi na wysokim poziomie – mimo słabiutkiej fabuły i kompletnego braku pomysłu w jej poprowadzeniu całość ogląda się przyzwoicie. Pomagają w tym piękne widoczki, letnie krajobrazy, architektura miasta i dobry montaż. Muzyka to zbiór mniej lub bardziej znanych – raczej przeciętnych – piosenek, które ani nie bawią, ani nie rażą odbiorcy swoją obecnością; pojawiają się w przewidzianych sytuacjach, spełniają swoje zadanie i znikają ze świadomości. Aktorsko jest przyzwoicie, a miejscami naprawdę dobrze. Jednak to zasługa tylko i wyłącznie umiejętności odtwórców swoich ról. Paradoksalnie najjaśniejszym punktem jest tutaj wcielający się w Johna, najbardziej znany z Doliny Krzemowej, Thomas Middleditch, zaraz za nim na uwagę zasługuję John Goodman, który ponownie udowadnia, że najlepiej czuje się w nieoczywistej roli komediowej. Bruce Willis robił, co mógł, aby jakoś na ekranie wypaść, pozwolił się nawet pomalować i założyć na siebie obcisłą kieckę, a także gonić się przez podobnie przebranych przypakowanych facetów, jednak w jego wykonaniu to rola zupełnie przeciętna. Jason Momoa odgrywający rolę Spydera kompletnie nie przekonał, jednak zrzuciłbym to na beznadziejnie rozpisanego bohatera, którego przyszło mu zagrać. Pozostali aktorzy zaliczyli zaledwie epizody, dlatego trudno specjalnie ich wyróżnić, bo też niczym konkretnym nie zdążyli zabłysnąć.

Jak dogryźć mafii to produkcja przeciętna, która jakoś ujdzie w tłoku, ale mimo to zostawi w nas pewnego rodzaju niesmak. Głównie przez nieudane żarty, nudne prowadzenie akcji i Willisa, który przeżywa aktualnie jeden z najgorszych momentów w swojej aktorskiej karierze. Definitywnie szkoda Waszego czasu i pieniędzy, aby wybierać się na ten film do kina, ponieważ ma on jedynie dobre momenty, ale ogólnie nie oferuje on tego, czego można (i powinno) się po tego typu dziełach spodziewać.

Ocena: 4/10

Fot.: Kino Świat

Jak dogryźć mafii

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.