Kultura w biegu – o co chodzi?
Nie każda refleksja o kulturze musi czekać na wielogłos, redakcyjny konsensus albo 3000 znaków i trzy poprawki. Czasem coś Cię porusza – albo wręcz przeciwnie, kompletnie nie rusza – i chcesz to powiedzieć. Już, teraz, bez zbędnych wstępów. I właśnie do tego powstała Kultura w biegu. To cykl krótszych, bardziej osobistych i szybkich tekstów, w których redaktorzy Głosu Kultury dzielą się pierwszymi przemyśleniami na temat filmów, seriali, muzyki, książek czy gier. Nie znajdziesz tu klasycznych recenzji – zamiast oceniania, będzie analiza, obserwacja, czasem wyładowanie frustracji albo krótki zachwyt. Zawsze szczerze, często świeżo po premierze, bez spiny.
Dlaczego „w biegu”?
Bo kultura nie czeka. Bo premiery się sypią, algorytmy pędzą, a my nie chcemy już oglądać świata zza ogona trendu. Chcemy reagować szybciej. I dzielić się tym z Wami – nie idealnie, ale prawdziwie. Czytajcie nas, komentujcie, nie zgadzajcie się albo potakujcie. Tym razem Sylwia Sekret i jej przemyślenia na temat pięciu odcinków pierwszego sezonu serialu Ostatnia rubież.
Nie zwalniamy tempa, pędzimy dalej, bo nowości nie śpią, a my także nie zamierzamy chrapać. Dziś przeniesiemy się na chwilę na surową, odległą Alaskę, gdzie jednak potrafi zrobić się gorąco… choć przez większość czasu temperaturę podczas oglądania określiłabym jako letnią. Mowa o serialu Ostatnia rubież (ang. The Last Frontier) dostępnym na platformie Apple TV, którego odcinki ukazują się co tydzień, w każdy piątek, a pilot został wypuszczony 10 października.
PROBLEMATYKA I KLIMAT SERIALU
Ostatnia rubież zabiera nas na tereny zimnej, z pozoru nieprzystępnej Alaski, ponieważ to właśnie tam rozbija się samolot transportujący kilkadziesiąt skazanych za ciężkie przestępstwa osób. Sama katastrofa zabija wielu więźniów, jednak lwia część z nich uchodzi z życiem, rozbiegając się dość szybko po rozległym, spowitym bielą, totalnie dzikim i nieznanym dla nich terenie. Terenie, który w morzu wad, takich jak niecodzienne zimno, oblodzona lub zaśnieżona gleba czy dzikie zwierzęta, ma jedną nieprzecenioną zaletę – jest ucieleśnieniem wolności. Dla pasażerów samolotu to niespodziewana i zapewne jedyna szansa, by uciec przed życiem w zamknięciu. Korzystają z niej więc tak, jak potrafią, i jak podpowiada im instynkt – zabijając, raniąc, gnając przed siebie, kradnąc i biorąc zakładników. Jedyny w okolicy szeryf, a w zasadzie tamtejszy Marshal, bez mrugnięcia okiem rozpoczyna akcję, która ma na celu zarówno zabezpieczyć mieszkańców pobliskiego miasteczka, jak i wyłapać zbiegów. Szybko jednak okazuje się, że żądni krwi i oszołomieni niespodziewanym prezentem od losu więźniowie, to nie największy problem tutejszej władzy. W samolocie znajdował się również wyjątkowy więzień, niejaki Havloc, którego głowa, lepiej żywa niż martwa, pożądana jest przez CIA, a zarówno jego osoba, jak i katastrofa lotnicza, która coraz mniej zaczyna przypominać wypadek – owiane są tajemnicą.
Ostatnia rubież wplata również wątki przeszłości szeryfa, a także wysłanniczki CIA, która za wszelką cenę pragnie odnaleźć Havloca. Głównie dzięki tej dwójce spomiędzy zaśnieżonych dachów i zmarzniętych gałęzi drzew wyłaniają się demony przeszłości i moralne dylematy, którymi targani są bohaterowie. Dostajemy opowieść o pracy, która zagraża życiu rodzinnemu, o poświęceniach, na które jesteśmy gotowi lub nie, o oszustwach, na jakie sami się narażamy, ufając swojemu sercu; o rodzinie, która może być wszystkim, ale czasami to po prostu nie wystarcza. Serial opowiada również o prawach, jakimi rządzi się życie w niewielkiej społeczności, o godzeniu się ze stratą i życiu w nieprzemijającym bólu.
Początki Ostatniej rubieży były naprawdę świetne. Po seansie pierwszego odcinka, często łapałam się na myśli, by jak najszybciej zasiąść do dalszego seansu. Analizowałam, co się wydarzyło, i jak losy bohaterów mogą potoczyć się dalej. Zgadywałam, co kogo z kim łączy i dlaczego ktoś zachowuje się tak, a nie inaczej. Po drugim odcinku zimna Alaska nadal wzbudzała we mnie pewien serialowy żar, jednak kolejne epizody stopniowo zaczynały go gasić. Nie całkiem, bo ta opowieść nadal angażuje i ma swoje plusy, jednak rażą pewne scenariuszowe wpadki, a historia przestała angażować w całości.
SPOSTRZEŻENIA PO PIĘCIU ODCINKACH
- Serial szybko stracił tempo pierwszych dwóch odcinków i sam sobie strącił dość , wysoko zawieszoną poprzeczkę. Popadając w scenariuszowe głupotki i wpadki, stracił pewną iskrę i przestał angażować. Początkowe nadzieję na perełkę dość szybko stopniały, pozostawiając wrażenie dość ciekawego, ale przeciętnego serialu.
- Albo to moje wrażenie, albo serial niekonsekwentnie zarządza czasem serialowym, który zdaje się płynąć inaczej dla różnych bohaterów i w różnych sytuacjach. Tę kwestię zostawiam jednak otwartą – być może się mylę i to tylko moje zmęczenie bądź nieuważność.
- Efekty specjalne z odcinka na odcinek lecą na łeb na szyję, co przy bardzo ciekawym wątku wyjściowym i miejscu akcji powinno windować ten tytuł, a nie robić coś zupełnie odwrotnego. Scena z podnoszeniem transportu z wycieczką za pomocą helikoptera – nie, nie i jeszcze raz nie.
- Bohaterowie, którym trudno zaufać i całkowicie uwierzyć w pokazywane przez nich emocje. Nie wiem, w jakim stopniu jest to kwestia scenariusza, a w jakim aktorstwa, ale naprawdę trudno tu o postać, której całkowicie się oddamy jako widzowie. Frank Remnick jest zbyt opanowany, jak na sytuację która go spotyka i późniejsze komplikacje – chcemy wierzyć w jego spokój i ciepło, ale coś nie do końca tutaj wybrzmiewa tak, jak powinno. Sidney Scofield byłaby ciekawą wysłanniczką CIA, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej powiązania z Havlokiem, gdyby nie jej mimika, a raczej… jej brak. Kobieta jedzie przez cały serial na jednej minie, dokładnie tej, którą mam teraz – zmęczona po całym dniu pracy i świadoma perspektywy kolejnych 5 zimnych i ciemnych miesięcy. Natomiast Sara Remnick, żona naszego Marshala… jest po prostu nad wyraz irytująca w każdym momencie.
- Klimat samej Alaski, odciętej bądź co bądź społeczności i pogoni za zbiegłymi więźniami, a także czołówka i muzyka towarzysząca kolejnym odcinkom to niezmiennie od pierwszego epizodu najjaśniejsze elementy serialu.
- Sama zagadka i osoba Havloca (zarówno jako bohatera, jak i aktora, który się w niego wciela, czyli Dominica Coopera, który swoją drogą mógłby w tej stylizacji zagrać młodszego brata Butchera z Boysów) są napisane i odegrane całkiem nieźle i skłamałabym, mówiąc, że nie jestem tym zainteresowana. Chętnie dowiem się, jak to się rozwinie i o co tak naprawdę chce ugrać Levi Hartman.
Ocena po 5 odcinkach: 5,5/10
Nie jest źle, ale mogłoby być znacznie, znacznie lepiej. Tym bardziej że pilotażowy odcinek Ostatniej rubieży był mroźnym powiewem świeżości. Z każdym kolejnym jednak dochodzą do naszych nosów zapachy nie tylko odgrzewanych kotletów, ale także ziemi pochodzącej z dołków, jakie kopią pod sobą bohaterowie, popełniając czasem rażące błędy i głupoty.
Serialowi Ostatnia rubież brakuje przede wszystkim równego tempa, konkretnego wykorzystania potencjału, jaki daje miejsce akcji, a także czystych emocji, które po dwóch odcinkach dość mocno opadły. Jednak jeszcze nie wszystko stracone. Przed nami kolejnych pięć epizodów, serial jest więc dopiero w połowie. Havloc wciąż jest nieuchwytny, a i część pozostałych, w tym bardzo groźnych więźniów tuła się gdzieś po ośnieżonych lasach Alaski. Również tajemnica przeszłości Marshala (zawsze musi być jakaś tajemnica przeszłości) nie została przed nami ujawniona.
Ostatnią rubież będę oglądać dalej. Z jakim emocjami i na jakim poziomie one będą – o tym przekonywać się będę w następne piątki.
Fot. AppleTV










