Recenzje,Seriale

Krzycz mała, krzycz! – “Scream Queens”, sezon 1 [recenzja]

Z roku na rok popularność seriali telewizyjnych wzrasta, a co za tym idzie, wzrasta również sama liczba produkcji. Niedawno nowy gigant na rynku – Netflix – ogłosił, że w 2016 roku wypuści aż 31 własnych, oryginalnych seriali! 31! Jak wiadomo, znajdą się tam hity, znajdą się i twory, przy oglądaniu których widzowie z niedowierzaniem będą kręcić głowami, zadając sobie pytanie Po co ktoś to wypuścił?. Tak samo było i w tym roku, gdzie obok przebojów w stylu Mr. Robot czy Daredevil, fani historii dzielonych na odcinki zetknęli się z kilkoma zgniłymi jajami, na które nie dało się patrzeć. Są i tacy, którzy trafili na Scream Queens, serial który już z założenia miał wywołać mieszane uczucia, a twórcy zdawali sobie sprawę z tego, że niejeden widz umrze z zachwytu, inny z kolei zada sobie pytanie o sens wypuszczania na rynek czegoś takiego. Twórcami tymi byli Ryan Murphy oraz Brad Falchunk, czyli panowie odpowiedzialni za popularność serii American Horror Story. Jeszcze przed startem pilotażowego odcinka zapowiedzieli, że ich najnowsze dziecko ma być mieszanką horroru i komedii, z naciskiem na to drugie; ma być strasznie, a zarazem zabawnie i lekko. Jak wyszło? I czy Murphy i spółka wywiązali się z obietnic? Wierzcie lub nie, ale udało się!

Dwóch funkcjonariuszy Scotland Yard pojawia się w ekskluzywnej willi znajdującej się na terenie jednego z amerykańskich kampusów uniwersyteckich; zjawili się niezwłocznie, gdy tylko dotarło do nich zgłoszenie o zagrożeniu życia brytyjskiej księżnej wysłane ze wspomnianej willi. Na miejscu dowiadują się od rozwydrzonej małolaty, że tak naprawdę królowa nie ma tu nic do rzeczy, a zgłoszenie dotyczy pomocy przy rozwiązaniu zagadki serii tajemniczych i brutalnych morderstw, do których dochodzi w kampusie, w związku z czym jedno z bractw ma zakaz opuszczania swojej rezydencji, co jednocześnie oznacza brak jakichkolwiek imprez studenckich. Brak imprez? Tylko nie to! Zaskoczeni i zdezorientowani funkcjonariusze patrzą na siebie, by po chwili przemówić do rozhisteryzowanej liderki bractwa: Yyy, ale wie Pani że jesteśmy ze Scotland Yard? Rozumie Pani, że nie mamy tutaj jurysdykcji i myśleliśmy że chodzi o życie księżnej? – Heloł!! Po pierwsze – jestem Amerykanką i nie muszę niczego rozumieć; po drugie, lepiej coś z tym zróbcie, bo inaczej sama zagrożę tej całej waszej „księżnej”. Ten oto dialog, z któregoś z kolei odcinka jest idealnym przykładem na to, jakiego typu serialem jest Scream Queens, gdzie obok krzyków i litrów krwi na pierwszy plan wysuwa się absurdalność każdej kolejnej sytuacji i tok rozumowania bohaterów, który, mówiąc kolokwialnie, jest nie do ogarnięcia. Zresztą to, czego możemy się po Scream Queens spodziewać, pokazuje już sam opening serialu, w którym muzyczka grozy i krzyki bohaterów mieszają się z różowymi napisami czy oczkami puszczanymi do kamery podczas zamykania jednej z postaci w trumnie.

SCREAM QUEENS | Intro (Opening Credits)

Serial opowiada o bractwie Kappa Kappa Tau, którego przywódczynią jest Channel (świetna w tej roli Emma Roberts) znana także jako Channel Nr 1 – piękna, rozkapryszona dziewczyna z bogatego domu, która innych ma za nic, w tym swoje siostry z Kappy, które śmiało można nazwać jej sługusami. Siostry te nie używają już nawet swoich prawdziwych imion, wszyscy (w tym widzowie), znają je jako Channel Nr 2, Channel Nr 3, 4 oraz 5. Traktująca wszystkich z wyższością i pogardą Channel Nr 1 wpada w szał, kiedy decyzją nienawidzącej próżnych dziewcząt z Kappy dziekan Wunsch (Jamie Lee Curtis, która ze swoim doświadczeniem w kinie grozy pasuje tu idealnie), od nowego roku akademickiego, drzwi do bractwa będą otwarte dla każdego chętnego, co według liderki, pozbawi KKT prestiżu. Zaczyna się więc kolejny rok na uczelni, a zniesmaczona Emma Roberts, z odrazą przygląda się kolejnym kandydatkom, w tym psychofance świec, wygiętej dziewczynie w kołnierzu ortopedycznym czy „głuchej Taylor Swift”. No i tak by to sobie może wszystko dalej spokojnie leciało, gdyby nie fakt, że nagle na terenie kampusu dochodzi do kolejnych (dość brutalnych) morderstw. Aaa, no i jest jeszcze kwestia zbrodni sprzed 20 lat, o której nowe dziewczyny nie mają bladego pojęcia.

queen

Generalnie rzecz biorąc, serial nie jest wybitnie wymagający, ba – on jest po prostu durny! Już w pierwszym odcinku jedna z bohaterek chwilę przed śmiercią stoi twarzą w twarz z ukrytym pod maską diabła (maskotki uniwersytetu) mordercą i … SMS-ują do siebie! Wymiana wiadomości odbywa się na zasadzie – jesteś ładna – dziękuję (postaci stoją od siebie w odległości metra z oczami wlepionymi w telefony) – zaraz Cię zabiję – proszę nie. Chwilę później ofiara otrzymuje cios nożem, jednak przed śmiercią daje jeszcze radę wysłać Tweeta, że w tym właśnie momencie jest mordowana. Rzecz jasna policji w ogóle to nie obejdzie, gdyż na terenie uniwersytetu pojawiają się najgłupsi gliniarze pod słońcem, dla których wpis jest bezsensowny, ale kto wie, może rzeczywiście powiązany jest z falą morderstw. Kto wie, kto wie, mooooże rzeczywiście tak jest. Idiotycznych scen oraz tekstów poszczególnych bohaterów w każdym odcinku jest co najmniej kilkanaście i są to wypowiedzi naprawdę niskich lotów, typu: Może się myliłam, może w świętach wcale nie chodzi o dawanie znajomym badziewnych prezentów i kupowanie sobie czegoś super, może oni też chcieliby dostać to, o czym marzą czy też – Kochanie powiedz mi jakiś komplement – Masz bogatego ojca – To nie komplement! – Jesteś straszną zdzirą – Ooo, jesteś kochany.

607923.1

Brzmi tandetnie? Niezbyt zachęcająco? Ano, brzmi, jednak o to właśnie chodziło. Murphy przerysował postaci do granic możliwości, chcąc wyśmiać konsumpcjonizm i próżność współczesnego Amerykanina, dla którego liczy się wyłącznie dolar i ilość lajków sprawdzanych na nowiutkim smartphonie. Przez cały sezon wychodziło mu to różnie, ponieważ są momenty, w których po prostu nie da się nie zaśmiać przy kolejnym dialogu prowadzonym na poziomie pierwotniaków, który niby ma być poważny, bo w końcu kwestia wzrastającej liczby trupów to nic śmiesznego; czasami jednak aż chce się wejść do telewizora i że tak brzydko powiem – nastrzelać wszystkim bohaterom po gębach, tak bardzo są irytujący. Udała się za to twórcom cała horrorowa część przedsięwzięcia. Scream Queens bazuje na starym jak świat pomyśle slashera na uniwersytecie, gdzie raz za razem giną kolejni typowo amerykańscy tępi studenci. Zarówno same momenty kiedy z zaskoczenia pojawia się zamaskowany morderca jak i jego tożsamość to kwintesencja gatunku. Na szczególne wyróżnienie zasługuje ostatnia z wymienionych zalet, ponieważ pomimo wszystkich tych bzdur, które widzimy na ekranie, intryga jest tak pogmatwana, że do ostatniego odcinka w zasadzie wszyscy (którzy jeszcze żyją) są podejrzani, a Ty – i piszę tu do tych, którzy czytając ten tekst, mimo wszystko chcą dać Scream Queens szansę – widzu, jeszcze po przedostatnim odcinku nie będziesz miał pewności, czyja twarz kryje się pod diabelską maską.

sc

Podsumowując – z całą pewnością nie jest to serial dla każdego. Większość odstraszy kiczowaty styl i dialogi, jednak już teraz przez niektórych ten serial nazywany jest „kultowym” (inna sprawa, że przez innych „dnem”). Scream Queens skierowane jest to dwóch grup odbiorców, pierwszą z nich stanowią widzowie, których bawią przerysowane, absurdalne sytuacje raczej niskich lotów; drugą grupę mogą tworzyć wielbiciele starych dobrych slasherów typu Halloween (pozdrowienia dla Jamie Lee Curtis), w których pomimo tego, że schemat jest znany i wiadomo co się zaraz na ekranie wydarzy, nadal się na to łapiemy – na mordercę w masce, który nagle pojawia się za plecami kolejnej ofiary, na to trwające jedną sekundę boom, kiedy można dostać zawału serca. Ja po części zaliczam się do obu grup i mnie osobiście oglądanie nowej produkcji FOX sprawiało frajdę. Niestety, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że drugiej odsłony raczej próżno wyczekiwać, mimo to każdemu, kto lubi suche teksty okraszone naprawdę niezłą horrorową otoczką, z pełną odpowiedzialnością Scream Queens polecam.

607927.1

Fot.: FOX