Komiksy,Recenzje

Niezgodnie z planem, którego nie było – Brian Azzarello, Eduardo Risso – „Księżycówka”, tom 1 [recenzja]

Kawa i pączki, ryba i frytki, Azzarello i Risso. Takie, trochę osobliwe, zestawienie rzeczy (i osób), które idealnie do siebie pasują, przywołuje Mucha Comics – polski wydawca komiksu Księżycówka. Choć kawy nie pijam, to wyżej wymienione pary wydają mi się całkiem sensowne. Szczególnie ta ostatnia. Scenarzysta Brian Azzarello i rysownik Eduardo Risso współpracują ze sobą od ponad 20 lat, więc ich nazwiska umieszczone obok siebie na okładce wyglądają bardzo naturalnie, a najbardziej znane dzieło tej dwójki – utrzymana w konwencji neo-noir seria 100 naboi – jest już uznawane za klasykę. Seria Księżycówka, oryginalnie wydawana przez Image Comics, to kolejny wspólny projekt amerykańsko-argentyńskiego duetu.

Rok 1929. Czasy prohibicji. Nowojorski gangster Lou Pirlo przybywa do miasteczka Spine Ridge w Wirginii Zachodniej. To gdzieś tutaj, w leśnych ostępach na wzgórzach Appalachów, niejaki Hiram Holt pędzi bimber (czyli księżycówkę), którego sława dotarła aż do Nowego Jorku – bimber, który jest naprawdę prima sort. Szef głównego bohatera – Joe Masseria – chce, aby jego podwładny odnalazł bimbrownika i nakłonił go do współpracy polegającej na produkcji i sprzedaży nielegalnego trunku. Powierzone zadanie szybko okazuje się problematyczne, a wraz z każdą kolejną godziną spędzoną w Spine Ridge kłopotów jedynie przybywa. Tym bardziej że Lou – oprócz urody hollywoodzkiego amanta – ma także słabość do pięknych kobiet i, co gorsza, dobrego alkoholu. Dużych ilości dobrego alkoholu, po wypiciu których za każdym razem traci pamięć…

Azzarello i Risso od samego początku nie mają litości dla czytelnika. Agenci FBI – których widzimy w pierwszym kadrze (to również oni znajdują się na okładce), gdy krążą nocą po lesie i, narzekając na Hoovera, szukają meliny Holta – na trzeciej stronie zostają brutalnie zamordowani w nie do końca jasnych okolicznościach. Od tego momentu uczucie niepokoju już nas nie opuści. Klimat – ciężki, duszny, chwilami wręcz złowieszczy – to jeden z największych atutów Księżycówki, aczkolwiek mam wrażenie, że w tej kwestii w kilku miejscach mogło być jeszcze lepiej. Klaustrofobiczna atmosfera osaczenia towarzyszy nam jednak nieustannie, a – jako że na kartach komiksu dzieje się naprawdę sporo (momentami chyba nawet zbyt dużo) – od lektury trudno się oderwać. Jest brutalnie i krwawo, a postaci nie tylko piją, ale i klną jak szewc. Warto także zaznaczyć, że w komiksie pojawia się (choć nie jest obecna przez cały czas) pierwszoosobowa narracja, prowadzona z perspektywy głównego bohatera. Takie rozwiązanie daje bardzo dobry efekt. Przemyślenia gangstera sprawiają bowiem, że ukazywane wydarzenia stają się barwniejsze, a Lou Pirlo – mimo wykonywanej profesji i licznych przywar – zyskuje sympatię czytelnika.

Księżycówka to połączenie archetypicznego kryminału gangsterskiego, garściami czerpiącego ze stylistyki noir (m.in. sposób wykorzystania cieni, niecodzienne kąty, subiektywna narracja, retrospekcje, postać femme fatale, moralna niejednoznaczność czy odciskająca swoje piętno przeszłość) z horrorem. Scenariusz wykorzystuje charakterystyczne dla gangsterskich opowieści schematy, łącząc je jednak w na tyle umiejętny sposób, że – pomimo pewnej wtórności – historia jest wystarczająco absorbująca. Pomocnym urozmaiceniem jest w tym przypadku horrorowy wątek (jego szczegółów nie chcę zdradzać), który do pewnego momentu znajduje się jedynie w tle, lecz z czasem nabiera na znaczeniu i przestaje być wyłącznie dodatkiem.

Do tej pory nie wspominałem nic o stronie graficznej Księżycówki, a zdecydowanie jest o czym wspominać. Gdyby przyjąć, że proces tworzenia komiksu to rywalizacja pomiędzy scenarzystą a rysownikiem (gdy w rzeczywistości jest to gra do tej samej bramki), to w tym przypadku zwycięzcą takiego wirtualnego pojedynku byłby Risso. Wprawdzie Argentyńczyk niespecjalnie przejmuje się drugim planem, a jego kreska należy do stosunkowo prostych (co akurat najczęściej okazuje się zaletą), ale jego ilustracje doskonale współgrają z charakterem opowieści, stanowiąc wartość dodaną i setnie przyczyniając się do klimatu komiksu. Risso jest przede wszystkim mistrzem operowania cieniem i czernią, ale warto również zwrócić uwagę na sposób, w jaki komponuje poszczególne kadry (chociażby wykorzystując nietypowe perspektywy), jak i całe plansze. Do tego dochodzi jeszcze kilka smaczków: na przykład zastosowanie innej techniki w retrospekcjach. Ponadto Argentyńczyk debiutuje jako kolorysta – i jest to świetny debiut. Poszczególne kadry nie obfitują w mnogość barw, ale wykorzystane kolory są idealnie dopasowane do konkretnych sytuacji. Granatowe niebo nocą, pomarańczowe światło zachodzącego słońca, pastelowe barwy w ciągu dnia. Do tego stonowane, lekko wyblakłe kolory wnętrz, intensywny pomarańcz bijący od ogniska czy wyróżniająca się czerwień krwi. Wszystko to wygląda bardzo stylowo. Brawo, panie Risso!

Pierwszy tom wydanej przez Mucha Comics Księżycówki zawiera sześć pierwszych zeszytów serii (z dotychczas opublikowanych dwunastu). Przyznam szczerze, że najbardziej do gustu przypadły mi pierwsze dwa, a po przeczytaniu kolejnych czterech poczułem wręcz pewien niedosyt. Szybko sobie jednak uzmysłowiłem, że wynika on z dwóch rzeczy. Po pierwsze: nadzwyczaj udany początek historii bardzo (nadmiernie?) zaostrzył mój apetyt, ale to nie oznacza, że potem jest źle. Wprost przeciwnie. Pierwszy tom Księżycówki to naprawdę solidny, dający satysfakcję z lektury, komiks. Co najmniej dobry, a istnieje spore prawdopodobieństwo, że potem jest/będzie jeszcze lepiej, albowiem potencjał tej opowieści jest duży. Po drugie: sześć zeszytów to trochę mało. Niedosyt jest więc tu jak najbardziej dosłowny – chciałem więcej. Chcę więcej. Czekam na więcej. To chyba dobra rekomendacja?

Fot.: Mucha Comics

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!