Listy sycylijskie (oryg. Iddu) przenosi nas na słoneczną Sycylię początku XXI wieku, która mentalnie wciąż tkwi jakby w poprzednim stuleciu. Reżyserski duet Fabio Grassadonia i Antonio Piazza – znany z filmów Salvo i Sycylijskie duchy – ponownie zagłębia się w sycylijską rzeczywistość, tym razem ukazując ją od nieco innej strony. Zamiast krwawych porachunków mafijnych otrzymujemy klimat pełen niedopowiedzeń, lokalnych rytuałów i wszechobecnej nieufności wobec państwa, zakorzenionej głęboko w mentalności mieszkańców wyspy. Już sam punkt wyjścia fabuły – były burmistrz, skompromitowany polityk Catello Palumbo, po wyjściu z więzienia zostaje zwerbowany przez służby, by pomóc schwytać ukrywającego się bossa Cosa Nostry – zapowiada nietuzinkowe spojrzenie na sycylijski półświatek. Twórcy oparli historię luźno na faktach (legendarny boss Matteo Messina Denaro przez prawie 30 lat pozostawał nieuchwytny) lecz jasno dają do zrozumienia, że rzeczywistość jest tu tylko punktem wyjścia. Dzięki temu Sycylia staje się niemal pełnoprawnym bohaterem filmu – piękna i tajemnicza, a jednocześnie duszna od zmowy milczenia i starych porządków, którym wciąż hołdują zarówno gangsterzy, jak i zwykli obywatele.
Choć mogłoby się wydawać, że historia polowania na mafijnego bossa będzie naszpikowana strzelaninami i pościgami, Listy sycylijskie idą pod prąd gangsterskim schematom. Zamiast kul w ruch idą… listy. Tytułowe „listy” to pizzini – karteczki przemycane w tajemnicy (choćby ukryte w rybie!), za pomocą których Catello nawiązuje korespondencję z bossem mafii, Matteo. Ta osobliwa wymiana wiadomości szybko zamienia się w intelektualną grę między dwoma przebiegłymi przeciwnikami. Ku zaskoczeniu widza, jest to gra momentami niezwykle zabawna. Film wypełnia specyficzny, sycylijski humor podszyty ironią – sceny, w których dawny polityk i poszukiwany gangster przerzucają się zawoalowanymi żartami i aluzjami, potrafią wywołać szczery uśmiech. Twórcy z finezją budują absurdalno-groteskowy ton: gdzie indziej zobaczymy mafiosa układającego puzzle w kryjówce albo bossa znudzonego życiem w ukryciu, który z braku lepszych zajęć wdaje się w epistologiczny dialog? W dodatku poboczne wątki również dostarczają humoru – choćby wątek rodziny Catella (jego nieporadny zięć czy zgorzkniała żona) wnosi element komedii obyczajowej. Ten lekko wisielczy humor odróżnia Listy sycylijskie od ponurych dramatów mafijnych; nadaje opowieści świeżości i sprawia, że oglądamy ją nie tylko z napięciem, ale i z przyjemnym rozbawieniem.
