Filmy,Recenzje

Gdyby reżyser nie był błaznem… – Todd Phillips – „Joker” [recenzja]

joker
joker

Mój ulubiony antybohater popkultury dostał własny film. Jak ja się ucieszyłem na wieść o tym, że nowy Joker będzie oderwany od stajni DC, która – nie bójmy się tego stwierdzenia – robi słabe filmy superbohaterskie! A gdy świat obiegła informacja, że to Joaquin Phoenix zafarbuje włosy na zielono, pomaluje twarz na biało i dorysuje nieśmiertelny czerwonokrwisty uśmiech na ustach – byłem wręcz zachwycony. Moja wiara w sukces tego filmu nieco spadła, gdy okazało się, że reżyserem tego dzieła będzie Todd Phillips – facet, który jest niezłym komediantem, ale o dramacie nie ma bladego pojęcia.

Gdy jednak wiele miesięcy później Joker odtańczył triumfalny taniec, dzierżąc w dłoni Złotego Lwa z Wenecji – ponownie poczułem, że tworzy się historia. I mam naprawdę duży problem, co napisać po seansie, bo nie ma wątpliwości, że ten film jest dziełem dobrym, prawdopodobnie nawet bardzo dobrym, bawiłem się dobrze, ale jednocześnie odczuwam spory zawód i nie potrafię pozbyć się uczucia pustki i złości na reżysera, że zrobił tak wrogą robotę Phoenixowi, psując wiele elementów, których nie powinien psuć. 


Arthur Fleck nie ma w życiu lekko. Jego codziennością jest praca klauna za nędzne pieniądze, opieka nad schorowaną matką i usilne pragnienie, żeby wyrwać się z matni. Fleck raz w tygodniu odwiedza terapeutkę, aby utrzymać w ryzach coraz gorszy stan psychiczny. Niestety – miasto tnie koszty, dlatego program psychiatryczny, którego był członkiem, zostaje skasowany. Arthur marzy także o karierze komika, ponieważ od dziecka powtarzano mu, że jego przeznaczeniem jest wywoływać w ludziach radość. Jego idolem jest prowadzący telewizyjny talk-show Murray Franklin i Arthur skrycie pragnie, aby jego kariera również potoczyła się w tym kierunku, a ludzie darzyli go uwielbieniem za nienaganne poczucie humoru. Niestety główny bohater cierpi na schorzenie neurologiczne, które wywołuje w nim bolesne i niekontrolowane napady histerycznego śmiechu, co bardzo często przeszkadza mu w funkcjonowaniu i stanowi problem w wielu codziennych sytuacjach. W Arthurze tkwi głęboka potrzeba miłości, akceptacji i zrozumienia, na co niestety nie może liczyć, a na domiar złego w jego umyśle kłębią się coraz gęstsze i mroczniejsze myśli, dlatego stopniowo zalicza on kolejne etapy przemiany w postać, którą wszyscy znamy jako Jokera.

joker

Przejdę od razu do wad, bo te drażnią mnie na tyle, że chciałbym to mieć za sobą. Todd Phillips wyszedł ze swojej strefy komfortu. I za to należą mu się oklaski. Niejeden twórca komediowy nie wziąłby na swoje barki nakręcenia dramatu psychologicznego, w dodatku opowiadającego o największym i najbardziej znanym w popkulturze złoczyńcy. Dodatkowo warto pochwalić kierunek i wzór, jaki obrał. A jest nim głównie Martin Scorsese i jego filmy z przełomu lat 70. i 80. XX wieku. Piszę głównie, ponieważ nie sposób nie zauważyć także dość silnego nawiązania do filmu Rocky z 1976 roku. I nie mam tu absolutnie na myśli samego motywu schodów. Osadzić genezę Jokera w takiej estetyce, to istny strzał w dziesiątkę! Problem w tym, że Todd Phillips poległ w swoim oddaniu hołdu dla twórcy Chłopców z ferajny. Do tej pory nie jestem pewny, czy Joker faktycznie jest hołdem dla Scorsese, czy jego nieudolną próbą kopiowania?

Do rzeczy jednak – film Phillipsa aż roi się od nawiązań do Króla komedii z 1982 roku oraz do Taksówkarza z 1976 roku. Wspólnych cech jest tu mnóstwo – od ogólnej metody przedstawienia metropolii, jako miejsca gnijącego od wewnątrz, nieprzystępnego, szaroburego, bez perspektyw dla klas od średniej do nizin społecznych, przez szkielet scenariusza, na samym głównym bohaterze kończąc. Arthur Fleck to bowiem połączenie cech Ruperta Pupkina (przekonanie o własnym talencie komediowym, marzenie o sławie, blasku świateł i dawaniu ludziom radości) i Travisa Bickle’a (poczucie odrzucenia społecznego, wyjęcie poza margines, narastająca wściekłość wynikająca z bezsilności i ciągłego popychania). W ramach (najprawdopodobniej) easter egga do roli komika i gospodarza late-night show Murraya Franklina zatrudniono Roberta DeNiro, który niemal czterdzieści lat temu wcielał się w osoby podobne Arthurowi Fleckowi. I generalnie nie ma w tym nic złego, ale Todd Phillips nie potrafi w należyty sposób budować dramaturgii, co przede wszystkim odróżnia go od Scorsese.

joker

Twórca Kac Vegas pokazując drogę Arthura Flecka do Jokera, stawia na niepotrzebną dosłowność i posługuje się każdym możliwym sposobem, jakie oferuje kino, aby ukazać, że jego bohater jest chory psychicznie. Każdym. I robi to z subtelnością kuli do wyburzania budynków. Zupełnie jakby widzowi nie wystarczyło to, co na ekranie wyprawia (w fenomenalnie przerażający sposób) Joaquin Phoenix. Nie, Phillips idzie dalej – krzycząc do widza w każdym możliwym momencie, że Pan Fleck jest psychiczny. Wciska to w usta jego kolegów z pracy, wciska to w usta terapeutki, wreszcie wciska to w usta jego własnej matki i Thomasa Wayne’a, a jakby tego było mało – podsuwa widzom karteczki, każe Arthurowi pisać w zeszycie pogrubioną czcionką i drukowanymi literami, że przyszły Joker to jednostka chora psychicznie. Aż w pewnym momencie miałem ochotę krzyknąć do ekranu: daj spokój gościu, wiemy, oglądamy film o Jokerze, do jasnej cholery. Daj grać Phoenixowi i skończ psuć mu film! Nie wiem, czy jest to wynikiem tchórzostwa reżysera oraz studia odpowiedzialnego za powstanie filmu, ale trudno przez to nie odnieść wrażenia, że twórcy za wszelką cenę i ponad wszelką wątpliwość pragnęli przekazać: on się tak zachowuje, bo jest chory psychicznie, nie próbujcie tego w domu! Prawdopodobnie po to, żeby uniknąć ewentualnych zarzutów o gloryfikację przemocy. Prawda jest jednak taka, że pewnym ekstremom nie jest wcale potrzebny Joker, służący za symbol zła i moim zdaniem wystarczyło postawić na mniejszą dosłowność, która popsuła ogólny wydźwięk filmu.

Kolejną (ostatnią moim zdaniem) wadą filmu Phillipsa jest mniemanie reżysera, że oto jego widzowie to… idioci. Z tego względu postanawia on odrzeć swojego bohatera z tego, co niebywale dobrze zrobił Phoenix, i w pewnym momencie serwuje nam powtórkę mnóstwa scen, pokazując nam, że to były tylko złudzenia chorego umysłu Arthura Flecka. Jedno szczęście, że reżyser nie popłynął i w finale pozwolił widzowi rozruszać szare komórki i użyć rozumu.

Przejdźmy jednak do zalet i tego, co moim zdaniem w filmie Joker się udało. Todd Phillips dwoił się i troił, żeby zepsuć ten film, ale na szczęście otoczył się naprawdę utalentowanymi ludźmi. Wizualnie ten film jest prawdziwą perełką. Lawrence Sher wykreował naprawdę świetne zdjęcia i wiele z nich można powiesić na ścianie, dla samego podziwiania ich kunsztu. Mark Friedberg doskonale poustawiał scenografię, dlatego jego Gotham City do złudzenia przypomina brudną i pełną beznadziei miejską dżunglę. Z kolei wschodząca gwiazda muzyki filmowej – Hildur Guðnadóttir – stworzyła rewelacyjny soundtrack, który w odpowiedni sposób współgra z Joaquinem Phoenixem na ekranie, ale też w oderwaniu od filmu stanowi soczysty kawał muzyki instrumentalnej. Jak dla mnie to są trzy murowane nominacje do Oscarów.

