Kultura w biegu – o co chodzi?
Nie każda refleksja o kulturze musi czekać na wielogłos, redakcyjny konsensus albo 3000 znaków i trzy poprawki. Czasem coś Cię porusza – albo wręcz przeciwnie, kompletnie nie rusza – i chcesz to powiedzieć. Już, teraz, bez zbędnych wstępów. I właśnie do tego powstała Kultura w biegu.
To cykl krótszych, bardziej osobistych i szybkich tekstów, w których redaktorzy Głosu Kultury dzielą się pierwszymi przemyśleniami na temat filmów, seriali, muzyki, książek czy gier. Nie znajdziesz tu klasycznych recenzji – zamiast oceniania, będzie analiza, obserwacja, czasem wyładowanie frustracji albo krótki zachwyt. Zawsze szczerze, często świeżo po premierze, bez spiny.
Dlaczego „w biegu”?
Bo kultura nie czeka. Bo premiery się sypią, algorytmy pędzą, a my nie chcemy już oglądać świata zza ogona trendu. Chcemy reagować szybciej. I dzielić się tym z Wami – nie idealnie, ale prawdziwie.
Czytajcie nas, komentujcie, nie zgadzajcie się albo potakujcie. Tym razem przemyślenia Mateusza Cyry na temat filmu Sny o pociągach.
Najnowszy film Clinta Bentleya Sny o pociągach to nieoczekiwana perełka, która pojawiła się w tym roku na platformie Netflix. Ten kameralny dramat, oparty na wysoko cenionej noweli Denisa Johnsona, okazał się jednym z lepszych filmów, jakie dane mi było zobaczyć w ostatnim czasie. Co ważne, jego prosta fabuła ani trochę nie ujmuje mu siły – wręcz przeciwnie, w swojej prostocie kryje on prawdziwą głębię i potrafi dostarczyć widzowi niezwykłych emocji.
Film przenosi nas do Ameryki początku XX wieku. Główny bohater, Robert Grainier, jest drwalem pracującym przy budowie linii kolejowej, przez co spędza długie miesiące z dala od swojej żony i maleńkiej córeczki. W miarę jak kraj przechodzi gwałtowne przemiany – kolej dociera na kolejne rubieże, a dawne pustkowia zaludniają się – Robert próbuje odnaleźć swoje miejsce w tym szybko zmieniającym się świecie. Jednak wkrótce dotyka go osobista tragedia, która na zawsze odmieni jego życie. Sny o pociągach to opowieść o radzeniu sobie ze stratą, o samotności i poszukiwaniu sensu w obliczu przemijania.
Film w zasadzie w całości opiera się na barkach Joela Edgertona, który wciela się w postać Roberta. Aktor ten, choć dotąd nie należał do moich ulubieńców, tutaj daje występ życia. Jego stonowana, a zarazem przejmująca kreacja oddaje całą gamę uczuć bohatera – od smutku i rozżalenia po zagubienie oraz ciche przywiązanie do bliskich i do ziemi, którą nazywa swoim domem. Edgerton potrafi jednym spojrzeniem przekazać więcej emocji niż niejeden aktor długim monologiem. Towarzysząca mu obsada (m.in. Felicity Jones jako żona Roberta) również wypada wiarygodnie, lecz to właśnie Edgerton w każdym ujęciu przykuwa naszą uwagę i budzi ogromną empatię widza.
Sny o pociągach to film skrajnie poruszający. Jego melancholijny ton i wiarygodnie ukazane cierpienie bohatera sprawiają, że seans potrafi być wręcz miażdżący emocjonalnie – zwłaszcza jeśli samemu jest się ojcem i mężem. Łatwo wtedy odnaleźć w historii Roberta własne lęki i nadzieje. Trudno powstrzymać łzy w kluczowych momentach. Film niesie tak potężny ładunek emocji, że może doprowadzić widza do głębokiego wzruszenia (przyznam, że sam ocierałem oczy więcej niż raz). Mimo intensywności tych emocji obraz pełni rolę swoistego katharsis – pozwala zmierzyć się z bólem straty w bezpieczny, oczyszczający sposób.
Pod względem stylu film Bentleya to czysty poetycki realizm. Akcja snuje się niespiesznie, dając widzowi czas na refleksję i chłonięcie atmosfery. Twórcy nie próbują zaimponować nam efektami ani nachalnym dramatyzmem – zamiast tego obraz subtelnie „siada obok” widza i opowiada swoją historię spokojnym szeptem, niczym gawęda snuta przy ognisku. Taki wyciszony, kontemplacyjny ton może nie przypaść do gustu fanom kina akcji, ale dla cierpliwego odbiorcy stanowi niezwykle bogate doświadczenie.
Na szczególną uwagę zasługuje tu rola natury – nie jest ona tylko tłem wydarzeń, lecz pełnoprawnym bohaterem filmu. Dzika przyroda północnoamerykańskich lasów, zmieniające się światło dnia, dym wijący się nad ogniskiem i odległy stukot pociągów tworzą niemal mistyczną aurę. Urzekające zdjęcia autorstwa Adolpho Veloso wydobywają zarówno surowość, jak i piękno tych pejzaży – każdy kadr mógłby zawisnąć na ścianie jako osobne dzieło sztuki. Towarzyszy temu hipnotyzująca muzyka skomponowana przez Bryce’a Dessnera; jej delikatne, przejmujące dźwięki doskonale harmonizują z melancholijnym tonem opowieści. Audiowizualna warstwa Snów o pociągach zachwyca i potęguje poetycki wymiar filmu – to kino, które należy kontemplować, chłonąc zarówno treść, jak i formę.
Sny o pociągach to jeden z tych filmów, które pozostają w sercu na długo po seansie. Nie oferuje on łatwej rozrywki – zamiast tego skłania do zadumy nad losem, przemijaniem i miejscem człowieka w świecie. W prostocie tej historii kryje się jednak uniwersalne przesłanie o godzeniu się ze stratą oraz szukaniu nadziei nawet w obliczu pozornego bezsensu. To wprawdzie wolne kino o utracie i tęsknocie, ale zarazem prawdziwy, medytacyjny poemat o pogodzeniu się z cierpieniem i harmonii życia z naturą. Dla mnie osobiście takie wyciszające, refleksyjne kino jest bezcenne – od czasu do czasu potrzebujemy filmu, który zamiast fajerwerków oferuje cichą, szczerą opowieść dotykającą najgłębszych emocji.
Fot. Netflix












