Filmy,Recenzje

Hakuna nie matata – Jon Favreau – „Król Lew” [recenzja]

Król Lew
Król Lew

Chociaż powtarzałem sobie w drodze na salę kinową słynne motto Timona i Pumby sugerujące, abym się niczym nie martwił, nie mogłem odpędzić od siebie niepokojących myśli. No bo przecież Disney rzucił się na świętość mojego pokolenia, które wychowywało się na Królu Lwie; to przecież film, na którym płakali dorośli i dzieci, a z upływem czasu radzi sobie wyjątkowo dobrze i po dziś dzień można uznać go za kultowy film animowany. To było odważne posunięcie studia, a Jon Favreau i jego ekipa musieli liczyć się z tym, że decyzja o odnowieniu Króla Lwa może spotkać się z krytyką i niezadowoleniem. Jednak to przecież kultowy Król Lew, który broni się ponadczasową historią i nie ma szans, żeby się nie udało, prawda? Hakuna matata… Prawda?

Niestety, jak to mówią ludzie, którzy się starali, ale im nie wyszło: coś poszło nie tak. To, że Król Lew to dzieło ponadczasowe, nie sprawia, że nowa wersja będzie równie udana. A zamysł był nawet przyzwoity – weźmy tę samą historię i bohaterów, ale pokażmy ją żywiej, nowocześniej, z rozmachem godnym XXI wieku. To się mogło udać, gdyby nie katastrofalna w skutkach decyzja twórców o tym, aby zwierzęta zachowywały się… jak zwierzęta. Wszystkich bohaterów obdarto z ludzkich gestów i mimiki, co automatycznie odbiera osiemdziesiąt procent frajdy z oglądania. Ja lubię realizm, ale stosowany z sensem! Co mi po dramatycznej muzyce podczas śmierci Mufasy, skoro nie widzę hipnotyzującego przerażenia w jego oczach? I jak mam poczuć rozpacz Simby, który przy ciele ojca nie jest w stanie uronić ani jednej łzy? Niestety, nie ma tu żadnej emocji widocznej na ekranie – a ich obecność to był podstawowy warunek, który spełnili twórcy pierwowzoru idealnie. Natomiast nad ich ukazaniem dwoją się i troją aktorzy i dźwiękowcy, co w znacznej większości przypomina produkcję w stylu czytała: Krystyna Czubówna.król lew

Jednak ponieważ bohaterowie prowadzą między sobą dialogi, doprowadziło to do kuriozalnej sytuacji – zwierzęta przemawiają ludzkim głosem i poruszają paszczami i dziobami, ale mimiki brak… To nie mogło się udać i chociaż w trakcie seansu przestałem się tym zbytnio przejmować, to i tak paradoks co chwila o sobie przypominał. A szkoda, bo animacje są mimo wszystko klasą samą w sobie i momentami aż trudno uwierzyć, że cała fauna i flora powstała na komputerach, a nie jest efektem wyjątkowo udanych zdjęć. Jest pięknie i widowiskowo, tego nie można odmówić grafikom Disneya – tylko teraz nasuwa się pytanie, czy nie na siłę chciano udowodnić nowoczesność studia, zarzynając tym samym kultową markę?

A to nie koniec dramatów, które wiążą się z nową oprawą graficzną. Nie dość, że bohaterowie zostali pozbawieni ludzkich zachowań, które sprawiały, że losy zwierzątek były nam bliższe i bardziej ludzkie, to część postaci została również pozbawiona swoich charakterystycznych sylwetek. O pomstę do nieba woła zwłaszcza Skaza, który niczym by się nie wyróżniał, gdyby nie spora szrama na oku. Zniknął złośliwy uśmieszek na pociągłej paszczy. Na sali kinowej od razu usłyszałem: „jeeezu, co oni z nim zrobili?!”. Można się pokusić o żart, że Skaza był skazą tego filmu… Słabo wypadły również hieny, które w oryginalnym Królu Lwie dołożyły sporą cegiełkę do humorystycznej warstwy filmu. Rysowana animacja polegała na ich karykaturalności i twórcy mogli sobie pozwolić na wiele interesujących żartów cieszących oko i ucho. W najnowszej odsłonie ich rola została zmarginalizowana do kilku kiepskich żartów sytuacyjnych, większość z pierwszej wersji niestety nie nadała się na komputerowo odtwarzane środowisko. Pozostało im więc biernie dyndać na końcu łańcucha pokarmowego.król lew

Honor ratują tutaj Timon i jego kompan Pumba (dla łachmytów: Pan Świnia), którzy wprowadzili trochę ożywienia w tę nudną przeróbkę. Zachowano kilka starych żartów, ale pojawiło się też kilka nowych, dobrych dowcipów – może podobać się zwłaszcza to, że Timon jest dość zarozumiały i zwalający całą winę na biednego Pumbę, co bardzo pasuje do wieloletnich druhów, którzy znają się na tyle, że mogą sobie docinać. W kinie pojawił się więc śmiech i nadzieja na to, że nowy Król Lew nie będzie aż taką porażką, bo – nie łudźmy się – na tym etapie pachniało to raczej ładnym, ale odgrzewanym kotletem, który nie ma szans w bezpośrednim starciu z oryginałem. Końcówka niestety rozczarowuje – walka jest praktycznie kopią klasycznego starcia lwów z hienami, z dodatkami blockbusterowego dramatycznego i ostatecznego mordobicia dobra ze złem. Kadry nieustannie przeskakują między bohaterami, tworząc sztuczne napięcie – tak jakby twórcy nie pamiętali, że my już znamy tę historię i ludzie się zastanawiają, czy Timon odśpiewa piosenkę hula, a nie czy Simba wygra.

Polski dubbing doczekał się nowej odsłony i może już się domyślacie, że przysłowiowych czterech liter nie urywa. Aktorzy nie mieli niestety łatwego zadania. Arturowi Żmijewskiemu ograniczenia nałożone przez graficzny projekt nie pozwoliły na interesujące zagranie Skazy, co jest najstraszniejszą bolączką tego filmu (a jeśli uwielbiacie piosenkę Skazy z oryginału, to mam złą wiadomość…). Rafiki również został obdarty ze swojego żywiołowego temperamentu i Jerzy Stuhr również kiepsko wypadł w tej roli. Na plus można zaliczyć Macieja Stuhra w roli Timona – jest to chyba najjaśniejsza postać polskiego dubbingu w Królu Lwie (co wcale nie dziwi, patrząc na pokaźny dorobek aktora w tej dziedzinie). Podobał mi się również Piotr Polk w roli Zazu, bo dodał do postaci coś nowego – jego bohater mówi z archaicznym, kresowym akcentem, gdzie litera „ł” nie ma racji bytu. Może na sucho brzmi to dziwnie, ale w filmie o afrykańskich zwierzętach o dziwo sprawdza się to przy majordomusie rodziny królewskiej. Z dubbingowych ciekawostek warto wspomnieć, że podobnie jak w wersji amerykańskiej Mufasą pozostał James Earl Jones, tak u nas ojcem Simby pozostał Wiktor Zborowski, co było miłym dla ucha pocieszeniem.król lew

Niestety nie wiem, dla kogo jest nowy Król Lew. Nie wyobrażam bowiem sobie, żeby ktoś animacji z 1994 mógł nie znać – za dużo tam słynnych piosenek z hitem Eltona Johna w roli głównej, za dużo chwytliwych tekstów, które przeszły do języka codziennego, nie mówiąc już o tym, że jest to po prostu kapitalny film, który obejrzany po raz dwudziesty potrafi zarówno wycisnąć łzy, jak i rozśmieszyć znanym na pamięć żartem. A jeśli nawet – jest to kiepski sposób na poznanie wspaniałej historii o życiowej wędrówce Simby do własnego ja. Tegoroczny Król Lew jest wypranym z emocji skokiem na nostalgię, który mógłby się udać tylko w jednym wypadku – gdyby to była zupełnie nowa historia w tym uniwersum. Mając natomiast porównanie do oryginału, trudno nie zapędzić się do licznych porównań do wersji oryginalnej, która po prostu miażdży swojego niefortunnego klona. Jedynym powodem do obejrzenia tej wersji może być fenomenalna animacja komputerowa i kilka nowych żartów Timona i Pumby – reszta jest kiepską wtórnością. Mam nadzieję, że Disney wyciągnie lekcję z tej produkcji.

Fot.: Disney

Film obejrzeliśmy dzięki Cinema City

pełzająca śmierć


Przeczytaj także:

Recenzje filmów:

Dumbo

Mowgli. Legenda dżungli

Reżyseria3
Scenariusz5
Dubbing5
Muzyka7
Kwestie techniczne9
Emocje1
5Ocena ogólna
Avatar

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!