Recenzje,Seriale

Złota era porno – David Simon, George Pelecanos – “Kroniki Times Square”, sezon 2 [recenzja]

Kroniki Times Square
Kroniki Times Square

Debiutujący w 2017 roku nowy serial HBO, Kroniki Times Square (The Deuce)okazał się niezwykle ciekawą produkcją. Oryginalną przede wszystkim dzięki twórcom, George’owi Pelecanosowi i Davidowi Simonowi, odpowiedzialnym za kultowe już Prawo ulicy (The Wire). Tym razem z równie dziennikarskim zacięciem i dbałością o szczegóły podjęli się sportretowania rodzącego się w USA na początku lat 70. przemysłu pornograficznego, mającego swoją kolebkę w Nowym Jorku przy placu Time Square, na tytułowej 42. ulicy, nazywanej niechlubnie Deuce. Perypetie prostytutek, alfonsów, mafiozów i barmanów spodobały się widzom na tyle, że na HBO GO dostępny jest już cały drugi sezon serialu. W trakcie pierwszego na Głosie Kultury dzieliliśmy się w formie Wielogłosu ważeniami z każdego odcinka (teksty dostępne tutaj). Jeśli podobał się Wam pierwszy sezon Kronik Times Square, na pewno nie będziecie zawiedzeni kontynuacją. Dostajemy więcej tego samego, nadal pierwsze skrzypce gra tutaj klimat i jak najwierniejsze odtworzenie realiów lat 70., a historia płynie swoim własnym, leniwym tempem, z łatwością potrafiąc jednak zaangażować.

Jest rok 1977, pięć lat po wydarzeniach z pierwszego sezonu. Vincent Martino, dzięki układowi z gangsterem Rudym Pipilo, nie może narzekać na jakość życia – prowadzi wymarzony klub, a jego partnerka Abby bar. Dodatkowo, przychody generuje jeszcze “salon masażu”, czyli po prostu burdel, którym zarządza szwagier Vincenta, Bobby, oraz salon z automatami, gdzie po wrzuceniu monety klienci mogą oglądać filmy porno lub tańczące na żywo dziewczyny – był to pomysł brata Vincenta, Frankiego. Druga główna bohaterka, Candy, pracę prostytutki zamieniła na bycie aktorką porno, montuje również filmy, marząc o zostaniu reżyserką i nakręceniu swojej własnej produkcji, będącej połączeniem pornografii i kina artystycznego. Jeśli miałbym coś zarzucić pierwszemu sezonowi Kronik Times Square, byłby to brak takiego jednego, głównego wątku, za którym moglibyśmy podążać. Był to raczej zbiór pewnych wydarzeń, które w konsekwencji doprowadziły do zmian prawnych i obyczajowych i narodzenia się prawdziwego porno biznesu. Historia filmu Candy zapełnia tę lukę w drugim sezonie i jest zdecydowanie najciekawszą częścią fabuły, bo chociaż jest tu wiele innych wątków, ten najmocniej wpisuje się w temat serialu i jest poprowadzony najlepiej, tak scenariuszowo, jak i aktorsko.

Maggie Gyllenhaal w roli Candy jest dla mnie najjaśniejszym aktorsko punktem Kronik Times Square. Jej postać świetnie rozwija się w drugim sezonie, pokazując wszystkie ciemne strony branży porno. Jej bardziej artystyczna wizja montowania filmów nie spotyka się z aprobatą wspólnika, postanawia zrobić więc swój własny, autorski film, mający być nowoczesną wariacją na temat bajki Czerwony kapturek, oczywiście dla dorosłych. Obserwujemy więc jej niełatwe zmagania ze zdobyciem środków na film, pozyskaniem aktorów i współproducentów oraz samym kręceniem kolejnych scen. Jest zdeterminowana, by pokazać inną, kobiecą stronę pornografii i znaleźć w niej miejsce na sztukę i artyzm, choć bycie twórczynią w świecie zdominowanym przez wizję mężczyzn jest ciężkie i nie raz spotka się z drwinami, poniżeniem i przedmiotowym traktowaniem. Z racji zawodu również jej życie osobiste nie jest łatwe, a dorastający syn może w końcu dowiedzieć się, czym zajmuje się jego mama, zwłaszcza, jeśli Candy swoją produkcją wejdzie w światło fleszy.

