Anioł stróż

Kultura w biegu #2: Anioł stróż

Kultura w biegu – o co chodzi?

Nie każda refleksja o kulturze musi czekać na wielogłos, redakcyjny konsensus albo 3000 znaków i trzy poprawki. Czasem coś Cię porusza – albo wręcz przeciwnie, kompletnie nie rusza – i chcesz to powiedzieć. Już, teraz, bez zbędnych wstępów. I właśnie do tego powstała Kultura w biegu.

To cykl krótszych, bardziej osobistych i szybkich tekstów, w których redaktorzy Głosu Kultury dzielą się pierwszymi przemyśleniami na temat filmów, seriali, muzyki, książek czy gier. Nie znajdziesz tu klasycznych recenzji – zamiast oceniania, będzie analiza, obserwacja, czasem wyładowanie frustracji albo krótki zachwyt. Zawsze szczerze, często świeżo po premierze, bez spiny.

Dlaczego „w biegu”?
Bo kultura nie czeka. Bo premiery się sypią, algorytmy pędzą, a my nie chcemy już oglądać świata zza ogona trendu. Chcemy reagować szybciej. I dzielić się tym z Wami – nie idealnie, ale prawdziwie.

Czytajcie nas, komentujcie, nie zgadzajcie się albo potakujcie.  Tym razem Michał Bębenek i jego przemyślenia na temat filmu Anioł stróż. 

Najnowszy film Aziza Ansariego, komika znanego głównie z serialu Specjalista od niczego, właśnie powoli kończy swoją drogę kinową. Anioł stróż to czystej krwi komedia, która z założenia miała być pełna ironii i cynicznych, błyskotliwych żartów. Szkoda tylko, że gdzieś po drodze coś się wykoleiło i skrzydła zostają podcięte nie tylko filmowemu Gabrielowi (Keanu Reeves), ale też humorowi zawartemu w tej produkcji.

Twórca, będący zarówno reżyserem i scenarzystą, obsadził się tutaj również w roli głównej, dostajemy więc historię Arja – życiowego przegrywa, który łapie się każdej dorywczej pracy, śpi we własnym samochodzie i generalnie ma pod górkę. Tak jest do momentu, kiedy Arj w jednej ze swoich prac poznaje piękną i zabawną Elenę (Keke Palmer), a z kolei inna fucha splata jego los z Jeffem (Seth Rogen) – bajecznie bogatym przedsiębiorcą i inwestorem, którego Arj szczęśliwym trafem zostaje asystentem. Szczęście jednak nie trwa długo, pod wpływem złej decyzji, Arj traci tę robotę i ląduje z powrotem na ulicy. Równolegle obserwujemy historię Gabriela – anioła, czy raczej anielskiego przegrywa, którego jedyną rolą jest ratowanie ludzi przed wypadkami spowodowanymi pisaniem SMS-ów w trakcie jazdy. Gabriel w niebiańskiej hierarchii jest bardzo nisko – świadczą o tym mikre skrzydełka (a w tym przypadku wielkość ma znaczenie), lecz marzy mu się robienie czegoś znaczącego. Pewnego razu, podczas jednej z anielskich odpraw, Gabriel natchniony wzniosłą przemową innego anioła, Azraela (Stephen McKinley Henderson), postanawia znaleźć sobie człowieka, któremu będzie mógł pokazać, że życie ma sens. A któż lepiej nadaje się do tego celu, niż nasz poczciwy Arj?

Problem w tym, że Gabriel jest też trochę naiwny i pomysł zamiany żyć biedaka i bogacza wydaje mu się świetną „lekcją” – to właśnie stanowi punkt zwrotny fabuły, która w coraz bardziej chaotyczny sposób śledzi kilka wątków naraz, przeplatając je ze sobą. Mamy tutaj miks Nieba nad BerlinemNieoczekiwaną zmianą miejsc i współczesnym, ciętym humorem, wszystko to jednak miesza się w kotle, dając w rezultacie nieco niestrawną papkę. W trakcie seansu odniosłem wrażenie, że największą bolączką tego filmu jest jego konstrukcja i scenariusz rozkładający punkty ciężkości i równowagę w zupełnie niewłaściwych miejscach. Przeskakujemy z wątku na wątek, raz śledząc losy Arja, raz Jeffa, raz Gabriela, jest to jednak podane w wyjątkowo nieprzemyślany, toporny sposób, w wyniku czego w pewnym momencie zaczynamy się zastanawiać o kim (i o czym) właściwie jest ten film. Postać Ansariego jest wyjątkowo irytującym typem, którego jakoś nie byłem w stanie polubić (mimo, że z założenia Arj miał być bohaterem, z którym widz powinien się utożsamiać). Seth Rogen gra tutaj samego siebie – to jeden z moich ulubionych aktorów komediowych, lecz nie oszukujmy się, większość jego postaci to dokładnie ten sam szablon (w którym o niebo lepiej sprawdził się w swoim serialu Studio).

Największym plusem Anioła stróża jest jego bohater tytułowy, czyli Gabriel. Keanu Reeves też trochę gra tutaj samego siebie – jak wiemy z licznych memów, aktor jest takim właśnie poczciwym, dobrym człowiekiem, więc anioł w jego wykonaniu wypada bardzo wiarygodnie. Jednocześnie jest to odświeżająco inna rola od jego dotychczasowego emploi – Gabriel to postać zupełnie różna od Johna Wicka czy Johnny’ego Silverhanda (żeby wspomnieć te najbardziej świeże kreacje aktora), mimo wszystko Reeves sprawdza się tutaj tak, jakby urodził się ze skrzydłami (nawet jeśli są one bardzo malutkie).

Anioł stróż to pomysł ze sporym potencjałem, który niestety mocno rozmył się w scenariuszowych mieliznach i kliszach, a szkoda. Moja ocena: 5/10.

Fot. Monolith Films

Anioł stróż

Ocena

Ocena
6 / 10
6

Write a Review

Opublikowane przez

Michał Bębenek

Dziecko lat 80. Wychowany na komiksach Marvela, horrorach i kinie klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Aktualnie wiekowy student WoFiKi. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *