to jej wina

Kultura w biegu #9: To jej wina (sezon 1, odcinki 1-5)

Nie potrafimy ochronić swoich dzieci  –  powtarzał z uporem w Mieście niedźwiedzia Fredrik Backman i (z żalem ściskającym za gardło) nie można odmówić mu racji, choć przykrej, kryjącej się w tym prostym zdaniu. Zdaniu, które spędza sen z powiek niemal każdemu rodzicowi. Nie potrafimy ochronić swoich dzieci, choć robimy wszystko, by było inaczej. Codziennie i co noc stajemy na straży ich bezpieczeństwa, życia, zdrowia, poczucia sprawiedliwości, za każdym razem mając świadomość, że to zawsze będzie za mało, że wciąż niewystarczająco. W serialu dramatycznym To jej wina, którego nowe odcinki co poniedziałek możemy oglądać na platformie SkyShowtime z niemożnością ochrony swojego dziecka i z poczuciem, że zawiodło się na całej linii mierzą się rodzice pięcioletniego Milo. Mierzą się z tym na pozór po równo, jednak i tu sprawiedliwość zawodzi po raz kolejny.

PROBLEMATYKA I KLIMAT SERIALU

Marisa i Peter Irvine to małżeństwo niespełna czterdziestolatków, którym statusu społeczego i pięknego domu mogliby pozazdrościć niejedni spotkani na drodze ludzie. Obracający pieniędzmi klientów, sami mają wystarczające finanse, by nie bać się o przyszłość swoją czy swojego pięcioletniego syna, uroczego blondynka Milo. Jednak jak niejednokrotnie pokazywało już życie  –  nawet największe pieniądze nie są w stanie uchronić przed tragedią. Kiedy pewnego zwykłego dnia Marisa podjeżdża pod dom koleżanki, jednej z mam kolegów ze szkoły Milo, by odebrać syna, który miał się tam bawić po zajęciach, doznaje szoku, gdy okazuje się, że chłopca tam nie ma, a w domu tym nie mieszka wcale Jenny Kaminski, jak Marisie się wydawało, lecz zupełnie obca jej starsza kobieta. Po Milo natomiast ślad zaginął  –  nie wiadomo, gdzie jest i dlaczego zniknął. Trop dosyć szybko prowadzi do niani zatrudnionej przez wspomnianą panią Kaminski, młodej kobiety przedstawiającej się jako Carrie Fischer. Wszystko wskazuje na to, iż to ona odebrała dziecko ze szkoły, wykorzystując fakt, że była tam znana jako opiekunka innego dziecka i darzono ją zaufaniem. Dlaczego porwała Milo i czy chłopiec w ogóle jeszcze żyje? Tego dowiadywać się będziemy w kolejnych odcinkach.

Serial oparty został na dość dramatycznej nucie, którą podkreśla mocna, niepozostawiająca zbyt wielu możliwości interpretacji muzyka. Mimo wszystko jednak ogląda się go z zaciekawieniem, bez uczucia przesady, a emocje, jakie towarzyszą bohaterom postawionym w obliczu koszmaru  –  są zagrane dobrze i wiarygodnie. Wśród ważnych bohaterów oprócz małżeństwa, które za wszelką cene pragnie odzyskać synka, mamy również mamę kolegi Milo, a jednocześnie pracodawczynię porywaczki, czyli Jenny Kaminski graną przez Dakotę Fanning. Sporo czasu poświęcają twórcy również rodzeństwu Petera Irvine’a, a więc wujkowi i cioci zaginionego chłopczyka, z którymi jego ojciec ma dość dziwne, finansowe układy, w zasadzie sponsorując dorosłe rodzeństwo i utrzymując je. I o ile w przypadku brata Petera, który jest niepełnosprawny, jest to zrozumiałe, o tyle jeśli chodzi o siostrę  –  wygląda nieco podejrzanie i nie bez powodu zostało w serialu jasno podkreślone. Niebagatelną rolę pełni również detektyw kierujący sprawą, McConville, w którego wciela się Michael Pena  –  niezwykle empatyczny, ciepły i stojący w opozycji do większości mężczyzn na tego typu stanowisku, którzy w filmowym i serialowym świecie dali nam się poznać raczej jako oziębli twardziele z mocno skrywaną traumą z przeszłości. 

W serialu To jej wina (opartym na powieści) napięcie budowane jest miarowo, kolejne wątki i szczegóły sprawy są rozwijane, gmatwane i poprowadzone całkiem sprawnie. Po pięciu dostępnych w Polsce odcinkach nie można serialowi zarzucić przesadnego żonglowania wątkami czy gubienia się we własnej fabule. I choć po czwartym epizodzie mamy już zarysowane portrety sprawców, to do rozwiązania sprawy raczej jeszcze daleko, a niektóre fabularne labirynty ładnie się zagęszczają. I choć nie ma w produkcji nic nadzwyczajnego, to prawdziwość emocji i tragedia  –  tak z pozoru zwykła, ale jednocześnie tak chwytająca za serce  –  sprawiają, że empatyzować z bohaterami wcale nie jest tak trudno, choć niejeden z nich ma swoją tajemnicę i zachowania, których jako widzowe nie pochwalamy. Piąty odcinek, który okazał się wręcz emocjonalną bombą i kulminacją długo skrywanych i zgniecionych w bohaterach emocji i tajemnic  –  tylko zaostrza apetyt na więcej. Na finał, który może okazać się nie tyle zaskakujący na płaszczyźnie kryminalnej, ile psychologicznej i właśnie emocjonalnej.

Ciekawym zabiegiem jest subtelne, choć całkiem wyraźne zaznaczenie roli matki w życiu dziecka, rodziny i w społeczeństwie ogółem  –  przede wszystkim jako tej, na której skupiają się wszelkie wyrzuty, która powinna wszystkiemu zapobiec, wszystko przewidzieć, o wszystkim wiedzieć i wszystko sprawdzić. Jako tej, która ma prawo do kariery, owszem, ale nie kosztem dziecka; która ma prawo popełniać błędy, oczywiście, ale będzie też za nie najsurowiej karana. Te różnice w postrzeganiu i ocenianiu roli matki i ojca, te podwójne i nierówne standardy, z których większość nie powinna mieć prawa bytu w XXI wieku  –  przerażają i odrzucają niesprawiedliwością. Dobrze wiemy jednak, że akurat w tej kwestii twórcy serialu nie musieli wiele koloryzować.

To jej wina jest serialem wciągającym, choć nie powiem, żebym siedziała jak na szpilkach. Bywają dłużyzny, ale ogólnie akcja prowadzona jest dość wartko i  –  przynajmniej na chwilę obecną  –  wydaje się dość dobrze przemyślana. Po pięciu odcinkach historia zdaje się trzymać przysłowiowej kupy, choć wciąż więcej jest niewiadomych. Czy jestem ciekawa rozwinięcia i motywów porwania? Jak najbardziej. Mam szczerą nadzieję, że twórcy zaskoczą mnie czymś, czego zupełnie się nie spodziewam.

SPOSTRZEŻENIA PO PIĘCIU ODCINKACH

    • W serialu To jej wina tempo jest równe, a ciężar emocjonalny rozłożony podobnie. Akcja rozwija się z odcinka na odcinek, ujawniając kolejne szczegóły sprawy.
    • Bohaterowie (może poza Peterem, ojcem porwanego chłopczyka) wydają się wiarygodni, a ich zachowania ludzkie i nieprzerysowane.
    • Twórcy postawili na grę na emocjach  –  porwanie pięciolatka staje się ogromną wyrwą w życiu całej rodziny.
    • Produkcja bardzo dobrze stopniuje i dawkuje napięcie, dzięki czemu nawet, kiedy nie dzieje się wiele, oczekujemy z zainteresowaniem rozwoju sytuacji.
    • Aktorzy radzą sobie naprawdę nieźle, choć nie wszyscy są tak samo wiarygodni i intesywni w emocjach. Najlepiej wypada Sarah Snook (Sukcesja) w roli Marrisy, Dakota Fanning jako Jenny i znana z serialu The Bear Abby Elliott, która wciela się w siostrę Petera, ojca zaginionego Milo.
    • Jak na kryminał historia prowadzona jest ciekawie  –  na pozór wiemy już bowiem wszystko, a jednak nadal mnożą się tajemnice. Najważniejszą z nich, zaraz obok miejsca pobytu porwanego chłopca, zdaje się motyw.
    • To jej wina wymyka się, przynajmniej do tej pory, definicji zwykłej historii kryminalnej o porwaniu dziecka. Mamy tu o wiele więcej niewyjaśnionych spraw w obrębie samej rodziny niż porwania, a sam serial bazuje bardziej na mocnych emocjach niż na scenach akcji czy wnikliwym rozwiązywaniu zagadki.
    • Wyrwy w podziale ról rodziców w kwestii wychowywania i opieki nad dzieckiem są tak samo subtelne, jak wyraźne, i są one smaczkiem, który jednych będzie podczas oglądania raził, innych do niego zbliży.
    • To dobrze zagrana, pełna emocji produkcja, której ostateczna ocena mocno wiązać się będzie z finałem i rozwiązaniem całej sprawy.

Fot.: SkyShowtime

to jej wina

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *