Recenzje,Seriale

Trzeba się mocno zaciągnąć – Julie Delpy – „Na skraju”

na skraju
na skraju

Ostatnimi laty zalewani wręcz jesteśmy serialami dla i o młodzieży. W propozycjach z nurtu young adult możemy przebierać – mamy ich do wyboru, do koloru. Nie brakuje również tytułów o dwudziesto-, trzydziestolatkach, zmagających się z problemami w pracy, z miłosnymi uniesieniami, w których nie brakuje również wielu sensualnych scen. Wymienić można choćby takie tytuły jak Valeria, Bez zobowiązań, Sex Life, Pani Fletcher, Rodzice. Są również produkcje o starszych ludziach, którzy najlepsze lata – zdawałoby się – mają już za sobą, jak np. The Kominsky Method czy Grace i Frankie. Ale są jeszcze przecież ludzie pomiędzy. Są kobiety, które trzydziestkę mają dawno za sobą, ale i do sześćdziesiątki im co nieco brakuje. Nie nastolatki, nie staruszki. Dojrzałe, pełne mądrości życiowej, doświadczone i pewne swoich decyzji kobiety. Czy jednak na pewno? Czy metryka powinna być przesłanką do tego, by uważać kogoś za mądrego i doświadczonego? Na skraju pokazuje, że bez względu na wiek i to, co przeżyliśmy, możemy zachowywać się jak nastolatkowie, możemy mieć motyle w brzuchu, możemy wybuchnąć gniewem w absurdalny sposób, możemy zrobić z siebie idiotkę i mocno żałować impulsywnego zachowania. Albo nie żałować wcale. Na skraju, które obejrzeć możemy na Netflixie, to serial o kobietach, które są takie jak my – bez względu na to, w jakim wieku zaczynamy podglądać ich losy.

Głównymi postaciami serialu Na skraju są cztery przyjaciółki znające się od lat. Każda z nich ma już dzieci i jako tako poukładane życie (no, z wyjątkiem jednej z nich). Żadnej z nich nie omijają kłopoty, troski i – co jest chyba kluczowe dla tego tytułu – wątpliwości co do decyzji, które sprawiły, że są właśnie w tym miejscu w tym momencie swojego życia. Mamy tu odnoszącą sukcesy szefową kuchni Justine (Julie Delpy), mamy będącą na permanentnym haju Anne (Elisabeth Shue), „marnującą się w domu” feministkę Yasmin, a także raz po raz zwalnianą z każdej kolejnej pracy Elle, samotnie wychowującą trójkę dzieci, z których każde ma innego ojca. Nie ulega jednak wątpliwości, że to jedną z bohaterek twórcy postanowili uczynić główną bohaterką. To Justine, wykreowaną przez twórczynię serialu, Julie Delpy, gra pierwsze skrzypce i to jej historia wydaje się tą główną.

Mam bardzo mieszane uczucia względem tego serialu. Początek był świetny – świeży, oryginalny, naturalny, niby opierał się na zwyczajności, ale nie był banalny, a owa zwyczajność potrafiła zaciekawić i wciągnąć. Jednak w bodajże czwartym odcinku nastąpiło jakieś załamanie i choć od tamtej pory serial miewał drobne wzloty i upadki, to mam wrażenie, że już do końca sezonu nie wzbił się ponad poziom tych pierwszych trzech odcinków. Nie jest to serial zły, ale nie jest też tak dobry, na jaki się zapowiadał. 

Subtelność to na pewno cecha, na którą warto zwrócić uwagę, omawiając serial, i która stanowi ogromną zaletę produkcji. Mamy bowiem opowieść o kobietach będących właśnie na pewnym skraju – skraju swojego życia, skraju świadomości, że mogły podjąć złe wybory, skraju rozpaczy, skraju wytrzymałości. I ta tematyka byłaby bardzo prosta do stworzenia głupawej komedii lub wręcz przerysowanej opowieści o zachowujących się irracjonalnie kobietach po czterdziestce i pięćdziesiątce, którym kryzys wieku średniego uderza do głowy. Ale ten temat jest podjęty tak subtelnie i tak naturalnie, że finalnie otrzymujemy bardzo prawdziwą, czasem nieco absurdalną (ale zawsze życiową) opowieść o zwykłych kobietach, które trochę się pogubiły. Na skraju to dla mnie taki rodzaj opowieści, która wpisuje się w ten sam nurt narracji, co Ani słowa więcej czy Bliskość – zwyczajna, niespieszna, z pozoru nudna, ale zachwycająca zwykłością, naturalnością, życiowością. Czasami, oglądając, mamy wrażenie, że bohaterowie mogliby zrobić coś bardziej spektakularnego, że jakiś dialog lub monolog mógłby być zdecydowanie mocniejszy, że  brakuje przytupu, energii, rozbłysku. Ale potem szybko przychodzi refleksja, że to wszystko to tylko filmowe sztuczki, mające – owszem – podnieść walory dzieła, ale jednocześnie odzierają je z tej naturalności, którą tak się przed chwilą zachwycaliśmy. Nie można więc mieć wszystkiego, a granica przeszarżowania jest dość cienka. Czasami bohaterom brakuje zatem błyskotliwych ripost, zachowań, które wyrwą nas z fotela, ale za to możemy się z nimi identyfikować, zamiast żałować, że „my tak nie potrafimy” albo że „nasze życie tak nie wygląda”.

Na skraju to również ciekawie poprowadzona opowieść o kobietach w świecie mężczyzn. Trudno nie rozpatrywać tego serialu w feministycznym odniesieniu, bo francusko-amerykański serial opowiada o tym, jak kobiety radzą sobie w świecie teoretycznie skrojonym pod mężczyzn, w którym jednak to one radzą sobie lepiej, a z tym z kolei nie do końca radzą sobie ich partnerzy. Oczywiście nie każda z historii taka jest, ale każdą z nich rozpatrywać można właśnie jako problem, który teraz, w XXI wieku zaczyna się w końcu tak mocno przebijać do naszej świadomości. Serial ukazuje nam różnych mężczyzn – zarówno tych, którzy podcinają swoim żonom skrzydła, oszpeconych przez zazdrość i w tej zazdrości maluczkich, trawionych przeświadczeniem, że kobieta nie może być lepsza od mężczyzny, jak i tych, którzy wspierają swoje żony, bez względu na to, jaką decyzję podejmą, ale także utrzymanków, którzy żerują na partnerce, dla których nie liczy się to, czy są od niej lepsi, czy gorsi, a jedynie to, czy będzie mogła ona zapewnić im luksusowy byt bez żadnego wysiłku z ich strony. Produkcja opowiada o nich w taki sposób, że karcimy ich w myślach za samo zachowanie, a nie za zachowanie w połączeniu z płcią. Gdyby mąż Justine i mąż Anne byli kobietami, ich zachowanie byłoby w takim samym stopniu obrzydliwe. 

Na skraju wielokrotnie przybiera lekką formę, ale ukazuje problemy ciężkie, czasami nie do udźwignięcia przez bohaterki. Każda z nich chce być kochana, pożądana i potrzebna. Każda popełniła w swoim życiu masę błędów i każda ma swoje wady, ale i świat, który je otacza, nie jest łatwy we współżyciu. Zazwyczaj takie opowieści o kryzysie wieku średniego kojarzą się z mężczyznami, ale kobiety mają takie samo prawo przeżywać w swoim życiu pewne załamanie – związane zarówno z wiekiem, jak i z życiowymi wyborami. Każda z czterech przyjaciółek jest inna i jest to niewątpliwą zaletą serialu, bo każda ma zupełnie inne podejście do życia i zupełnie inne problemy. I choć nie każdą z bohaterek polubimy, nie każdej będziemy może w stu procentach kibicować, to wszystkie mogą nas czegoś nauczyć, są odrębnymi opowieściami – niby zwyczajnymi, ale jednak unikalnymi.

Na skraju podejmuje wiele tematów, a jednym z bardzo ważnych, jest macierzyństwo. Nie bez powodu każda z bohaterek jest matką. Każda to macierzyństwo przeżywa inaczej, lecz każda w jakiś sposób jest – chcąc nie chcąc – przez rolę matki definiowana. Wspólną cechą, którą da się zauważyć u każdej z serialowych matek, to nadopiekuńczość. Niektóre sceny zadziwiają, biorąc pod uwagę wiek dzieci, ale serial został stworzony tak, aby nie oceniać. Również Elle, matka trójki dzieci, raczej jest nakreślana jako postać nieradząca sobie z ogarnianiem życia, manipulowana przez najmłodszego syna, a na bardzo odległym planie jest fakt, że każde z jej dzieci ma innego ojca. Ten temat sprytnie został przez twórców zepchnięty – Elle nie jest ukazana jako uzależniona od mężczyzn. Co więcej, widza bardziej interesuje to, jak potoczą się jej obecne losy, jak utrzyma siebie i dzieci i na jaki głupkowaty pomysł znowu wpadnie, a nie jak to się stało, że jej życie wygląda, jak wygląda.