Pod zabawną otoczką kryje się jednak opowieść o rzeczach poważnych. Listy sycylijskie podejmują temat zaufania i manipulacji w świecie, gdzie lojalność bywa cenniejsza od życia. Catello nie sypnął mafii w trakcie odsiadki, dzięki czemu nadal cieszy się jej szacunkiem – i to staje się kluczowym atutem w rozgrywce z Matteo. Film skupia się na psychologicznej szermierce między bohaterami. W listach, które wymieniają, bawią się słowem, cytatami z literatury, a nawet z Biblii, testując nawzajem swoją inteligencję i intencje. Widz stopniowo odkrywa, że obu mężczyzn łączy więcej niż się wydaje – oprócz dawnej znajomości z dzieciństwa (film sugeruje nawet relację ojciec-chrzestny–chrześniak) łączy ich pewna intelektualna nić porozumienia. Matteo, który odziedziczył mafijną koronę po swoim ojcu, okazuje się nie tylko bezwzględnym przestępcą, ale i człowiekiem nękanym cieniem ojcowskich wymagań oraz własną samotnością. Ukrywając się od lat, żyje jak duch – znudzony ciągłym biegiem i ukrywaniem się, szuka w listach odskoczni od pustki dnia codziennego. Catello sprytnie to wykorzystuje, wchodząc w rolę powiernika, a zarazem sidła: obiecuje Matteo wspólne biznesy i cytuje mu klasyków, by zyskać jego zaufanie. W tle pojawiają się pytania o dziedziczenie przemocy i naturę zła – bohaterowie przywołują choćby przypowieści o „ złu pod słońcem ”, każąc widzowi zastanowić się, czy mafia to fatum wiszące nad Sycylią, przekazywane z pokolenia na pokolenie, czy może cykl, który można przerwać. Co więcej, Grassadonia i Piazza przemycają refleksję nad zmianami w samej Cosa Nostrze – patriarchalny świat mafii zaczynają podmywać silne kobiety (postaci kobiece, choć drugoplanowe, zaznaczają tu swoją obecność jako równie bezwzględne i ambitne). Ta bogata tematyka sprawia, że Listy sycylijskie oferują widzowi coś więcej niż typową sensację – to raczej gangsterska rozprawka o honorze, zdradzie i samotności, podana w rozrywkowej formie.
Tak ambitny koncept nie zadziałałby, gdyby nie aktorzy z najwyższej półki. Toni Servillo w roli Catella absolutnie nie zawodzi – jak zwykle jest doskonały, nadając swojej postaci charyzmy i szczypty ironii. Jego Catello to lis o stu twarzach: potrafi być uniżony i szarmancki, by za chwilę pokazać błysk kalkulacji w oku. Servillo fenomenalnie oddaje wewnętrzne sprzeczności bohatera – skorumpowany polityk, który próbuje odkupić winy, cynik z poczuciem humoru, a zarazem człowiek, który utracił rodzinny szacunek i chce jeszcze coś w życiu znaczyć. Elio Germano jako Matteo Messina Denaro dorównuje partnerowi, choć gra postać bardziej stonowaną. Germano nadaje mafijnemu bossowi cech niemal ludzkich – jego Matteo bywa zmęczony, zadumany, momentami nawet zaskakująco wrażliwy jak na zbrodniarza ukrywającego się przed światem. Chemia między tym duetem (mimo że w większości komunikują się na odległość) iskrzy inteligentnym dialogiem – widz czuje, że między wierszami listów tych dwóch graczy toczy się pojedynek na ego i spryt. Warto też wspomnieć o drugoplanowych rolach, które dodają kolorytu: Daniela Marra jako komisarz Rita wnosi energię i determinację stróża prawa nieustępliwie dążącego do celu, a Barbora Bobuľová w epizodzie opiekującej się bossem Lucii zaznacza się na tyle mocno, że zapada w pamięć (jej postać to przykład wspomnianej „brutalnej kobiety” przejmującej stery w mafii). Nawet epizody, jak prostoduszny zięć Catella grany przez Giuseppe Tantillo, potrafią rozbawić i ocieplić mroczny świat przedstawiony. Summa summarum – galeria postaci jest tu bogata i zagrana pierwszorzędnie, a Toni Servillo po raz kolejny udowadnia, że potrafi udźwignąć cały film swoją kreacją.
