Styczeń rzadko bywa spektakularny. To miesiąc ciszy po hałasie, powolnego rozruchu i prób złapania nowego rytmu. Jeszcze nie wszystko działa jak trzeba, jeszcze człowiek bardziej planuje, niż naprawdę działa. I może właśnie dlatego to najlepszy moment, żeby wrócić do początku. Do pierwszych kroków. Do historii, które dopiero się rodzą.
Dlatego nowe Literackie Wyzwanie 2026 otwieramy tematem szczególnym: debiutem.
Bo debiuty mają w sobie coś surowego i prawdziwego. Nie są jeszcze obudowane oczekiwaniami, nazwiskiem na okładce ani marketingową machiną. Często to czysta potrzeba opowiedzenia historii — bez kalkulacji, bez pozy. Czasem nieidealne, czasem nierówne, ale dzięki temu zaskakująco szczere. Takie książki potrafią uderzyć najmocniej, bo czuć w nich głód pisania i odwagę postawienia wszystkiego na jedną kartę.
Styczeń to więc miesiąc pierwszych razy. Pierwszych stron, pierwszych światów, pierwszych autorów, którzy dopiero mówią: „jestem, mam Wam coś do powiedzenia”.
🎯 Co w tym najciekawsze?
Moment odkrycia. Ta satysfakcja, kiedy trafiasz na nazwisko, o którym jeszcze mało kto słyszał, a czujesz, że właśnie jesteś świadkiem narodzin czegoś ważnego. Może przyszłej wielkiej kariery. A może po prostu jednej historii, która zostanie z Tobą na długo.
📢 A Wy?
Po jakie debiuty sięgacie najchętniej — głośne premiery czy raczej ciche perełki z drugiego planu?
Jest jakiś pierwszy krok autora lub autorki, który totalnie Was kiedyś zachwycił?
Dajcie znać w komentarzach. Może właśnie dzięki Wam odkryjemy czyjś nowy początek. ✨📚

Pasjonatka sztuki szeroko pojętej. Z wystawy chętnie pobiegnie do kina, zahaczy o targi książki, a w drodze powrotnej przeczyta w biegu fragment „Przekroju” czy „Magazynu Pismo”. Wielbicielka festiwali muzycznych oraz audycji radiowych, a także zagadnień naukowych, psychologii społecznej i czarnej kawy. Swoimi recenzjami, relacjami oraz poleceniami dzieli się z czytelniczkami i czytelnikami Głosu Kultury.
Trzewia – Aleksandra Paduch
Trzewia Aleksadry Paduch to zbiór impresji na temat przeszłości, stający się być może próbą zrozumienia jej roli w kształtowaniu postaci bohaterki. Wśród fragmentarycznych wspomnień najważniejszym ich elementem wydają się bliscy opowiadającej – dziadkowie, rodzice, siostra, brat, ale również zwierzęta. To obcowanie z perspektywą osoby, która wydaje się cichą i uważną obserwatorką rzeczywistości. Tytułowe trzewia przedstawia metaforycznie, opowiadając o przeżyciach i doświadczeniach, ale też namacalnie – opisując wielki brzuch dziadka, własną nadwagę i przejadanie się prowadzące do reakcji wymiotnej. Przypomina sobie lepkość flipsów i wylizywanie przez siostrę vegety wprost z opakowania. Wspomina psa Maksa, który ciężko chorował, i o którego walczyła jej mama, a także koty, którym karmę kupowała od razu po wypłacie.
To często wspomnienia nieco przykre, wywołujące współczucie wobec narratorki. “Kontrolę nad tym, co noszę, przejął ojciec. Nie lubił, ani jak ja się ubierałam, ani jak ubierała mnie mama. Za ciasno, za bardzo widać fałdy i grube uda. (…) Jeśli mój strój na niedzielny spacer, do kościoła lub na inną uroczystość nie podobał się ojcu, mówił, żebym szła dziesięć metrów za nim lub przed nim. Miałam trzymać dystans, żeby nie musiał się za mnie wstydzić, jak ten jeden raz, kiedy poszedł ze mną do ortopedy, a ja miałam podarte majtki.”
Historie własne przeplatają te dotyczące najbliższych i przeżywanych strat – zmarłego na chorobę nowotworową brata, umarłej na zapalenie płuc córki babci, ojca patrzącego na wyburzanie domu szachulcowego, w którym się urodził. To wizja spoczywającego w trumnie ciała babci z Wołynia/Reblina/Słupska i leżącego w szpitalu dziadka, wołającego o kiełbasę. Istotne okazują się również kwestie tożsamościowe i przesiedleńcze, wpływające na rodzinne losy i traumy pokoleniowe.
Prosty, zdawkowy styl opowiadania o tym, co było – prawdziwe lub wyobrażone – wydaje się obnażać tematy na co dzień poddawane przemilczeniu. Krótkie notatki ponumerowano od 100 do 1, ale nie wydają się one zgodne z porządkiem chronologicznym. Zwykle nie przekraczają objętością jednej strony książki, czasem zapełniają tylko jej ćwiartkę. Czas lektury może wynieść godzinę, ale może być dłuższy – szkicowane przez autorkę obrazy przybierają w wyobraźni czytelnika wyraźne kształty, być może splatając się z jego własną historią. Są to jednak lapidarne i pobieżne wątki, niekoncentrujące się zbytnio na życiu tej, która o nich opowiada.
Opowieść o jednej rodzinie może być opowieścią o wielu polskich rodzinach – punktami wspólnymi mogą stać się w nich nie tylko suto zastawione stoły uroczystości rodzinnych (stosy wędzonych wędlin domowych, kiełbasy z czosnkiem, ogórki kiszone), ale opowieści doświadczeń wojennych babć i dziadków. To także wycinanie postaci Spice Girls z „Popcornu”, oglądanie w kiosku „Bravo Girl” oraz pamiętanie o tym, że jedzenia marnować nie wolno. To lata dziewięćdziesiąte, w których każe się klapsami i smaruje pajdy chleba grubą warstwą margaryny.
Aleksandra Paduch w swoim debiucie literackim stara się uchwycić to, co utracone i wstydliwe, ale też naturalne i życiu nieodłączne. Czyni to rozdrapując rany i przytłaczając obserwacjami. Nie zmienia tym samym życia odbiorcy, może poza wywoływaniem w nim współczucia. Czy to wystarcza, żeby lekturę uznać za ważną? W mojej ocenie niekoniecznie. Z debiutem zapoznać się warto, mając nadzieję, że kolejne dzieła autorki pogłębią to, co okazało się powierzchowne, w pamięci zostając na dłużej.

Dusza anarchisty ściera się we mnie z romantycznym sercem. Jednego dnia rzucałbym koktajlem Mołotowa i palił rządowe pałace, innym razem wzruszam się nad twórczością klasyków literatury – Tołstoja, Steinbecka czy Remarque’a. W wolnych chwilach potrafię wyruszyć samotnie na szlak i biwakuję w ostępach przyrody. Moim marzeniem jest napisać powieść.
Światłoczułość – Jakub Jarno
Zanim znawcy polskiego rynku literackiego zawołają ”hola, hola, to wcale nie jest debiut!!” chciałbym zaznaczyć, że powieść Światłoczułość w momencie publikacji debiutem, a jakże, była. I co to był za debiut, jeden z najgłośniejszych na przestrzeni ostatnich lat! Dopiero poniewczasie okazało się, że za pseudonimem Jakuba Jarno stoi nie kto inny jak sam… Remigiusz Mróz. To, na ile marketingowy sukces powieści złożył się talent pana Remigiusza, a na ile kontakty i pompa wydawnictwa, pozostawię bez odpowiedzi. W skrócie – nie wiem, ale się domyślam.
Tak w skrócie: Światłoczułość przedstawia historię młodego chłopca, Witka, rzuconego w niszczycielski wir II Wojny Światowej. Pewnego dnia przez jego wioskę przetacza się front, równając z ziemią jego wioskę, a wraz z nią najbliższych mu ludzi. Nawiązuje znajomość z tajemniczą dziewczynką, Żerką, a ich losy zostaną nierozerwalnie splecione, choć paradoksalnie – zerwane szybko i bezlitośnie. Witold znajduje schronienie u państwa Szczombrowskich, a ci szybko zaczynają traktować go jak przyszywanego syna. Koszmar wojny jednak trwa, a tragiczne los nie szczędzi cierpień młodemu chłopcu. Witold po krótkim okresie względnego musi dalej uciekać, aby przetrwać. Żerka próbuje odnaleźć swojego przyjaciela za pomocą sentymentalnych listów, pracując na wojskowej stołówce dla okupantów. Życie Witka jest jednak druzgocące – doświadczy on większości koszmarów wojny, zarówno ze strony wrogich żołnierzy, jak i własnych współobywateli. Nie zapomina jednak o swej niezwykłej przyjaciółce i nie traci nadziei na to, że los połączy ich ponownie.
Czytając Światłoczułość miałem mocne skojarzenia z Wiesławem Myśliwskim oraz Jakubem Małeckim. Remi… echem, Jakub Jarno celnie rzuca przemyśleniami, które potrafią ująć wiele uczuć i emocji kłębiących się w człowieku za pomocą kilku słów. Mimo wszystko do wyżej wymienionych autorów jeszcze trochę brakuje, bowiem miejscami książka jest nieco infantylna, zdecydowanie jednak jest w niej więcej momentów chwytających za serducho. Dość powiedzieć, że była to pierwsza powieść od dawna, która sprawiła, że uroniłem ukradkiem łzę, a uwierzcie mi – w mojej czytelniczej karierze na palcach jednej ręki mogę policzyć momenty, kiedy powieść wydarła ze mnie resztki człowieczeństwa.
Ps. No i ma najpiękniejszą okładkę, jaką widziałem od bardzo dawna.







