Kultura w biegu – o co chodzi?
Nie każda refleksja o kulturze musi czekać na wielogłos, redakcyjny konsensus albo 3000 znaków i trzy poprawki. Czasem coś Cię porusza – albo wręcz przeciwnie, kompletnie nie rusza – i chcesz to powiedzieć. Już, teraz, bez zbędnych wstępów. I właśnie do tego powstała Kultura w biegu.
To cykl krótszych, bardziej osobistych i szybkich tekstów, w których redaktorzy Głosu Kultury dzielą się pierwszymi przemyśleniami na temat filmów, seriali, muzyki, książek czy gier. Nie znajdziesz tu klasycznych recenzji – zamiast oceniania, będzie analiza, obserwacja, czasem wyładowanie frustracji albo krótki zachwyt. Zawsze szczerze, często świeżo po premierze, bez spiny.
Dlaczego „w biegu”?
Bo kultura nie czeka. Bo premiery się sypią, algorytmy pędzą, a my nie chcemy już oglądać świata zza ogona trendu. Chcemy reagować szybciej. I dzielić się tym z Wami – nie idealnie, ale prawdziwie.
Czytajcie nas, komentujcie, nie zgadzajcie się albo potakujcie. Tym razem przemyślenia Błażeja Piechoty na temat polskiej produkcji „Martwi przed świtem”, którą można jeszcze zobaczyć w niektórych kinach.
Debiutancki film pełnometrażowy niejakiego Dawida Torrone jest reklamowany jako „pierwszy polski film giallo”. Encyklopedycznie: giallo to podgatunek horroru popularny we Włoszech w latach 70. i 80. Charakteryzuje się on brutalnością i wieloma scenami gore, połączonymi z zagadką kryminalną. Można powiedzieć, że jest to starszy brat slashera. Nie jest to kierunek, w którym jestem szczególnie obeznany i z tego względu „Martwych przed świtem” nie będę szczególnie oceniał pod kątem podobieństw. Widziałem natomiast Nie torturuj kaczuszki Luciego Fulciego oraz Suspirię Dario Argento – filmy związane właśnie z giallo. Były to doświadczenia porównywalne do wiercenia w czaszce młotem pneumatycznym, głównie ze względu na bardzo intensywną obrazowość oraz dźwięk.
Fabuła „Martwych przed świtem” jest bardzo prosta. Pod tym względem nie miałem większych oczekiwań. Kilku aktorów przychodzi do hotelu (i teatru zarazem) w celu ćwiczeń do mrocznego przedstawienia. Z miejscem wiąże się pewna mroczna legenda, a głównych bohaterów niepokoją różne dźwięki, po czym natrafiają na mordercę. Bardziej byłem ciekaw formy, w jakiej Torrone przedstawi tę historię. Fabuła świetnej Suspirii również nie była wybitna, ale film nadrabiał imponującymi kolorami, malowniczą brutalnością oraz ścieżką dźwiękową. Na to też liczyłem.
Pomysł na „Martwych przed świtem” zatrzymał się na wspomnianym wyżej haśle reklamowym. Faktycznie uczucia zmęczenia, przytłoczenia, wejścia na psychikę, a nawet mdłości były poniekąd podobne do tych, jakie towarzyszyły mi przy innych włoskich filmach z tego podgatunku. Jeżeli chodzi o pozostałe 70 minut – fabuła przestaje istnieć na rzecz audiowizualnego szaleństwa i trudno mi stwierdzić, czy reżyser miał milion pomysłów na ten obraz, czy nie miał ich prawie wcale. Niemal co chwilę pojawiają się jakieś obrazy, kiczowate elementy, nowa muzyka, a na każdy jeden element otoczenia przeznaczona jest osobna scena wraz z kolejnym efektem wizualnym i dźwiękowym. Przez to film wydaje mi się pogubiony, niekoherentny i końcowo zupełnie bez sensu. Kinematografia wraz z kolorami to czysty chaos i szaleństwo. Odczułem jednak, że miały za zadanie ukryć wszechobecną tandetę i kiepskie sceny, podczas których czułem tzw. second hand embarrasment. Niestety, moim zdaniem nie udało się Torrone wyjść na zero, a kolorami i montażem nie byłem się w stanie zachwycić.
Można przeczytać, że do produkcji użyto ponad sto litrów sztucznej krwi. Cięcia piłą mechaniczną, miażdżenie czaszek, dźganie nożem. Również te sto litrów można było moim zdaniem użyć w bardziej kreatywny, zaskakujący sposób. Niewielki procent ujęć, czy przynajmniej ich części stanowiły obrazy na których można było zawiesić oko. Powszechnie wiadomym jest, że brutalności towarzyszy krew, ale można z tego zrobić sztukę. Filmowi jednak moim zdaniem dużo brakuje do tego tytułu, bo wszystko znika w gąszczu efekciarskich banałów połączonych z bardzo szybkim tempem.
Znaczącą część filmu stanowi ucieczka przed tajemniczym zabójcą w masce. Gdy jednak bohaterowie znajdują czas na dialogi – są one fatalne i są kolejnym elementem, w którym nie potrafiłem znaleźć sensu, choć sam film wydaje się chwilami pragnąć go mieć. Widać to zwłaszcza w końcówce, która ma rzekomo wyjaśniać postać zabójcy i tego, co widzieliśmy. Przypomina mi to nieco Larsa von Triera, którego finałów mocno nie lubię, a chociażby w Domu, który zbudował Jack jego filozofowanie, moralizatorstwo sprawiło, że film byłem w stanie ledwo obejrzeć. Torrone również na tę zagadkową głębię postawił. Byłem już zbyt zmęczony, by nad wyjaśnieniem się dłużej zastanowić. Skoro 9/10 filmu nie każe nam myśleć, to trudno się do tego zmusić na ostatnią 1/10.
Martwi przed świtem to film bardzo słaby. Mimo to, jestem w stanie parę rzeczy docenić. Podoba mi się dobór muzyki – od hip-hopu (kawałek Teabe dałem do ulubionych) po ironiczny włoski pop. Różnorodne efekty dźwiękowe i sama jakość dźwięku również robią wrażenie. Tutaj oczywiście nadal występuje spory chaos, natomiast w tym elemencie odczułem więcej sensu i pomysłu. Uszy się zachwycają, oczy płaczą. Szkoda też, że nie ma więcej miejsca na podziwianie świetnych kostiumów oraz scenografii. Miejsce akcji budzi grozę, a pościg miał miejsce w dobrych kilkudziesięciu różnorodnych pomieszczeniach. Zdecydowanie nie można tu zarzucić lenistwa.
Podsumowując – zastanawiam się, czy dzieło Torrone właśnie takie miało być. Paskudne, tandetne i z mglistym sensem, twórczo bardzo luźne i odważne, a także dające sporo miejsca aktorom, nawet jeśli nie spisują się najlepiej. Niekoniecznie dobre, nie dla wszystkich, ale swoje. Jeśli taki był cel, to reżyserowi się zdecydowanie udało. Finalnie natomiast mogę polecić Martwych przed świtem jedynie fanom horrorów klasy B, bo nieironicznie raczej nie warto do tego tytułu podchodzić.
Fot: VHS Hell