Na sam koniec zostawiam oczywiście najważniejszą gwiazdę tego spektaklu, czyli Joaquina Phoenixa, który stworzył kreację idealną. Jeden z tych nielicznych, wciąż zbyt niedocenianych (statuetkami) aktorów wykonał tytaniczną pracę, przygotowując się do roli Arthura Flecka. Schudł ponad dwadzieścia kilo, opracował specjalny sposób poruszania się, miesiącami dopieszczał swój wymuszony śmiech i wlał tyle emocji w tego bohatera, że – o zgrozo – przez długi czas tego faceta da się lubić, a nawet jeśli niekoniecznie lubić, to bez wątpienia można mu współczuć. Sęk w tym – i tu wracam do zarzutu względem reżysera – że Phoenix często nie ma swobody w wyrażeniu bohatera, dzięki czemu my nie potrafimy się zdecydować, czy Arthur jest stłamszonym szarakiem, który tak długo uginał się pod naporem nieustannych upokorzeń, że w końcu coś w nim pękło, czy jednak to obłędny, neurotyczny psychopata, który na naszych oczach odkrywa, że bestialska przemoc może dawać ogromną satysfakcję. Oczywiście Todd Phillips przez niemal cały film daje nam kompletnie pozbawione subtelności podpowiedzi, jak mamy postrzegać Arthura, ale Phoenix swoją kreacją jakimś cudem wymknął się schematowi, na który uparł się reżyser i scenarzysta.

Portorykańczyk swoimi gestami, mimiką i ogólną aparycją wykreował coś absolutnie niezapomnianego. Prawda jest taka, że Phoenix osiągnął taki poziom, do jakiego wielu aktorów nawet nie sięgnie koniuszkami palców po najlepszym wyskoku w swoim życiu. To rola kompletna, przerażająca, przykuwająca do ekranu, nakazująca chłonąć każdy gest w obawie, że coś nam umknie – i za to Phoenixowi należą się wszystkie możliwe nagrody świata. Powtórzę jednak raz jeszcze (nauczony metodą Phillipsa), że wielce ubolewam nad faktem, iż reżyser kładł swojemu aktorowi zbyt często kłody pod nogi.

Osobny akapit należy się także odpowiedzi na nasuwające się wszystkim pytanie – kto w tym momencie jest najlepszym Jokerem. Moim zdaniem w ogóle nie powinno się tego pytania zadawać, bo każda z kreacji jest inna, każda wysuwa na pierwszy plan inny aspekt “Jokerowości”, ale próbując podać sensowną odpowiedź, powiem tak: Najlepszym Jokerem dla mnie jest Heath Ledger. Jednak mówię w tym momencie o Jokerze jako postaci komiksowej, sztandarowym przykładzie superzłoczyńcy, największej przeciwwadze Batmana i wcielenia kompletnego chaosu, którego nie sposób rozszyfrować. Joaquin Phoenix z kolei to zupełnie inna para kaloszy. Jego Jokera zdążyliśmy ledwie poznać (ostatnie sceny filmu), dlatego też tak trudno tu o wiarygodne (i sensowne) porównanie. Z pewnością ten ostatni aktor wykreował postać z krwi i kości, pokazał nam człowieka, który dopiero stanie się tym słynnym Jokerem, o którego wszystkim chodzi, dlatego pytania, czy lepszym Jokerem jest Ledger, czy jednak Phoenix uważam za zwyczajnie niepoważne, bo tu nie ma nawet materiału do porównania z uwagi na kompletnie inny rozdział z życia arcywroga Człowieka Nietoperza.

Joker to bardzo dobre dzieło, które aspiruje do miana tych wielkich i zakładam, że dla wielu właśnie takie pozostanie. Z pewnością zostanie zapamiętany jako ten film, w którym Joaquin Phoenix pokazał wszystkim, na czym polega Wielkie Aktorstwo. Twórcom należą się brawa za wkomponowanie tematyki superbohaterskiej w brutalne realia szarego człowieka. I chociaż nie potrafię przyjąć bezkrytycznego huraoptymizmu wielu widzów – doceniam ten kamień milowy w tej tematyce. To już jest historyczne dzieło, o którym będzie głośno przez lata, ale nie potrafię się wyzbyć ponurego przeświadczenia, że mogło być znacznie, znacznie lepiej. Dlatego też zachwycam się – ale z dystansu. Doceniam – ale w najniższej skali pozytywów, w dodatku tylko za to, co zrobił Phoenix.

Fot.: Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.

Film obejrzeliśmy dzięki Cinema City

To

Reżyseria3
Scenariusz5
Aktorstwo9
Kwestie techniczne8
Muzyka9
Emocje8
7Ocena ogólna
Avatar

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel serwisu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Wielbiciel kina i audiobooków. Nie pogardzi dobrą muzyką, serialami, grami komputerowymi oraz wszelkiego rodzaju grami planszowymi. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub czarnepioro@gmail.com

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!