Lunatycy autorstwa Adama Fydy (rysunki i współscenariusz) oraz Marka Ospalskiego (scenariusz) to pozytywne zaskoczenie na polskim rynku komiksowym. Ten świeżo wydany przez Timof i cisi wspólnicy album udowadnia, że rodzime science fiction w obrazkach ma się świetnie. Już od pierwszych stron poczułem narastające napięcie i zachwyt – twórcy zabierają nas w podróż na Księżyc, która szybko okazuje się czymś znacznie więcej niż typową przygodą.
Akcja komiksu przenosi nas do alternatywnego roku 1913. Z Ziemi startuje pionierska ekspedycja kosmiczna: pięcioro śmiałków wyrusza na ciemną stronę Srebrnego Globu w nadziei odnalezienia tam atmosfery, a może nawet życia. Od początku wiadomo, że to wyprawa w jedną stronę – powrót może okazać się niemożliwy. Nic więc dziwnego, że od samego startu nad historią unosi się poczucie fatalizmu. Gdy lądownik dociera do celu i urywa się wszelki kontakt z bazą na Ziemi, los załogi spowija mrok tajemnicy. Ten ogólny zarys fabuły nie zdradza jeszcze, jak mroczna i intensywna emocjonalnie będzie to opowieść – a jest to podróż, która z każdą kolejną stroną wciąga coraz bardziej.
Warto podkreślić, że Lunatycy to komiksowa adaptacja powieści sprzed prawie 120 lat – klasycznego dzieła Jerzego Żuławskiego Na Srebrnym Globie. Niestety nie miałem okazji zapoznać się z oryginałem, dlatego nie pokuszę się o porównania ani ocenę wierności względem pierwowzoru. Mogę jednak z całą pewnością stwierdzić, że nawet bez tej literackiej podbudowy komiks Fydy i Ospalskiego broni się znakomicie jako samodzielne dzieło. Co więcej, twórcy nadali starej historii świeżego sznytu – unowocześnili ją tam, gdzie trzeba, zachowując zarazem ducha pionierskiej fantastyki naukowej początku XX wieku. Dzięki temu Lunatycy są jednocześnie hołdem dla klasyki i utworem bardzo współczesnym w wymowie.
Największe wrażenie zrobił na mnie klimat komiksu. Atmosfera izolacji, beznadziei i narastającej paranoi wręcz wylewa się z kadrów. Autorzy znakomicie pokazują, co dzieje się z człowiekiem rzuconym na obcą, niegościnną planetę, odciętym od domu i pozbawionym nadziei na ratunek. Fabuła stopniowo skręca w rejony psychologicznego horroru – oprócz typowej walki o przetrwanie dostajemy poruszający dramat o samotności i tęsknocie za utraconym światem. Kolejne wydarzenia wystawiają bohaterów na próbę zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale powiem tyle: pojawiają się zjawiska tyleż niezwykłe, co przerażające, a granica między rzeczywistością a majakami zaczyna się zacierać. Z każdą kolejną stroną czułem narastające napięcie – tak, jakbym razem z załogą coraz głębiej zapadał się w otchłań księżycowych ciemności. Komiks znakomicie operuje ciszą, niedopowiedzeniami i duszną atmosferą, nie prowadząc czytelnika za rękę. Taki zabieg sprawia, że odbiorca sam musi poskładać fragmenty historii i odczuć na własnej skórze narastający obłęd. To ambitne podejście do narracji, które tutaj działa bezbłędnie.
Od strony graficznej Lunatycy to prawdziwe małe dzieło sztuki. Adam Fyda wykonał fenomenalną pracę, by wizualnie ożywić tę historię. Jego ilustracje są niezwykle klimatyczne, realistyczne w detalach, a jednocześnie utrzymane w surowej stylistyce, która idealnie współgra z opowieścią. Kadry emanują mrokiem i chłodem kosmicznej pustki – księżycowy krajobraz jest piękny w swojej bezlitosnej surowości. Dominuje stonowana, ciemna kolorystyka: głęboka czerń kosmosu, zimne odcienie szarości i granatu księżycowych skał. Od czasu do czasu pojawia się mocniejszy akcent barwny (jak rozbłysk ognia czy jasny błękit Ziemi na niebie), który efektownie przełamuje monotonię mroku – te przebłyski koloru potrafią dosłownie zapierać dech. Widać dbałość o każdy szczegół rysunku, od skafandrów i wnętrza stalowego pocisku, po gwiazdy nad horyzontem. Równocześnie styl Fydy nie popada w fotorealizm – jest tu pewna miękkość kreski i umowność, która pozostawia miejsce na działanie wyobraźni. Kadrowanie również zasługuje na pochwałę: spokojne, przemyślane ujęcia pozwalają nam odczuć zarówno ogrom pustki kosmosu, jak i klaustrofobiczny ścisk wnętrza rakiety. Wizualnie komiks prezentuje się spójnie i hipnotyzująco – każdy kadr buduje nastrój, a razem tworzą one wręcz filmowe doświadczenie pełne grozy i melancholii.
Na osobny aplauz zasługuje unikatowy charakter tej historii. Lunatycy zgrabnie łączą klasyczną nutę retro science fiction (romantyczny zryw ku gwiazdom, dziś dla nas naiwny technologicznie) z atmosferą rodem z lovecraftowskiego horroru kosmicznego. To rzadkie połączenie – mroczna, pesymistyczna opowieść sci-fi – które autorom udało się perfekcyjnie wyważyć. Podczas lektury miewałem skojarzenia z literackimi wizjami samotnych ekspedycji w nieznane, jak choćby W górach szaleństwa Lovecrafta czy filmowym Alien Ridleya Scotta. Podobnie jak tam, tak i tu bohaterowie mierzą się z czymś, co ich przerasta, a wszechobecna ciemność i niepewność powoli wyniszczają ludzką psychikę. Nie ma tu miejsca na heroiczne czyny czy cudowne zrządzenia losu – jest za to brutalna walka o przetrwanie i stopniowe zatracanie się w poczuciu klęski. Taka tonacja może nie każdemu przypaść do gustu, ale dla mnie osobiście to ogromna zaleta. Uwielbiam właśnie takie ponure, refleksyjne science fiction – smutne, samotne i zimne jak kosmos, a przy tym niezwykle angażujące emocjonalnie. Historie, które każą się zastanowić nad kondycją człowieka w obliczu nieznanego. Lunatycy dokładnie to robią. Gdzieś między wierszami pobrzmiewa gorzka myśl, że być może ludzkość nie jest stworzona do podboju gwiazd – nie dlatego, że brakuje nam technologii, ale dlatego, że psychicznie nie jesteśmy gotowi zmierzyć się z absolutną pustką i brakiem „drugiego człowieka obok”. Ta filozoficzna nuta wybrzmiewa subtelnie, lecz dodaje komiksowi głębi i czyni go jeszcze bardziej wyjątkowym.
Podsumowując, Lunatycy to komiks niepowtarzalny i dopracowany w każdym calu. Twórcom udało się tchnąć nowe życie w ponad stuletnią historię, jednocześnie zachowując jej ponadczasowe przesłanie. Dostałem opowieść trzymającą w napięciu, wizualnie olśniewającą i zmuszającą do myślenia – dokładnie to, czego szukam w ambitnych narracjach graficznych. Nawet jeśli po odłożeniu albumu pozostaje pewien przygnębiający posmak, towarzyszy mu też autentyczny podziw dla wizji autorów. Z czystym sumieniem polecam Lunatyków każdemu, kto ma ochotę na niebanalną, przejmującą wyprawę w głąb kosmosu… i ludzkiej duszy. Warto dać się porwać tej kosmicznej odysei – takie perełki nie trafiają się często.
Fot.: Timof Comics



![Kontrowersyjna teoria w praktyce - A. Mostowicz, A. Górny, B. Polch - "Ekspedycja. Bogowie z kosmosu" [recenzja] Ekspedycja](https://www.gloskultury.pl/wp-content/uploads/2015/06/Ekspedycja.jpg)
![Przede wszystkim zdrowia, polski komiksie - Łukasz Wnuczek - "Plemię Sów", tom 1 [recenzja] plemię sów](https://www.gloskultury.pl/wp-content/uploads/2019/06/560x831.jpeg)



![O rodzinie i knedlach - Craig Thompson - "Kosmiczne rupiecie" [recenzja] knedle](https://www.gloskultury.pl/wp-content/uploads/2017/03/knedle.jpg)