Mimo licznych zalet, Listy sycylijskie nie są filmem dla każdego. Fabuła toczy się w niespiesznym, wyważonym tempie, dalekim od dynamicznych fajerwerków kina akcji. Twórcy bardziej niż na zwroty akcji stawiają na atmosferę i dialog – co oznacza, że klasycznego napięcia czy eksplozji emocji jest tu mniej niż mogliby oczekiwać fani Ojca chrzestnego czy serialowej Gomorry. Dla niektórych widzów może to być wyzwaniem: film chwilami sprawia wrażenie rozciągniętego między dramat a komedię w dość osobliwy sposób, przez co trudno go jednoznacznie zaszufladkować. Jednak warto podkreślić, że cierpliwy widz zostanie wynagrodzony. Napięcie, choć subtelne, stopniowo narasta wraz z kolejnymi listami, by w finałowych aktach zaskoczyć emocjonalną głębią. Ziarna intrygi zasiane na początku znajdują swoje ujście, a wątki splatają się w satysfakcjonujący sposób – ale dzieje się to bez fanfar, raczej w tonacji zgodnej z resztą filmu. To kino, które odwdzięcza się tym, którzy potrafią docenić niuanse: drobne spojrzenia, półuśmiechy Servilla, znaczące pauzy w korespondencji. Jeśli ktoś nastawi się na spokojną, inteligentną rozrywkę i da się wciągnąć w rytm sycylijskiej opowieści, po seansie poczuje, że było warto.
Listy sycylijskie to dzieło wyraźnie zakorzenione w tradycji kina mafijnego, a równocześnie ją przewrotnie komentujące. Ci, którzy oczekują klimatu rodem z filmów Coppoli czy Scorsesego, mogą być zaskoczeni – u Piazzy i Grassadonii nie ma epickich strzelanin ani operowej przemocy, jest za to kameralna rozgrywka psychologiczna, bliższa Zdrajcy Marco Bellocchia czy nawet szpiegowskim grom niż Chłopcom z ferajny. Jednocześnie film zachowuje „sycylijskiego ducha” znanego z klasyków – honor, zdrada, rodzina i zmowa milczenia to wątki uniwersalne dla gatunku, tutaj ujęte w nowych ramach. Co istotne, specyficzny, czarny humor i ironia sytuacyjna zbliżają Listy sycylijskie do włoskiej tradycji commedia all’italiana, gdzie poważne tematy podawano z przymrużeniem oka. Dla polskiego widza, wychowanego choćby na serialu Ośmiornica z komisarzem Cattanim, taka mieszanka powagi i cynizmu może okazać się szczególnie atrakcyjna – w końcu dobrze znamy koncept mafii pokazanej jako wszechobecny, duszny element życia społecznego. Grassadonia i Piazza świadomie igrają z oczekiwaniami: zaczynają od hasła, że bazują na prawdziwej historii, by zaraz puścić oko do widza i zaznaczyć, że prawda służy im tylko do snucia własnej, oryginalnej opowieści. Dzięki temu film wyróżnia się na tle współczesnych kryminałów – jest świeży, odważny i jedyny w swoim rodzaju, choć jednocześnie składa hołd swoim poprzednikom.
Listy sycylijskie to pozytywne zaskoczenie i dowód na to, że w kinie gangsterskim można powiedzieć coś nowego. Antonio Piazza i Fabio Grassadonia stworzyli obraz niezwykle klimatyczny, przepełniony sycylijskim kolorytem, ironią i intelektualną iskrą, który potrafi zarówno rozbawić, jak i skłonić do refleksji. To film inny niż wszystkie w swoim gatunku – zamiast typowej mafijnej sensacji dostajemy pojedynek na słowa i emocje, zamiast trupów na ekranie otrzymujemy błyskotliwe dialogi i grę aktorską na najwyższym poziomie. Owszem, nie jest to kino perfekcyjne: bywa przegadane, momentami zbyt spokojne, a jego niezwykły miks dramatu i komedii może nie każdemu przypaść do gustu. Jednak całość broni się oryginalnością i wykonaniem. Dla widzów spragnionych inteligentnej rozrywki z dreszczykiem w tle będzie to prawdziwa gratka.
Fot.: Aurora Films





![Mądrych zawsze warto posłuchać – Shaun Usher – "Przemowy niezapomniane" [recenzja] Przemowy niezapomniane](https://www.gloskultury.pl/wp-content/uploads/2020/02/przemowy-niezapomniane-1.jpg)



![Drodzy Czytelnicy - Shaun Usher - "Listy niezapomniane" [recenzja] listy](https://www.gloskultury.pl/wp-content/uploads/2015/06/listy.jpg)

