Każde imperium czeka kryzys – Ann Leckie – „Zabójcza sprawiedliwość” [recenzja]

Na space opery nie ma siły – muszą mieć rozmach, jakby to kulturalnie ujął jeden z bohaterów Kilera. Poczucie nieograniczonej przestrzeni Wszechświata to nieodzowny element tego gatunku i jako czytelnicy (bądź widzowie na kinowych salach) oczekujemy od takich produkcji wgniecenia w fotel od nadmiaru widowiskowych akcji i różnorodnych światów. Dlatego tak wiele osób zakochało się chociażby w Gwiezdnych Wojnach, którym zresztą trudno dorównać w odniesieniu komercyjnego sukcesu. Zabójcza sprawiedliwość Ann Leckie nazywana jest najlepszą jak dotąd space operą XXI wieku i chociaż to dopiero początek trylogii, możemy w tym określeniu znaleźć ziarno prawdy – chociaż dzieł Lucasa nie przebije, powieść amerykańskiej pisarki ma kilka punktów na tyle mocnych, że błędem byłoby jej pominięcie przez fanów gatunku. Jakość debiutanckiej powieści Leckie poświadczają liczne nagrody z dziedziny fantastyki, z nagrodą Nebula i Hugo na czele, a wydawnictwo Akurat ma nosa do fantastycznych świeżynek – wcześniej zaskoczyli mnie MarsjaninemCzerwonymi koszulami, teraz do ich zacnego grona dołącza Zabójcza sprawiedliwość.

Fantastyka naukowa jest dla nas o tyle optymistyczna, iż zakłada, że ludzkość istnieć będzie na tyle długo, że zdąży rozwinąć się w międzygalaktyczne Imperium, w którym o Ziemi już od dawna nikt nie pamięta. Radchaai, obywatele potężnego mocarstwa, mogą czuć się bezpiecznie w cywilizowanym świecie, trochę gorzej natomiast mają mieszkańcy planet, którzy, według politycznej machiny, nie są wystarczająco oświeceni, aby zasłużyć sobie na miano pełnoprawnego człowieka – dlatego należałoby im ten kaganek oświaty podstawić pod nos i przyjmować podziękowania za to, że wyciągnęło się do nich rękę. Ekspansję można oczywiście tłumaczyć różnymi eufemizmami, prawda jest jednak taka, że część obywateli w to wierzy, część zaś widzi w podbojach szansę na wzbogacenie swojego rodu. Podbita ludność zaś zostaje zaanektowana, a część więźniów jest zamieniana w pozbawione własnego umysłu ciała, zwane serwitorami, które stanowią przedłużenie sztucznej inteligencji statków. Tak, oczy Was nie mamią – część załogi wojska Imperium Radch to żywe trupy.

A niejaka Breq jest – bądź była, trudno powiedzieć – jedną z nich. Wszystkiego jednak dowiadujemy się z czasem, chociaż o niektórych wydarzeniach jesteśmy uprzedzeni już wcześniej. Historia w Zabójczej sprawiedliwości opowiadana jest dwutorowo: raz z perspektywy statku „Sprawiedliwość Toren”, którego częścią była właśnie główna bohaterka, oczywiście dopóki wszystkiego nie trafił szlag i przy aneksji jednej z planet nie doszło do sabotażu, w wyniku którego jednostka została zniszczona, a dzięki spontanicznej decyzji i łutowi szczęścia ostał się jeden serwitor; druga nić fabularna dzieje się 20 lat po tych wydarzeniach, gdy zagubiony element statku, przyjąwszy imię Breq, szuka sposobu, aby rozliczyć się ze swoim „zabójcą”, wykonując jednocześnie niezbywalny rozkaz chronienia Imperium Radch. Wątki przedstawiane są naprzemiennie, więc stale mogłem porównywać nie tylko różnicę między zachowaniem rozdzielonego na setki różnych ciał statku a pojedynczego organizmu, który cały czas się uczy życia w jednym ciele, z jedną parą oczu, ale także różnicę, która zaszła w samym mocarstwie. Widzi to zwłaszcza Seivarden, towarzyszka Breq, która tysiąc lat wcześniej uległa wypadkowi i, obudzona dopiero teraz, nie rozumie, dlaczego Imperium wstrzymało aneksje i podpisało haniebny pokój z tajemniczymi Presgerami. Czy rządząca od ponad 3 tysięcy lat potężna Lord Radch. Anaander Mianaai, która również posiada setki ciał, postradała zmysły?

Przyznać się muszę, że z początku Zabójcza sprawiedliwość nie robi oszałamiającego wrażenia, ale to wszystko nadrabia kunsztownymi twistami, które swoją prostotą wręcz zachwycają. Ann Leckie udało się wyłuskać tak świetne w swej banalności wnioski z potencjalnych zagrożeń, które mogą mieć miejsce przy tak ogromnym państwie, że miałem ochotę jedynie klepnąć się w czoło, że nawet o tym nie pomyślałem. Ogrom podbitych światów, które tylko rozrzedzają aparat polityczny Imperium, to tylko jedna z bolączek Lord Radch, bo okazuje się, że najciemniej jest właśnie pod latarnią. Kryzys jej władzy zdaje się być ukrywany po kątach, lecz prędzej czy później brudy wyjdą na jaw, a tak się składa, że nasza Breq może mieć tu coś do powiedzenia. Chociaż oczywiście wydaje się to już oklepane, że główna postać przechodzi ścieżkę od bohatera do zera, aby znów być bohaterem, w Zabójczej sprawiedliwości ma to swój urok i kilka niuansów, które nie pozwoliły mi na szczere stwierdzenie, że Ann Leckie posługuje się wyświechtanymi kliszami. Autorka ma za to u mnie wielkiego plusa i spodziewam się, że na tym nie poprzestanie.

Żeby tego chwalenia nie było zbyt mało, Ann Leckie podołała również w warstwie narracyjnej, która do najłatwiejszych nie należała – wszak główny bohater przez część książki składa się z wielu ciał, które jednocześnie wykonują różne czynności! Dlatego też z początku trudno było się przyzwyczaić, że w pierwszoosobowej narracji „Sprawiedliwość Toren” jednocześnie stoi przy swoim kapitanie, obserwuje główny plac w mieście i przestrzega narzucającego się mieszkańca. Ann Leckie zgrabnie wybrnęła z sytuacji, która dla człowieka jest trudna do zrozumienia, za to jest całkowicie jasna dla sztucznej inteligencji, która jest przyzwyczajona do swojej liczby mnogiej, tworzącej jednocześnie jedność. Są świetne fragmenty, w których połączenie serwitorów zostaje zerwane i statek nagle funkcjonuje w wielu ciałach, mając osobną jaźń – co zresztą później przytrafiło się Breq z nieodwracalnym skutkiem. Były jednak momenty, kiedy się irytowałem, zwłaszcza gdy pewną manierę narratora uważałem za dziwną przypadłość pisarki. Otóż każdy gest, spojrzenie czy reakcję (lub jej brak), którą większość literatów ukrywa pod ogólnikami w stylu „przez chwilę”, „na moment”, „po dłuższym czasie”, u Leckie stanowi wyliczoną co do sekundy wartość kwantytatywną. Jeśli bohater spojrzał na kogoś, to trwało to 3 sekundy; jeśli zdarzyło mu się spaść z pewnej wysokości, to lot trwał dokładnie 5,16 sekund; jeśli ktoś się nad czymś zastanawiał, to przez bite 23 sekundy. Dlaczego tak skrupulatnie, jąłem się zastanawiać… Ale przyszło mi olśniewające wytłumaczenie, że przecież główny narrator, czyli (była) sztuczna inteligencja od zawsze posiłkowała się wartościami liczbowymi, więc w ten sposób dookreślała świat. Gdy w ten sposób wytłumaczyłem sobie ten fakt, Zabójczą sprawiedliwość czytało mi się znacznie łatwiej. Spodobała mi się również (choć jednocześnie napawała grozą) lakoniczność narratora, który o chyba najbardziej kontrowersyjnym elemencie świata przedstawionego wypowiada się rzadko i bez zbędnych emocji, co kontrastuje z emocjami czytelnika. Przerabianie więźniów – a może raczej niewolników – na zbiorniki sztucznej inteligencji, które służą jedynie jako wypełnienie dla wojskowych celów, to przerażająca polityka zarządzania zasobem ludzkim. Jednocześnie w książce nie pada głos potępienia, co szokuje jeszcze bardziej. Ale przecież to wciąż wypowiada się pamięć „Sprawiedliwości Toren”, dla której tworzenie serwitorów to normalna sprawa…

Nie da się ukryć, że literacką wartość twórczości Ann Leckie ocenimy dopiero wtedy, gdy kontynuacja jej debiutu ujrzy na rodzimym rynku wydawniczym światło dzienne. Ja jednak, chociaż wiele się po Zabójczej sprawiedliwości nie spodziewałem, wyczuwam wielki potencjał. Jeśli wątek politycznego sporu wewnętrznego w Radch będzie kontynuowany z taką samą rozwagą, a dojdzie do tego rozwinięcie intrygującego układu z Presgerami – o których w ogóle w książce jest bardzo mało i tym bardziej pobudza to moją ciekawość – to podejrzewam, że o kolejne części możemy być spokojni; Ann Leckie zdaje się wiedzieć, co robi.

Fot.: Wydawnictwo Akurat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.