Książki,Recenzje

Miaupokalipsa – Bernard Werber – “Jutro należy do kotów” [recenzja]

Jutro należy do kotów
Jutro należy do kotów

W najpopularniejszych utworach postapokaliptycznych głównym zmartwieniem jest to, jak z nagłym upadkiem dotychczas znanego świata poradzą sobie ludzie. I jest to w jakiś sposób zrozumiałe, chociaż niektórzy idą o krok dalej, skupiając się nie tylko na człowieku, ale również jego najbliższym otoczeniu. I o ile wątki zwierząt się w książkach czy filmach pojawiają, to z reguły dominujące nie są. Bernard Werber w powieści Jutro należy do kotów postanowił sprawdzić, jakby to było, gdyby koniec świata nadszedł w chwili, gdy nasz ulubiony kot właśnie przeciąga się na swoim ulubionym miejscu. Hmmm, a co by było, gdyby to ten sam kot opowiadał historię apokalipsy?

Tak, dobrze kombinujecie – Jutro należy do kotów jest napisana pierwszoosobową kocią narracją, co już na wstępie jest ogromnym zastrzykiem adrenaliny. Niesie to ze sobą dwie istotne cechy powieści: po pierwsze, wszelkiej maści miłośnicy kotów będą zachwyceni opisami kocich zwyczajów, które według Bastet, naszego kociego przewodnika, znacznie różnią się od naszych oczekiwań. Po drugie, przez pierwszą część książki w mojej głowie wytworzyło się przeświadczenie, że będzie to lekka książka, czyli napisana jako uroczy żart, cukierkowa postapokalipsa. Jednak duża dawka humoru spowodowana kocią arogancją Bastet nie zamgliła wrażenia, że jest to jednak opowieść o upadku ludzkiej cywilizacji w zawrotnym tempie.

Kotka Bastet jako główny bohater z początku nie widzi, że w najbliższym czasie może dojść do wydarzeń drastycznie zmieniających jej życie. Nie widzi, bo po prostu ludzkie sprawy ma gdzieś. Jest kotem, który uważa się za właściciela Nathalie, która, w jej mniemaniu, jest jej służącą. Postrzega siebie jako istotę wyższą (a może raczej ważniejszą), która wszelkie interakcje z człowiekiem wykonuje tylko, gdy ma na to ochotę lub uważa to za odpowiednią nagrodę dla służącej. Jako wieloletni właściciel (służący?) kotów mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że czytając te fragmenty, uśmiechałem się od ucha do ucha, bo Bernard Werber świetnie uchwycił codzienne zwyczaje kotów.

Nie zmienia to jednak faktu, że przez sympatyczne perypetie kotki przeziera narastający konflikt, który Nathalie zauważa w swoim mieście. Paryż coraz bardziej staje się niebezpiecznym miastem, ogarniętym licznymi atakami terrorystycznymi, grabieżami czy strzelaninami na ulicach. Bastet, dzięki wsparciu mieszkającego po sąsiedzku niesamowitego Pitagorasa (kot z portem USB w czaszce – nie pytajcie), coraz bardziej rozumie, dlaczego jej służąca ostatnio jest przygnębiona i zrozpaczona. Bastet przede wszystkim chce nawiązać werbalny kontakt z Nathalie, jednak wszystko spala na panewce – kobieta nie jest w stanie pojąć kocich przekazów i sygnałów tak, jak kotka by sobie tego życzyła. Pomimo więc zrozumienia ludzkiego świata dzięki możliwości logowania się Pitagorasa do sieci, wciąż istnieje nieprzekraczalna granica odseparowująca ludzi od zwierząt.

Muszę przyznać, że fabularna zmiana toru z lekkiej historyjki o kotach w mroczną opowieść o przetrwaniu zaskoczyła mnie kulturalnym uderzeniem obucha w tył głowy. Nie wiedzieć kiedy, Jutro należy do kotów nagle staje się powieścią dramatycznej ucieczki przez Paryż pełen chaosu, gdzie dochodzi do grabieży, morderstw i gwałtów na masową skalę, a jednym z najgroźniejszych przeciwników stają się… szczury. I to wcale nie jest humorystyczny element powieści, bo przecież te gryzonie wielokrotnie stanowiły w ludzkiej przeszłości realne zagrożenie (chociażby wszelkiej maści epidemie i plagi, spowodowane przez szczury – swoją drogą powstaje o tym obiecująca gra, gdzie głównym zadaniem będzie ochrona przed hordą gryzoni; link do trailera tutaj). Literatura też to zauważa – chociażby w Cylindrze Van Troffa główny bohater obserwuje w pewnym momencie zbitą masę szczurów, zachowujących się jak inteligentny organizm, który kiedyś może wyewoluować na dominujący gatunek.

Ostatecznie z Jutro należy do kotów wychodzi ciekawa powieść postapo, która co prawda ma pewne elementy fantastyczne w moim odczuciu zbędne, ale i tak pozostawia po sobie dobre wrażenie. Szkoda, że Bernard Werber postanowił brutalnie rzeczywistą powieść upstrzyć nadnaturalnymi dodatkami, bo trochę zepsuło mi to odbiór historii – według mnie książka dobrze by sobie poradziła jako mogąca się wydarzyć opowieść o bliskim zrujnowaniu świata przez człowieka. Nawet mimo tego, z powieści Werbera można wyłuskać fajną historię, którą dobrze się czyta, a dodatkowy plus książka łapie od kotomaniaków.

Fot.: Sonia Draga

Podobne wpisy:

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *