W zeszłym roku Jan Komasa był wyjątkowo aktywny twórczo.
Wyreżyserował dwa filmy – pierwszym była Rocznica produkcji amerykańskiej, z min. Kyle’m Chandlerem w roli głównej. Dobry chłopiec, który niedawno wszedł do polskich kin jest natomiast produkcji brytyjskiej. W obu tych filmach polski twórca odpowiedzialny za nominowane do Oscara Boże ciało próbuje poruszać ważne tematy i aktualne problemy społeczne.
Mam mieszane uczucia, co do początku jego kariery poza Polską, gdyż wychodzi mi to… różnie.
Żeby opisać, jak fatalnym filmem jest Rocznica, przytoczę dzieło niemieckiego reżysera Dennisa Gansela Fala z 2008 roku.
Fabuła jest prosta i przewidywalna – nauczyciel wraz z uczniami realizują szkolny projekt, mający pokazać niebezpieczeństwo faszyzmu. Po pewnym czasie dzieci zaczynają brać temat na serio, a projekt wymyka się spod kontroli.
Dzieło Gansela nie jest ani szczególnie dobre jako filmowe rzemiosło, ani szczególnie błyskotliwe w przedstawianiu tematu. Odniesienia i motywy są tutaj oczywiste, sam problem ukazany w sposób łopatologiczny, ale scenariusz jest tu najbardziej absurdalny. Akcja filmu trwa pięć dni, jednak zważywszy na ilość rzeczy dziejących się w tym czasie, powinna co najmniej pięć miesięcy. Jako tzw. guility pleasure die Welle z nauczycielem-jokerem, w którego wcielił się Jürgen Vogel ogląda się jednak nieźle.
Wspominam o Fali z racji tego, że Jan Komasa uderza w podobne, polityczno-dydaktyczne tony, krzycząc o byciu ważnym swoją plastikową patetycznością. Istotny jest jednak fakt, że przytoczone wcześniej dzieło to ekranizacja lektury, którą czytają niemieckie dzieci w wieku 12-15 lat. Tymczasem Rocznica jest filmem zrealizowanym całkowicie na serio, z pełnym wewnętrznym przekonaniem o swojej ważności i misyjności. Chciałaby otworzyć komuś oczy, ale prawdę mówiąc nie wiem komu by mogła. Spostrzeżenia polskiego reżysera i scenarzysty można by uznać za zaskakująco celne, gdyby nie był jednym z bardziej uznanych twórców, a dzieckiem, który usłyszał poglądy wujka-boomera przy wigilijnym stole albo usłyszał wypowiedzi Donalda Trumpa. Wnioski są płytkie, banalne a droga do nich skrajnie niesubtelna. Totalitaryzmy nie powstają znikąd, faszyzm jest zły – dzięki. Czy potrzebujemy jednak do tego kolejnego filmu z dystopią na pół gwizdka?
W wykonaniu najbardziej tu razi hollywoodzka, sztuczna patetyczność. Nie chodzi tutaj nawet o to, że któryś z elementów wykonania jest tragiczny. Bardziej o to, że w połączeniu z fabułą i scenariuszem napisanym trochę na kolanie (ale za to z wielkim twórczym impetem i przekonaniem), kręcącym się w miejscu i bez wiary, że widz potrafi od razu zrozumieć, w co film celuje. Rocznica daje wrażenie parodii. Niestety, parodią świadomie nie jest. Wisienką na torcie jest zakończenie, mające na celu ostatecznie widza zszokować. Co do aktorstwa – bez zarzutu (choć z hollywoodzkimi manieryzmami) spisują się Diane Lane i Kyle Chandler. Na drugim planie jest zdecydowanie gorzej. Pomysł kolizji poglądów przy rodzinnym jest na papierze może i niezbyt oryginalny, ale z którego dałoby się zrobić co najmniej przyzwoitym. Rocznica jednak takowym zdecydowanie nie jest.
Za Dobrego chłopca (z przyczyn nieznanych tytuł oryginalny to Heel – pl. pięta) odpowiada po części ekipa odpowiedzialna za serial Dojrzewanie. Tematyka jest tutaj faktycznie podobna. Głównym bohaterem jest Tommy – szesnastoletni łobuz, chuligan, ćpun, leser. Trafia do domu Maurice i Kathryn, którzy chcą z niego zrobić tytułowego dobrego chłopca, a więc wychować go na ludzi.
