Hitman

Likwidator z referencjami – Garth Ennis, John McCrea – „Hitman”, tom 1 [recenzja]

Nie, to nie jest komiksowa wersja opowieści o Agencie 47, więc jeśli spodziewaliście się zastać tu łysego likwidatora, to trafiliście pod zły adres. Chociaż wcale Wam się nie dziwię, że mogliście zabłądzić – bo kiedy słyszę pseudonim 'Hitman’, na myśl przychodzi mi postać z gier komputerowych, a nie komiksowy zabójca na zlecenie. Nie jest to popularny (anty)bohater, co w sumie dziwi – ogromni wydawcy tacy jak DC czy Marvel od dawna eksplorują szarą strefę swoich uniwersów, odnajdując nieszablonowych bohaterów. Świat bardzo dobrze poznał Punishera, ale o Hitmanie się nie słyszy. Ponieważ polski wydawca, Egmont, postanowił wydać kilka tomów zbierających przygody Tommy’ego Monaghana, uznałem że lepszej okazji na rozwikłanie zagadki jego małej popularności nie będzie. Jestem już po lekturze pierwszego tomu serii Hitman i powiem Wam…

Tylko od czego tu zacząć? No pewnie, głupi ja – od początku. Jak każdy szanujący się (anty)bohater, Tommy Monaghan ma swój punkt zwrotny w życiu, który uczynił go wyjątkowym. Oczywiście, w pierwszym tomie nie mogło zabraknąć tzw. origin story (The Demon Annual #2 z 1993 roku). Teoretycznie proste zlecenie na likwidację pewnej kanalii przybiera zgoła nieoczekiwany obrót, a Tommy po odzyskaniu przytomności orientuje się, że jest coś z nim nie tak. Już jako Hitman posiada zdolność telepatii (czyta ludziom w myślach – czasami nie ma w czym), a jego wzrok uległ niesamowitej modyfikacji – powiedzmy, że nie musi już czekać na wykonanie rentgena. Nasz (anty)bohater postanawia nie zmieniać profesji i wciąż zarabia dolary poprzez kierowanie pocisków w swoje cele, a jego nowe umiejętności ułatwiają robotę. Na tyle, że Hitman otrzymuje również zlecenia na metaludzi, czyli poluje na niebezpiecznych złoczyńców, którzy mogą mieć nadprzyrodzone zdolności.

Interes Tommy’ego się kręci, a Hitman staje się na tyle popularny, że na kartach komiksów pojawiają się takie sławy jak Batman czy Joker. Gościnne występy robią wrażenie i zdają się nie być wciśnięte na siłę, co ogromnie mnie ucieszyło, a samemu uniwersum nadało wyrazistości. Hitman w końcu czuje w sobie powołanie do oczyszczenia Gotham z brudu tak, jak Batman, lecz przyświecają im różne wartości etyczne. Tommy jednak odbiera życie, co Mrocznemu Rycerzowi wcale nie pasuje – tym bardziej ich wymuszona współpraca rodzi wiele tarć. Trzyczęściowa opowieść Szał w Arkham to pełna akcji historia o zleceniu na milion dolarów, na którą Hitman ma ogromną chrapkę – chociaż walczy o lepsze jutro dla Gotham, marzy o opuszczeniu przeklętego miasta. Prywatne cele kierują więc Tommy’ego w wir wielu przedziwnych zdarzeń, które czyta się z zaciekawieniem.

Wraz z kolejnym komiksem Garth Ennis – nazwisko w świecie komiksowym znane chociażby dzięki serii Kaznodzieja – wprowadza coraz więcej szczegółów z życia Tommy’ego. Dziesięć tysięcy naboi przedstawia nam Natta, przyjaciela z wojska, który wspiera Hitmana w sporze z mafią. Podobało mi się, że Ennis przyprawił tę opowieść solidną dawką humoru – obaj panowie zdają się znać jak łyse konie i ciągle sobie dogryzają, chociaż lufy pistoletów nie stygną. Udało się również komizm uchwycić w warstwie rysunkowej, bowiem postać Moe Dubeltza, pomimo swojej mroczności, wygląda przezabawnie – z wiadomych z poprzednich historii względów, część jego ciała jest, jakby to powiedzieć, nie do końca żywa… John McCrea postanowił zabawić się tym motywem i do wyglądu mafioza dodaje coraz to nowe ozdobniki. Fajne puszczenie oka do czytelnika i zainteresowanie go warstwą graficzną, która z racji swoich czasów najlepsza już nie jest.

Co tu dużo mówić, komiks powstawał prawie 30 lat temu, w czasach innych technologii. Wiele kadrów jest uproszczonych, pokazując jedynie rzeczy niezbędne do opowiedzenia historii. John McCrea jednak wykorzystuje swoją przestrzeń w większych kadrach, gdzie wygląd postaci zawiera więcej szczegółów – wtedy warto na dłużej zawiesić oko na jego rysunkach. Widać również, że z czasem ich jakość się poprawiła, więc z każdą kolejną opowieścią nie tylko narracja była dla mnie przyjemnością, ale również wrażenia wizualne. Nie wszystko w twórczości Johna McCrei mi się podoba, bo uważam że większość jego bohaterów to typki z kwadratowymi, niewyróżniającymi się szczękami – nawet Batman wygląda jak wyciosany z kamienia.

Nie zmienia to jednak faktu, że pierwszy tom Hitmana dostarczył mi wiele rozrywki, a dodatkowym walorem jest różnorodność historii. Debiutancka opowieść jest pełna niesamowitości, a show skradł wiecznie rymujący demon Etrigan; Szał w Arkham najbardziej ociera się o superbohaterski światek Gotham, Dziesięć tysięcy naboi to gangsterskie porachunki, a Za trumnę dolarów to zawadiacka opowieść w klimacie spaghetti westernu, gdzie nie mogło zabraknąć pojedynku w południe. Jest również krótka Noc, gdy zgasły światła – zabawna gawęda przyjaciół o swoich najbardziej niebezpiecznych przeżyciach. A sam Tommy Monaghan alias Hitman? Intrygujący gość z dziwnie skalibrowanym kompasem moralnym, ironicznym humorem i superzdolnościami, których nie widzimy zbyt często. Na tyle, że w pewnym momencie przez sekundę byłem zdziwiony, że Hitman o nich wspomniał. Dla mnie to akurat plus, bo czyni go to postacią bardziej ludzką, faktycznie zbliżoną swą charakterystyką do bardziej popularnego Punishera. Komiks mi się podobał i cieszy mnie, że Egmont wyda ich więcej – pozostaje nam czekać na więcej.

Fot.: Egmont

Hitman

Write a Review

Opublikowane przez

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.