Któregoś dnia György Pálfi wstał rano i wpadł na pomysł na kolejny film. I to pomysł nie byle jaki, jak zwykle zresztą. Węgier na swoim koncie ma lepsze i gorsze projekty, trudno natomiast przejść obok któregokolwiek z nich zupełnie obojętnie. Prawdopodobnie jedyny film z kurzej perspektywy, o wymownym i celnym tytule Kura można było obejrzeć chociażby na festiwalu Nowe Horyzonty. Dzięki Aurora Films, której patronatem objęta jest recenzja, film trafił do ogólnej dystrybucji i od 18 września można oglądać go w polskich kinach.
Trzeci raz spotykam się z Györgym Pálfim, którego w dużym uproszczeniu można nazwać węgierskim Yorgosem Lanthimosem. Taxidermia jest jednym z najobrzydliwszych filmów, co ze względu na ukryte motywy polityczne trudno jednoznacznie uznać za wadę. Podobało mi się szalone, choć nie do końca równe Swobodne opadanie, złożone z siedmiu skeczy, które mają miejsce w jednym bloku. Kura wbrew ekstrawaganckiemu pomysłowi wyjściowemu opowiadania historii z perspektywy zwierzęcia wydaje się być tymczasem filmem zupełnie normalnym, spokojnym i wyważonym. Choć jak to kura – niepozbawionym pazura.
Zrobienie takiego filmu to jednak jest sztuka, więc w pierwszej kolejności – brawa dla treserów. Udało się z kury zrobić pełnoprawną bohaterkę, nawet bez ludzkiego języka. Pálfi nie zakłada naiwnie, że wyłącznie jej obecność zrobi całą robotę i zaciekawi widza. Cieszy mnie wobec tego to, że protagonistka przeżywa tu naprawdę różne emocje. Od strachu, smutku i bezradności, po radość, nadzieję i poczucie pewnej życiowej misji. Trudno tu mówić dużo o fabule uniknąwszy spoilerów, jednak znajdują się tu ślady kina gatunkowego. Jest prosty dramat, komedia z udanym humorem, jest kryminał, a nawet… romans. Jest nawet komentarz społeczny i etyczny. W przeciwieństwie jednak do IO (choć zaznaczę, że film Skolimowskiego też lubię) jest to film pozbawiony pretensjonalności, podniosłości i poczucia wielkiej misyjności. Doceniam tę lekkość i naturalność.
Nie można ukryć, że forma rodzi tutaj pewne problemy. Różne interakcje między bohaterką, a ludźmi są raczej satysfakcjonujące. Sami ludzie natomiast są zepchnięci na drugi plan, co uniemożliwia opowiedzenie bardziej rozwiniętej historii, czy chociażby dodanie społecznego komentarza. Wobec tego są tu właśnie jedynie ślady gatunków. Film w gruncie rzeczy ma prostą konstrukcję podróży i składa się wyraźnie z pomysłów, które nie do końca płynnie przechodzą jeden w drugi. Na szczęście udaje się je pod koniec spiąć odpowiednią klamrą i przesłaniem. Ponadto Kura nie jest filmem pozbawionym pewnej niemrawości, zwłaszcza na początku. Później na całe szczęście się rozkręca i warto oglądać do samego końca.
Myślę, że nie trzeba o najnowszym filmie György Pálfiego rozpisywać. To z pewnością film oryginalny. Z pewnymi problemami, jednak finalnie całkiem satysfakcjonujący. Jego główną siłą jest różnorodność emocji i przeżyć kury. Najlepiej wobec tego nie zdradzać szczegółów. Wtedy film może zaskoczyć najbardziej. Z jednej strony jest to film zabawny, ale nie brakuje w nim napięcia i poważniejszych tonów. Nazwanie go thrillerem (bo spotkałem się z takim określeniem w innej recenzji) to sądzę, że lekkie nadużycie. Może to przez skoczną (samą w sobie przyjemną!) ścieżkę dźwiękową, która mimo wszystko podsuwa jednoznaczny trop. Dzięki niej, kilku pomysłowym scenom i ujęciom, różnorodności oraz intrygującej perspektywy Kura pozostanie w mojej głowie jako film ciepły, wcale nie głupi i bardziej człowieczy od wielu filmów z ludźmi w roli głównej.
Zdj: Aurora Films









