Zeszłorocznym zwycięzcą festiwalu w Cannes został najnowszy film uznanego irańskiego buntownika-dramaturga Jafara Panahiego. W pokonanym polu zostawił min, nominowanego do Oscara w czterech kategoriach „Tajnego agenta”, „Sirata”, czy recenzowane na łamach naszego serwisu filmy „Zgiń, kochanie” oraz „Dwaj prokuratorzy”. 20 lutego trafia w końcu do polskich film, a jego dystrybucją zajmuje się Aurora Records.
Przed seansem zapoznałem się z dwoma poprzednimi dziełami Panahiego i mówiąc szczerze – miałem dość mieszane uczucia. Jakkolwiek były to filmy ciekawie formalnie, to wyższościowa perspektywa jaką reżyser przybrał, obsadzając samego siebie w roli głównej (zwłaszcza w „Niedźwiedzie nie istnieją”) sprawiła, że film oglądało się bardzo ciężko. Tym bardziej w filmie „To był zwykły przypadek” zaskoczyła mnie jego prostota i raczej ucieszył brak eksperymentów w stylu fabularyzowanego dokumentu o sobie.
Jak sam tytuł wskazuje – do wydarzeń kluczowych, decydujących o przyszłości wielu ludzi może prowadzić niepozorny przypadek, prozaiczne zdarzenie. Auto prowadzone przez Eghbala, w którym znajduje się również jego rodzina nieumyślnie potrąca psa. Konieczność wizyty w salonie prowadzi go do spotkania z Vahidem, który rozpoznaje w nim swojego oprawcę i który impulsywnie pragnie zemsty. Przed wykonaniem wyroku musi się upewnić jednak, czy się nie myli i czy Eghbal jest faktycznie tym człowiekiem, który przed laty był jego katem.
W przeciwieństwie do poprzednich filmów, bohaterowie tu nie filmowe rekwizyty, tylko ludzie z krwi i kości, a każdy z nich ma swój wyjątkowy charakter. Dzięki temu kolejny traktat moralny o zemście i spirali przemocy zyskuje swój koloryt. Widzimy tutaj zarówno opętańczą wściekłość, próbę trzeźwego i w miarę rozsądnego rozwiązania sprawy, egoizm, humanizm, a nawet czarny humor. Mimo oczywistej manifestacyjności, trudno nazwać „To był zwykły przypadek” zachętą do jakiegoś buntu. To raczej miniportret irańskiego społeczeństwa, w którym panuje wściekłość, ale poddaje w wątpliwość sposób i sens jego rozładowania.
Niewiele jest filmów tak mądrze fabularnie rozwiązanych. Panahi nie ulega chęci gaszenia pragnień widza przemocą, którą chce widzieć i nie daje oczywistego rozwiązania sprawy. Reżyser daje bohaterom czas na rozwój, a każdy ma swoje szanse na przemyślenie swojego zachowania. Kolejne zdarzenia powodują u nich słuszne wątpliwości co do sensu ich zachowań. Scenariusz słusznie został nominowany do Oscara, a dialogi między postaciami są bardzo przekonujące. W tym aspekcie zrezygnowałbym tylko z kilku monologów, opisujących drastyczne przeżycia, które nadają demonstratywności, ale nie do końca pasują do całej reszty filmu.
Powolne tempo filmu jest tu tym samym jak najbardziej uzasadnione i pozwala ono na subtelne zgłębianie charakterów, niespieszne zadawanie pytań i pozostawia wiele miejsca na przemyślenia samego widza. Dobrym wyborem jest tu także minimalizm formalny. Irańskie ulice przypominają, że mamy do czynienia z ofiarami reżimu ajatollahów, a pustkowia dobrze eksponują głównych bohaterów i potęgują wrażenie, że jest to krajobraz pełen traumy i egzystencjalnej nicości. Ostatnim elementem, który należy pochwalić, jest świetna gra aktorska. Niejaki Mohamad Ali Elyasmehr, zaliczający swój aktorski debiut (jako niejeden zresztą) szczególnie mi się podoba, a jego opętańczość, impulsywność i chęć powrotu do szybkich rozwiązań zapisanych w kodeksie Hammurabiego nadaje filmowi dynamiki.
Od lat 90. filmy takich reżyserów jak Abbas Kiarostami i Asghar Farhadi były laureatami zarówno Oscarów, jak i Złotych Palm. W ostatnich latach dostaliśmy chociażby „Holy Spider” Aliego Abbasiego produkcji szwedzkiej, czy „Nasienie świętej figi” produkcji niemieckiej. Oba te filmy uważam za znakomite, a francuski „To był zwykły przypadek” do tego grona dołącza. To film o wątpliwościach, niepokoju, niestabilności, braku zaufania i sytuacjach, z których nie ma wyjścia, ale w którą bohater wpada przez rażące poczucie niesprawiedliwości i bezkarności oprawców. Podejmuje problematykę w sposób przekonujący, ale mimo swojego ciężaru, wolnego tempa ogląda się go naprawdę dobrze. Nie spieszy się, ale wnioski, które wypływają z filmu są przekonujące, a sam film intryguje i daje sporo do myślenia.












