Audiobooki,Książki,Recenzje

Mój dziad fortunę w Monte Carlo! – Joanna Chmielewska – „Lesio” – audiobook [recenzja]

Lesio
Lesio

Ja kocham Chmielewską, a raczej – ma się rozumieć – jej twórczość. Kocham, odkąd pamiętam, odkąd zaczęłam zaczytywać się namiętnie w jej książkach, kiedy to zaczynałam odkrywać uroki wypożyczania kolejnych tytułów z biblioteki i razem z mamą przeglądałyśmy kolejne półki w poszukiwaniu interesujących okładek, autorów, treści. Wiele jej książek przeczytałam, będąc w wieku, który nie do końca temu sprzyjał. Mówiąc wprost – na wiele byłam po prostu trochę za młoda. Kiedy więc moi rówieśnicy, jak się potem okazało, sięgali po Harry’ego Pottera, ja czytałam kolejną Chmielewską. Przez ostatnie kilka lat jednak nieco zapomniałam o jej twórczości. Większości książek nie mam w swojej biblioteczce, bo (jak już wspomniałam) wypożyczałam je dawno, dawno temu, kiedy biblioteki były chlebem powszednim, a teraz odchodzą nieco do lamusa. Cały czas jednak w moim sercu jest miejsce dla dzieł autorki, której debiutancka powieść (Klin) ukazała się w 1964 roku. Kiedy więc Storytel wraz z Tomaszem Kotem w roli lektora wzięli się za wyprodukowanie audiobooka książki nie innej jak mój ukochany i kultowy przecież Lesio, nie miałam wyboru. Musiałam wziąć się za słuchanie. Mimo że czytałam tę powieść już kilkukrotnie, frajda okazała się nie mniejsza. 

Lesio to bohater, który (tak mi się wydaje), gdyby został stworzony przez jakiegokolwiek innego pisarza lub pisarkę, wzbudzałby we mnie odrazę lub po prostu jednostajną, niezmienną antypatię. Lesio jest bowiem trochę nieudacznikiem, a trochę leniem. Leniem oczywiście z własnego wyboru, bo tak to z lenistwem bywa, ale nieudacznikiem, co gorsza, również. A szkoda, bo facet, jak się okazuje, ma talent i w tym, co robi, jest świetny, problem jednak w tym, że… zazwyczaj tego nie robi. Zazwyczaj bowiem Lesio zajmuje się wszystkim innym, tylko nie tym, czym akurat powinien. Lesio więc spogląda rozmarzonym wzrokiem na piękną blondynkę, która rozwiesza akurat pranie na balkonie naprzeciwko, Lesio rozanielonym, rozmigdalonym spojrzeniem przeszywa na wylot seksowną Barbarę, która niczego nieświadoma kusi w biały dzień głębokim dekoltem. Lesio w końcu – i tu dochodzimy do wątku, który służy za zapalnik powieści – planuje krok po kroku zabójstwo personalnej. Lesio to bohater, który powinien wzbudzić we mnie totalną antypatię i irytację. I tak pewnie byłoby, gdyby nie genialne pióro i poczucie humoru Chmielewskiej, które ja przyjmuję z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jej Lesio, Lesio Kubajek, architekt, artysta, romantyk, leń, dureń i geniusz wzbudza czasem politowanie, a czasem przyczynia się do wybuchów śmiechu. Lesio nie jest prawdziwą postacią. Lesio jest satyrą, tak jak satyrą jest cała powieść. Satyrą na czasy PRL-u, rzecz jasna, bo powieść dzieje się w latach 70., ale również satyrą na ludzi i świat ogólnie. Na kiepskie pomysły, na przepracowanie, na chwytanie się brzytwy, podczas tonięcia, na beznadziejne, platoniczne zakochanie, na duszę artysty, na korporację, na wszystko. I jeśli nie podejdziemy do Lesia jak do satyry właśnie, możemy się od tej twórczości odbić raz, a porządnie – a byłaby to wielka szkoda. 

Lesio postanawia zabić personalną? A i owszem, w dodatku personalna nie jest jakimś tam nieobecnym tworem, który czytelnikom łatwo będzie pożegnać, ale personą z krwi i kości. Ma nawet imię: Matylda. Co też Lesiowi strzeliło do głowy? Może i jest nieporadny, leniwy, a czasami nawet mądry inaczej, ale przecież nie jest mordercą! Lesio nie jest złym człowiekiem! No cóż, powód jest tyleż prosty, co głupi – do obowiązków pani Matyldy należy zarządzanie wielką, mistyczną księgą, która rujnuje Lesiowi życie i spędza sen z powiek. Pani Matylda dysponuje książką spóźnień. A z opisu Lesia jasno wynika jedno – Lesio przychodzić do pracy na czas po prostu nie umie. Jest w tym nieudolny do tego stopnia, że nawet kiedy z tej pracy w ogóle nie wychodzi i zostaje w biurze na noc – jakimś cudem i tak do znienawidzonej książki trafia. Lesio nie widzi więc innego wyjścia, by zakończyć swój codzienny koszmar. Lesio musi zabić personalną. Koniec kropka. 

Powieść Lesio składa się z trzech części, a Zbrodnia niedoskonała (bo taki tytuł nosi pierwsza), którą planuje tytułowy bohater, jest podstawą fabularną do pierwszej z nich. Poznajemy też w jej trakcie innych bohaterów tej historii, a więc między innymi wspomnianą już piękną Barbarę, która skutecznie, acz nieumyślnie udaremnia każdą próbę Lesia, jaką ten podejmuje, by skupić się na pracy. Jest też Janusz i Karolek, Kasieńka, żona Lesia, która jak na kobietę, która podjęła się tak straceńczej misji, jak poślubienie wspomnianego mężczyzny, ma mało istotną rolę w powieści. Wynika to jednak z tego, że niemal cała opowieść toczy się w pracy Lesia i jego kolegów po fachu. Druga część – Napad stulecia – skupia się na problemach finansowych ekipy z biura architektonicznego, w którym pracują wyżej wymienieni. Problemy owe wzięły się między innymi stąd, że ekipa Lesia całą swoją energię i czas (których i tak zabrakło) poświęciła na projekt konkursowy, który gwarantowałby zwycięzcom nie tylko nagrodę pieniężną, ale i zlecenia na kilka lat wprzód. Oczywiście i w tym przypadku nie zabraknie komicznych sytuacji, zbiegów okoliczności i absurdalnych pomysłów Lesiowej architektonicznej zgrai. To z niej pochodzi choćby cisnące się na usta i domagające wykrzyczenia przy każdej lekturze:

 

Mój dziad fortunę w Monte Carlo!

Trzecia część tej kultowej powieści opowiada o trudnościach zespołu związanych z dwiema sytuacjami. Pierwsza to przyjęcie nowego pracownika, pochodzącego ze Szwecji Bjørna, który na nieszczęście architektów nie zna ani słowa po polsku. Tutaj przywita nas kultowy Kał basaMocz tenora. Druga sytuacja nastręczająca trudności, a dla autorki będąca pretekstem do stworzenia niejednego komicznego momentu, to wysłanie całego zespołu do zamku w celu zrobienia pomiarów, które potrzebne będą do prac przy renowacji zabytkowego obiektu. 

Pierwsza część niemal całkowicie skupia się na Lesiu, w drugiej nadal przeważa on jako główny bohater, ale więcej czasu poświęcone zostaje reszcie zespołu, natomiast o trzeciej części śmiało można powiedzieć, że to cała grupa z warszawskiego biura architektonicznego jest głównym bohaterem.  Co się zaś tyczy szczegółów dotyczących wspomnianej profesji – nie ma tu ich zbyt wiele, ale kiedy już się pojawiają jakieś wzmianki na ten temat, możemy być pewni, że są one zgodne z prawdą i fachem, ponieważ Joanna Chmielewska (a właściwie Irena Barbara Kuhn) ukończyła studia na wydziale architektury, uzyskując tytuł inżyniera architekta, a także pracowała w zawodzie. Sama postać Lesia zresztą wzorowana była na prawdziwej postaci – Lechu Jakubiaku, który był warszawskim malarzem i architektem, a z którym autorka pracowała w biurze projektowym w latach 60. Paradoksalnie fakt, że powieść ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością lub się po prostu na niej opiera, sprawia, że wydaje nam się ona jeszcze bardziej  absurdalna. Co oczywiście dobrze jej robi.

Tomasz Kot okazał się rewelacyjnym wyborem dla przeniesienia Lesia w świat audiobooków. Aktor rewelacyjnie ożywił wszystkie postaci, każdą z nich obdarzając niepowtarzalnym głosem, a przy tym uniknął przerysowania i parodii. Ponieważ bowiem sama książka jest parodią na czasy, w jakich powstała, sparodiowane głosy bohaterów mogłyby dać efekt odwrotny do zamierzonego przez autorkę. Zadowolona jestem z tego, że czytając kwestię Barbary, która pojawia się najczęściej na kartach powieści, jeśli chodzi o postaci kobiecie, Kot nie szarżuje w stronę piskliwego, przerysowanego kobiecego głosu. Owszem, jego barwa i ton łagodnieją wtedy, ale nie ma w tym krzty przesady. Neutralny w największym stopniu jest Lesio, zatem najmocniej przypomina on samego lektora, co spójne jest z wystylizowaniem aktora właśnie na Lesia podczas promocji audiobooka, a który to wizerunek trafił również na okładkę. Natomiast najbardziej oryginalny głos otrzymał Karolek i tu absolutnie nie dziwię się twórcom, bo przy ilości postaci takiej, jaką otrzymujemy przy Lesiu, nie było siły, żeby ktoś nie wyróżnił się najbardziej, przy próbie zachowania bezwzględnej neutralności bowiem te głosy stopiłyby się w jedno. Audiobook pod tym względem wypada natomiast idealnie. Karolek ma niski głos przyozdobiony jakby permanentnym katarem, co zdaje się pasować do jego wypowiedzi i charakteru. Tomasz Kot świetnie wyczuł również momenty, w których może pozwolić sobie na większą ekspresję, a kiedy pozostać po prostu lektorem. Choć zakładam, że bycie „po prostu lektorem” w przypadku twórczości Chmielewskiej jest zadaniem może nie tyle karkołomnym, ile z pewnością nie najłatwiejszym. Mam wrażenie, że aktor sam świetnie się bawił podczas nagrywania (choć nie wątpię, że była to ciężka praca), że odnalazł się w świecie Lesia, że polubił te postaci i ten typ humoru. Żałuję, że to na razie jedyna książka Chmielewskiej, którą w audiobooku czyta właśnie on. Mam jednak ogromną nadzieję, że Dzikie białko, a więc kontynuacja Lesia (napisana po aż 17 latach) również trafi pod skrzydła Storytel i Tomasza Kota. Jedyny błąd, jaki wychwyciłam podczas słuchania audiobooka, to zdanie: Nie zasypywali gruszek w popiele. Ponieważ nie posiadam egzemplarza Lesia, nie umiem niestety stwierdzić, czy jest to błąd zawarty w książce, czy błąd lektora

Lesio to opowieść, w której autorka przyjmuje pewien konkretny typ humoru i to na nim bazuje przez niemal całą lekturę. Mamy tu komizm sytuacyjny, jak i ten wynikający z przejęzyczeń. Lesio to również komedia pomyłek, w której wiele zabawnych sytuacji wynika z tego, że ktoś coś źle zrozumiał, ktoś czegoś nie usłyszał i sobie dopowiedział, ktoś czegoś nie wiedział, więc zrobił coś zupełnie inaczej… To również opowieść, której wiele elementów może być niezrozumiałych dla współczesnego, młodego odbiorcy. Wierzę jednak, że fakt, iż ktoś nigdy w życiu nie otrzymał telegrafu, a jedynie SMS-y i maile, nie czyni go kompletnym ignorantem w tym temacie. Podobnie jak sprawa z szynką. Jeśli kogoś zdziwi gigantyczny szok jednego z bohaterów na wieść o kanapce z szynką drugiego bohatera i natarczywe pytanie: Gadaj, gdzie dostałeś szynkę?, to myślę, że prędko znajdzie się ktoś, kto mu to wytłumaczy. 

Galeria postaci, jaką stworzyła Chmielewska, jest niepowtarzalna i choć książka ta ma już swoje lata, to myślę, że zestarzała się godnie, a zmarszczki jedynie dodają jej słusznego uroku. Co więcej, autorka niejednokrotnie bohaterów z jednej książki umieszcza w innej, na przykład jako postaci drugo- czy nawet trzecioplanowe, tworząc w pewnym sensie małe uniwersum dla swojego świata przedstawionego. Niektóre postaci z Lesia pojawiają się już we wcześniej wydanej powieści Wszyscy jesteśmy podejrzani.

Lesio Joanny Chmielewskiej bawił mnie lata temu i niezmiennie bawi teraz – również w formie doskonałego audiobooka. Trzeba jednak lubić ten typ humoru, którym posługuje się autorka. Ja odnajduję się w takiej lekturze rewelacyjnie. Nikt tak jak Chmielewska nie potrafi stworzyć zabawnego kryminału, nikt tak nie wyśmiewa się z próby popełnienia morderstwa, nikt tak jak ona nie tworzy postaci, której powinno się nienawidzić, a ma się ochotę poklepać po ramieniu, mówiąc: „Oj, Lesiu, Lesiu…”.

Fot.: Storytel


Przeczytaj także:

Opowiem ci o zbrodni w Storytel

Podobne wpisy:

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *