Tym razem Błażej Piechota wyładowuje swoją frustrację piątym filmem pełnometrażowym (i pierwszym od ośmiu lat) Lynne Ramsay, o wdzięcznym tytule Zgiń, kochanie
Podchodząc do kolejnego filmu brytyjskiej reżyserki Lynne Ramsey miałem sprzeczne emocje. Z jednej strony opinie zarówno krytyków, jak i widzów były mocno mieszane, z drugiej strony każdy poprzedni film jej autorstwa mi się podobał. Liczyłem właśnie, że to będzie jeden z filmów, które ja bardzo polubię i ocenię pozytywnie – w przeciwieństwie do większości.
W debiutanckim, poruszającym Ratcatcherze (1999), który koncentrował się na chłopcu żyjącym na brudnych, biednych szkockich przedmieściach Ramsey wykazała się szczerością, autentycznością i wrażliwością. Jej swego rodzaju opus magnum jest Musimy porozmawiać o Kevinie z 2011. Coming-of-age, połączony z dramatem i thrillerem trzyma w garści i nie puszcza do samego końca, mając w sobie jednak pewien art-house’owy sznyt, humor i absurd. W 2017 roku wyszedł nieco odtwórczy, ale solidny thriller Nigdy cię tu nie było, w którym główny bohater, świetnie grany przez Joaquina Phoenixa jest napędzany dawnymi traumami i ranami z przeszłości. Nie uważam, by któryś z tych filmów był wybitny, lecz w każdym z nich styl mi odpowiadał. Ramsay zawsze ma coś niegłupiego do opowiedzenia i potrafi to zrobić w bardzo przystępny, atrakcyjny sposób. Postaci są dość złożone, wyraziste, wzbudzają sympatię, a sam jej lekko efekciarski styl jest elementem storytellingu. Nie dokonuje w swoich filmach jakichś wybitnych analiz, nie doprowadza do zmieniających życie wniosków, ale zawsze się to ogląda dobrze.
Tematem następnego filmu jest depresja poporodowa. Zjawisko ciekawe (i niepokojące), a jej obrazu nie widziałem jeszcze w żadnym filmie. Celem Die, my love (angielski tytuł) było ukazanie, co się dzieje w głowie kobiety ją dotkniętej. Cel szczytny i styl, który lubię – to mogło się udać.
Niestety, nie udało się i jest to pierwsza wpadka tej reżyserki. Film jest zlepkiem powtarzalnych, śmiesznych, absurdalnych, a po czasie trochę nudnych i żenujących scen. Orientując się po pewnym czasie, że nic z tego zlepka nie wynika, reżyserka rozpaczliwie wstawia scenę, w której mamy czarno na białym wyjaśnione, o co w filmie chodzi. Jeżeli taka scena jest niezbędna, by w ogóle wiedzieć, o czym film jest oznacza to, że coś jest nie tak. Główna bohaterka uderza pięścią w stół, uderza głową w ścianę, sika na podłogę i zwala to na psa. Nie będę udawał eksperta w temacie depresji poporodowej, ale temat wydaje się być mocno spłycony. Bohaterka zdaje się mieć radochę z posiadania owej przypadłości i do swoich zachowań podchodzi bezkrytycznie. Jest dziwna, głupia, niewdzięczna i chce każdym rządzić.
Na początku film porusza swoją bezkompromisowością, jednak jakoś przy piątej scenie z nagą Jennifer Lawrence, która zachowuje się freaky czułem się dość niezręcznie, a do samego końca film mnie męczył, nie dając prawie nic w zamian. Progresji fabuły nie ma tutaj za wiele, nie jest ukazany absolutnie żaden proces odkrywania, dowiadywania się o czymkolwiek, a chronologię wydarzeń bardzo trudno jest dostrzec. Są za to toporne metafory znikąd.
I tylko aktorów szkoda. Pattison zagrał świetnie, chociaż jego rola była prostsza. Postać Grace z kolei nie jest tak złożona, jak chociażby Kevina, ale przynajmniej wyrazista i przynajmniej początkowo intrygująca. Jej zagranie wymagało wielu poświęceń i było sporym wyzwaniem, któremu Jennifer Lawrence zdecydowanie sprostała i zagrała wprost fenomenalnie. Bez względu na wszystko, w 95% przypadków filmy oglądam do końca. Kiedy jednak dzieło za dobre nie jest, to wpadam w marazm, obojętność i zrezygnowanie. Jedna, jedyna rzecz, która mnie od tego powstrzymała, to właśnie stylowa rola Lawrence. Chylę czoła, nawet jeśli do samej postaci mam sporo uwag.
Przy takiej ilości błazenady – czasami śmiesznej, a czasami nie trudno jest zrobić coś bardziej błyskotliwego i sensownego. W Zgiń, kochanie granica dopuszczalnej łopatologii została przekroczona i wolałbym już, żeby to była absurdalna, głupia komedia bez pretekstowej fabuły, po której z góry wiadomo, że nie należy się spodziewać za wiele. Wygląda to jak wyrzut wszystkiego, co twórczyni miała w głowie (a tym razem za wiele niestety nie miała), bardzo luźne powiązanie tego z jakimś tematem, a produktem końcowym jest leniwy scenariusz bez błysku, w którym ani humor, ani fabuła nie progresują. Na dodatek przez dość jednostajne tempo film nie trzyma za grosz w napięciu i niepewności. Nie dostarczył wystarczająco dużo ani na płaszczyźnie edukacyjnej, ani rozrywkowej, a styl, który Ramsay potrafi stosować inteligentnie tym razem okazał się zgubny.
Jeżeli ktoś jednak zdecyduje się na seans, należy się przygotować na prawie dwie godziny dziwnych zachowań. Mi to po ludzku nie wystarczy.




![Nostalgiczny powrót - Jeff Lynne's Electric Light Orchestra - "Alone In The Universe" [recenzja] electric light orchestra](https://www.gloskultury.pl/wp-content/uploads/2015/11/electric-light-orchestra.jpg)