Nie naszą rolą jest oceniać zachowanie i wybory życiowe kobiet. Naszym zadaniem jest uświadomić sobie, że jesteśmy albo możemy być do nich podobne. Że nikt nie jest idealny, prawdziwe życie stoi daleko, daleko od tego filmowego. Że czasami flirt może być niezręczny albo można go przerwać beczeniem; że śpiący mąż nie zawsze wygląda idealnie, ale dopiero jego zachowanie na jawie sprawi, że wyda nam się to niesmaczne; że feministka może być utrzymywana przez męża; że życie potrafi dać nam większego kopa niż środki odurzające – tylko trzeba się naprawdę mocno zaciągnąć. Zachłysnąć, poczuć. Życie nie kończy ani nie zaczyna w żadnym konkretnym wieku. Czasami jednak docieramy do etapu na skraju, w którym pewne decyzje muszą zostać podjęte. W którym wymagane jest od nas, by zrobić remanent, zastanowić się, co daje nam szczęście, a co nie. Czego chcemy od życia i jak możemy to osiągnąć.

Aktorsko Na skraju stoi na bardzo wysokim poziomie. Wszystkie cztery aktorki wywiązały się świetnie ze swoich ról, nie są przerysowane, wsiąkają w serial i stają się jego spójną częścią – nie odstają, nie szarpią się z nim. Julie Delpy (Justine), Elisabeth Shue (Anne), Sarah Jones (Yasmin) i Alexia Landeau (Elle) mają niezłą chemię i zdają się doskonale rozumieć, po co znalazły się na planie i co przeżywają ich bohaterki. W pamięć zapada zwłaszcza występ Landeau, bo stworzyła postać, która irytuje, którą niespecjalnie chcemy oglądać, ale jednocześnie ciekawi jesteśmy jej losów. Elle irytuje, ale taka właśnie miała być ta bohaterka i to się aktorce udało. Męskie role również obsadzone zostały bardzo dobrze. Znany z roli ekscentrycznego brata Phoebe w serialu Przyjaciele Giovanni Ribisi, bardzo umiejętnie wcielił się w postać Jerry’ego – przyjaciela kobiet i jednocześnie agenta Justine. Jest nieco przerysowany (jak większość męskich postaci tutaj), wiecznie otoczony aurą problemów, ale autentyczny w swojej roli. Również mąż Justine, czyli Mathieu Demy, wypada bardzo dobrze, być może nawet świetnie. Jego postaci nie da się lubić, każda jego mina wyraża dezaprobatę dla podziału ról w jego małżeństwie. Widz bardzo szybko przestaje chcieć na niego patrzeć. Niemal od początku widzimy go nieobiektywnie, bo oczami Justine, z czego aktor również wywiązał się rewelacyjnie. W jego oczach wiecznie czai się niezadowolenie, zazdrość, niemal możemy dotknąć jego urażonego ego, z którym się obnosi.

Na skraju to ciekawa propozycja, zupełnie różna od większości z tych, które przebijają się codziennie do Netflixowej „topki” i do świadomości szerszego grona widzów. I choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że czegoś zabrakło, że gdzieś w połowie serial stracił impet, to z chęcią obejrzę drugi sezon, jeśli takowy się pojawi. Serial porusza sporo ciekawych, ważnych i bardzo aktualnych problemów (nie mogę nie wymienić w tym miejscu odcinka, w którym Justine pozuje do zdjęcia na okładkę swojej książki, a efekt finalny, po retuszu, na który nie miała wpływu, a raczej, co do którego nikt jej zdania nie zamierzał brać pod uwagę, zaskakuje ją samą), w dodatku robi to w sposób nienachalny.

Mam jednak nadzieję, że kontynuacja Na skraju przyniesie nam tyle dobrego, ile było w pierwszych odcinkach, że pokaże kobiety silne i słabe jednocześnie, zmagające się z mężczyznami, lecz przecież jadące z nimi na tym samym wózku. Wychowujące dzieci i wychowywane poniekąd przez nie. Na skraju to też produkcja, w której wielokrotnie widz poczuje się dziwacznie, niekomfortowo. Poczuje zażenowanie ze względu na zachowanie bohaterów. Ale o to właśnie chodzi, tacy są ludzie – choć grają pierwsze skrzypce w swoich własnych życiach, często zachowują się zupełnie inaczej, niż chciałby tego reżyser lub obserwatorzy spektaklu.

Fot.: Netflix

Podobne wpisy:

Pomysł:7
Problematyka:7
Emocje:6
Aktorstwo:7.5
Przyjemność z oglądania:6
6.7Ocena ogólna

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *