W sieci umysłów

Level up – James Dashner – „W sieci umysłów” [recenzja]

James Dashner to ostatnio dość znane nazwisko, głównie za sprawą serii Więzień labiryntu, której ekranizacja nie tak dawno temu gościła na ekranach naszych kin. Ten amerykański pisarz wpisuje się w popularny nurt fantastyki dla młodzieży, stając w szranki chociażby z Suzanne Collins, autorką Igrzysk śmierci. Jego nowa powieść (nowa oczywiście na polskim rynku), W sieci umysłów, miała chyba być takim pomostem pomiędzy młodymi a starszymi czytelnikami, jednak w moim odczuciu, dla tych dojrzalszych odbiorców nie ma zbyt wiele do zaoferowania.

W sieci umysłów rozpoczyna nowy cykl zwany Doktryną śmiertelności i opowiada o bliskiej przyszłości, w której technologia wirtualnej rzeczywistości rozwinęła się do tego stopnia, że większa część ludzkości spędza swój cały wolny czas, grając w sieciową grę Lustro życia. Owa gra jest dokładnym odwzorowaniem naszej rzeczywistości, jeden do jednego, włącznie z prawdziwym odczuwaniem bodźców, zarówno tych przyjemnych, jak i bolesnych. Lustro życia jest do tego stopnia realistyczne, że gracze muszą nawet chodzić do toalety, a wszystko to za sprawą specjalnych skrzynek (zwanych potocznie trumnami) wyjętych rodem z Matrixa i stanowiących swego rodzaju bramę do VirtNetu (bo tak nazywa się tutaj wirtualna rzeczywistość). Do świata W sieci umysłów zostajemy wprowadzeni w momencie, kiedy Michael – gracz i całkiem niezły haker, próbuje zyskać trochę punktów doświadczenia powstrzymując samobójczynię od skoku z mostu. Dziewczyna jednak hakuje swój kod w taki sposób, że ginie naprawdę, w realnym świecie, a przed śmiercią, całą winą obarcza niejakiego Kaine’a, tajemniczego hakera, odpowiedzialnego za ostatnie zniknięcia graczy w niewiadomych okolicznościach. Niedługo potem z Michaelem kontaktuje się SVN – odpowiednik sieciowej policji i nie dając wielkiego wyboru, zleca mu zadanie odnalezienia Kaine’a. Michael łączy siły z dwójką swoich równie zdolnych przyjaciół – Sarą i Brysonem i razem wyruszają w niezbadane odmęty VirtNetu, aby zlokalizować najniebezpieczniejszego gracza w całej sieci.

Od tej pory dostajemy fabularną wersję zlepku różnych gier komputerowych. Michael wraz ze swoją drużyną przechodzi kolejne levele dzielące go od celu, zaliczając przy tym tak kliszowe elementy, jak nawiedzony dom, skakanie przez lawę czy łamigłówki logiczne. Wprowadzona zostaje jednak zasada, która utrudnia graczom zadanie, mają bowiem do dyspozycji tylko jedno życie i jeśli umrą w czasie wykonywania swojego questa, nie będą mogli wrócić już na ścieżkę prowadzącą do Kaine’a.

Całość napisana jest w dość prosty i przystępny sposób, oddziałujący na wyobraźnię młodych odbiorców. I w takiej formie powieść ta zapewne sprawdza się całkiem nieźle. Bardziej wymagający gracz… ee, to znaczy, czytelnik, dość szybko zauważy, że ma do czynienia z produktem bardzo przewidywalnym i niezbyt złożonym. Grupka dzieciaków próbujących „ocalić świat” to schemat, który widzieliśmy już w dziesiątkach filmów i książek. Nie ratuje tego nawet końcowy twist (bo oczywiście musi być jakiś końcowy twist), który co prawda podnosi nieco ocenę książki, nie jest jednak niczym zaskakującym. Dość kłujące w oczy mogą się też okazać pierwsze rozdziały, pełne uproszczeń i skrótów służących tylko temu, żeby doprowadzić głównego bohatera na początek jego wielkiej misji.

Czytając różne teksty na temat W sieci umysłów, wielokrotnie spotykałem się z zarzutem, że jest to uboższa i gorsza wersja powieści Player One Ernesta Cline’a. Nie miałem przyjemności jej co prawda czytać, ale słyszałem o niej dużo dobrego, a opis fabuły jest na tyle zachęcający, że bardzo chętnie sięgnąłbym po tę książkę, co nie do końca można powiedzieć o powieści Dashnera. Kompletnie nie rozumiem też panującej ostatnimi czasy mody na pierwsze tomy. Dlaczego zdecydowana większość fantastyki pisanej przez „nowszych” autorów, musi zawsze być początkiem jakiegoś cyklu? Czy pisarze nie potrafią już napisać samodzielnej powieści, która nie będzie częścią „większej całości”? Jest to o tyle denerwujące, że książki te pisane są w taki sposób, że przypominają nieco seriale – na końcu dostajemy cliffhanger, po którym z niecierpliwością będziemy oczekiwać na następny odcinek. Jednak w przypadku książki, jest to dla mnie produkt niekompletny. Nieraz już byłem w sytuacji, kiedy sięgając po nieznaną pozycję, jej opis wstępnie mnie zainteresował, ale kiedy tylko dostrzegłem na okładce magiczne zdanie „pierwsza część cyklu”, książka od razu lądowała z powrotem na półce. Nowe pokolenia czytelnicze przyzwyczajone są do cykli, serii i trylogii, dla nich więc będzie to oczywiste. I jest to wielka szkoda, brakuje bowiem w obecnej fantastyce jakichś spójnych całości. Opowieści, które zawierałyby się w ramach jednej książki, pełnej dopracowanych i przemyślanych pomysłów.

Niemniej jednak, jak już wspominałem, młodsi czytelnicy zapewne zakochają się w książce Dashnera i nie ma w tym niczego złego, bo być może będzie to dla nich bodziec do sięgania po coraz bardziej dojrzałe pozycje.

[buybox-widget category=”book” name=”W sieci umysłów” info=”James Dashner”]

Fot.: Wydawnictwo Albatros

W sieci umysłów

Write a Review

Opublikowane przez

Michał Bębenek

Dziecko lat 80. Wychowany na komiksach Marvela, horrorach i kinie klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.