Główną rolę w Red Hot, filmie Candy, gra znana z poprzedniego sezonu prostytutka Lori (Emily Meade), która wyrasta na prawdziwą gwiazdę filmów porno. Mimo tego, cały czas nie może uwolnić się od swojego alfonsa, C.C. (Gary Carr), który już w poprzednim sezonie mocno pokazał swoje mocno psychopatyczne skłonności. Gra aktorska tej dwójki jest świetna, zarówno tokstycznego C.C., który w jednej chwili z kochającego “tatuśka” zamienia się w oprawcę, jak i wyniszczonej psychiczne Lori, która w pewnym momencie popada w coś na kształt syndromu sztokholmskiego.

Zawiedziony jestem jednak wątkiem Vincenta Martino (James Franco), którego postać tak naprawdę przez cały sezon ma niezmiennie te same wątpliwości co do układu z Rudym. Mam wrażenie, że przy pisaniu scenariusza tego bohatera zapomniano, że akcja dzieje się pięć lat po sezonie pierwszym i przez to trudno mi uwierzyć, że dopiero teraz Vincent zaczyna mieć wyrzuty sumienia z powodu układu z gangsterami (i dopiero teraz rozmawia o tym otwarcie z Abby). Na szczęście talent Franco nie poszedł całkiem na marne, bo zdecydowanie więcej do pokazania w tym sezonie ma drugi grany przez niego brat, Frankie – wybierający niewłaściwe kobiety, pakujący się cały czas w kłopoty, ale mający więcej szczęścia niż rozumu i emanujący wiecznym optymizmem bliźniak głównego bohatera sporo w tej historii namiesza.

Samych bohaterów i wątków jest jednak w serialu naprawdę sporo, bo mamy jeszcze nadal niezwykle ważne postaci pozostałych alfonsów, którzy o dziwo, patrząc na zakończenie wcześniejszego sezonu, nadal trzymają się dobrze, mamy wątek policji i połączony z tym polityczny plan rewitalizacji całej dzielnicy, homoseksualny wątek barmana Paula, który przystaje pracować u Vincenta i chce otworzyć własny lokal, powrót dawnej podopiecznej C.C., Ashley, która teraz chce oferować pomoc innym prostytutkom (w co mocno angażuje się Abby) i wiele innych. Natomiast niektóre wątki nie do końca prowadzone są w satysfakcjonujący sposób i kilka z nich ma dosłownie trzy, cztery sceny przez cały sezon, by nagle skończyć się czymś mocnym. W ogóle montaż serialu Simona i Pelecanosa jest dziwny i miejscami bardzo chaotyczny. Często przenosimy się do jakichś bohaterów tylko na chwilę, a rozmowa między nimi urywa się po kilkunastu sekundach. Czasem nie ma nawet dialogu i kiedy orientujemy się dopiero, co obserwujemy na ekranie, następuje cięcie. Prawie zawsze dzieje się to na koniec odcinka, jakoś finały epizodów wydają się montowane na kolanie, bez pomysłu. Nie mówię, że zawsze musi być tu jakiś cliffhanger, ale powinny kończyć się jakimś wyraźnym akcentem, widoczną scenariuszową kropką.

Niesamowicie cenię natomiast to, że Simon i Pelecanos nie stworzyli serialu pod konkretną tezę. Mamy tutaj przedstawione środowisko przemysłu porno i prostytucji z wielu różnych perspektyw, ale twórcy nie podejmują się jego piętnowania ani potępiania (jak również gloryfikacji). Taka reżyserska neutralność jest niesamowicie trudna, zwłaszcza jeśli chodzi o tematy seksu, które zawsze były dziwne uwięzione w społecznym tabu tak bardzo, że łatwiej było (i nadal jest) przełknąć wszystkim epatowanie przemocą niż scenę łóżkową. Kroniki Times Square stawiają na autentyczność, cała nagość, jaka występuje w serialu, zresztą zarówno damska jak i męska, jest uzasadniona i przedstawiona po coś, jest prawdziwa, a nie wygładzona i sprowadzona do roli chwytliwego przerywnika, jak w niektórych odcinkach Gry o tron. Brak tej typowo filmowej, sztucznej gładkości widać również w castingu – mówił już o tym mój redakcyjny kolega Mateusz, kiedy omawialiśmy razem pilot serialu – aktorki, które widzimy w serialu Kroniki Time Square, reprezentują bardzo różną urodę i nie zawsze są takimi, jakie można było spotkać na okładkach Playboya i z jakimi przez filmy możemy mylnie kojarzyć zawód prostytutki czy aktorki porno. Obiektywizm serialu nie przejawia się jednak zamykaniem oczu na występujące w tamtych czasach problemy – chociażby rasizmu czy homoseksualizmu. Tytułowa dzielnica to naprawdę podłe miejsce, a narkotyki, hazard, stręczycielstwo czy mafijne porachunki są tu na porządku dziennym. Mimo to nie jest to serial ciężki w odbiorze, wręcz przeciwnie.

Autentyczność buduje również wspaniała scenografia serialu. Już na potrzeby 1 sezonu twórcy odtworzyli ikoniczny plac Times Square w najdrobniejszych szczegółach. W tym sezonie co prawda więcej przebywamy w zamkniętych przestrzeniach, ale tutaj twórcy też postarali się o jak najwierniejsze odtworzenie realiów tamtych czasów i dodanie takich smaczków, jak np. autentyczne plakaty z tytułami filmów dla dorosłych z tamtych lat – Behind the green door, Sweet cakes, The Seduction of Lyn Carter, Every Inch a Lady. Dzięki temu każda scena wygląda jak żywcem wyjęta z Ameryki lat 70., obowiązkowo tonąca w oparach papierosowego dymu.

Kroniki Time Square to produkcja oryginalna i nietuzinkowa, eksplorująca bardzo ciekawy temat narodzin i raczkowania branży dla dorosłych, która generuje dziś niewyobrażalne wręcz pieniądze. Drugi sezon ma kilka mniejszych potknięć, niektórzy bohaterowie dostali zdecydowanie za mało czasu ekranowego, a na postać Vincenta nie było za bardzo pomysłu, ale całość oceniam bardzo wysoko i jest to idealna produkcja na długie zimowe wieczory. Finał serialu zamyka większość wątków i robi to w sposób sugerujący definitywny koniec tej opowieści, ale HBO potwierdziło produkcję 3 sezonu. Tym bardziej jestem więc zaintrygowany, jak twórcy widzą dalej losy swoich bohaterów i jak pokażą nam dalszy rozwój branży dla dorosłych, bo złota era porno, która zaczyna się w 1969 roku, obejmuje w sumie 15 lat, aż do 1984, kiedy powszechność płyt CD zmieniła zupełnie kształt rynku i kanały dystrybucji. Na koniec anegdota w temacie – kiedy w zeszłym miesiącu na jakiś czas padł serwis YouTube, dzień później Pornhub podziękował ludziom, publikując dane, według których w czasie awarii giganta należącego do Google, ich serwery zanotowały wzrost liczby odwiedzających użytkowników aż o 21%. Przypadek? Nie sądzę.


Serial Kroniki Times Square dostępny jest na HBO GO

Z wykształcenia polonista. Ogromny fan gier komputerowych. Miłośnik rzemieślniczego piwa i nierzemieślniczej sztuki. Muzyczny poligamista.