Sfrustrowany poprzednim dziełem Komasy, po Dobrym chłopcu spodziewałem się zdecydowanie mniej, a moje oczekiwania były raczej minimalne. A jednak uważam brytyjską produkcję za udaną i dość atrakcyjną. Jest slow-burn thrillerem z jednostajnym dość wolnym tempem, co uważam za dobry wybór. Fabułę trudno tu nazwać mianem pretekstowej. Jest nie tylko emocjonalnie niepłytka, ale też sensowna. Relacje między poszczególnymi bohaterami oraz ich motywacje składają się w jedną, intrygującą całość. Był to dla mnie jeden z bardziej angażujących seansów zeszłego roku i miałem po nim wrażenie, podobne jak Oddaj ją braci Philippou. Motywy, które osobiście lubię są tutaj podobne, czyli strata, żałoba oraz poczucie winy. Podobny jest też emocjonalny ładunek oraz rys fabularny. Fanom australijskiej produkcji, film Komasy mogę polecić.
Głównym tematem jest cienka granica między desperackim pragnieniem porządnego wychowania dziecka, a tyranią. W koszty gatunku wliczone jest uproszczenie tematu w dość znacznym stopniu. Nie jest filmem może na tyle szczegółowym, złożonym, żeby uznać go za coś, co może wywołać wielką debatę. Nie spełnia się może jako dramat obyczajowy, ale błyskotliwymi wnioskami tym razem potrafi nawet zaskoczyć. Można się doczepić lekkiej karykaturalności zwłaszcza tytułowej postaci. Pada od niej kilka wyzwisk za dużo, a przez to trudno mi było się z nią utożsamić.
Pod względem formalnym Dobry chłopiec jest także zdecydowanie lepszy od Rocznicy. Lepszy, bo skromniejszy.
Mniej jest tutaj hollywoodzkiej pompatyczności, pod względem scenografii i zdjęć jest minimalistyczny i po prostu bez zarzutów. Takie wybory uznaję za prawidłowe, gdyż klimat jest finalnie duszny i niepokojący. Jakby coś wisiało w powietrzu. Komasa unika wtłaczania na siłę przekazów oraz pozwala realistycznym bohaterom mówić i działać, a widzowi samodzielnie dochodzić do wniosków. Nie ma tu realizacyjnych popisów pod względem dźwiękowym i obrazowym, co filmowi nie było to potrzebne.
Jeśli chodzi o aktorstwo – cała rodzina gra naprawdę solidnie. Przekonująco wyrażane są wszystkie emocje – uprzejmość oraz jej sztuczność, determinacja granicząca z frustracją, zniecierpliwienie, niepokojąca satysfakcja. Każdy bohater może budzić u widza pewną niechęć (nie licząc małego Jonathana – kontekstualnie znaczącej postaci i symbolu niewinności), a na sympatię musi sobie zasłużyć. Historie bohaterów nie zostały może w 100% rozwinięte na takim poziomie, jakim bym chciał, ale ostatecznie, czuję się usatysfakcjonowany. Taki film jest bardzo łatwo zepsuć zakończeniem. Tutaj natomiast tak nie było. Finał pozostawia widza w niepewności, pozwala na samodzielną interpretację, jest zaskakujący w różnicy tonów. Mnie nie zostawił zaraz po opuszczeniu sali kinowej.
Możliwe, że Jan Komasa zrobił najpierw najsłabszy, a później najlepszy w film w swojej karierze. Doceniam ryzykowne chęci w próbach zabrania głosu na ważne tematy, a jego filmy zawsze powodują u mnie pewne emocje. Przy Rocznicy miałem pewne uczucie zażenowania. Dobry chłopiec, a wcześniej Hejter były dla mnie rozrywką dobrej jakości i niepozbawionej sensu. Legendarna już Sala samobójców to totalny guility pleasure, a Boże ciało to dobre, trochę bezpieczniejsze kinowe rzemiosło. Wyborów twórczych w Mieście 44 nie rozumiem za to kompletnie. Trudno przewidzieć, co wylosuje się następnym razem w nadchodzącym The Noise of Time, jednak z chęcią sprawdzę. Nawet jeśli nie mam pewności, że obejrzę coś dobrego.
Fot. Monolith Films & Kino Świat






![Świat dobrze znany, a jednak wciąż pełen nadziei – Jan Komasa – „Boże Ciało” [recenzja] komasa_boze_cialo](https://www.gloskultury.pl/wp-content/uploads/2019/10/komasa_boze_cialo.jpg)








