Lucyfer

Lucyfer ma twarz Davida Bowiego – Dan Watters, Max i Sebastian Fiumara – „Lucyfer. Diabelska komedia” [recenzja]

Lucyfer. Diabelska komedia tom 1, Dana Wattersa, braci Fiumara i Dava McCaiga, to komiksowa wizja świata przesiąkniętego magią. Czarną magią. Wizja olśniewająca wizualnie i literacko. To również opowieść o mitotwórczej sile słowa. O tym, że przypowieści, ludowe podania i baśnie, są fundamentami, na których zbudowano kulturę Zachodu. Przewodnikami w tej fascynującej opowieści są mistrzowie słowa. Lucyfer, nazywany królem kłamców, nawiedzony i przeklęty William Blake, Edgar Allan Poe i sam William Szekspir, którego Burza jest kanwą tej komiksowej opowieści o upadku i ponownym powstaniu Gwiazdy Zarannej.

Historia opowiedziana w komiksie, pozornie jest zagmatwana, skaczemy po trzech planach czasoprzestrzennych. Raz twórcy zabierają nas w legendarno-mityczną, opiewaną w pieśniach przeszłość, to znów przenosimy się w odpychającą, brudną teraźniejszość. Odwiedzimy też dziwne miejsce, coś na kształt ordynarnego czyśćca, w którym wylądował Lucyfer po swoim ponownym upadku.

Każda z tych przestrzeni utrzymana jest w innej tonacji barw. Myśli, słowa i uczynki bohaterów nabierają sensu i ciężaru stopniowo, w miarę jak przed czytelnikiem odsłaniają się kolejne karty. Pozornie poplątana historia krystalizuje w finale, gdzie zbiegają się wszystkie wątki.

Właśnie dlatego warto przeczytać komiks dwa razy. Żeby poskładać poplątane wątki i cieszyć się fabułą, która aż pęka od kontekstów, inspiracji, nawiązań, składających się na wizualno-literacką ucztę. To historia, którą trzeba smakować, a nie połykać naprędce.

Czarno-magiczny świat

Świat „realny” to złe i niefajne miejsce, w którym na każdym niemal kroku na zbłąkane duszyczki czekają liczne pokusy i pułapki. To miejsce, w którym można dostać w spadku guza mózgu albo zdolność czynienia magii. Gdzie wszystko ma swoją cenę, a bóg zasadniczo jest nieobecny. No chyba, że ktoś ośmieli się dokonać cudu, czyli w boskiej interpretacji, bluźnierstwa. Wtedy wysyła na miejsce wyposażone w ogniste miecze, anioły.

Ten zły świat, skąpany jest w lodowatych i brudnych barwach. Jest brzydki, bezlitosny i odpychający. Oglądamy go wyłącznie z perspektywy szpitalnej sali, zapuszczonego motelu albo nawiedzonej rudery. W tej odstręczającej scenerii toczy się nieustanna walka o życie i duszę. Toczą ją złamani, przegrani, nieszczęśliwi ludzie. To świat realny, w który czasem wkraczają siły nadprzyrodzone w postaci wysłanników piekła. Poukrywane w ludzkich postaciach demony, paradoksalnie wprowadzają nieco życia do tego dogorywającego razem z Johnem Deckerem, zatęchłego i marnego świata. Decker to detektyw, który słyszy głosy i widzi demony. A usiłując uporać się z osobistą traumą, wplątuje się w piekielną aferę.

David Bowie niesie światło

A sam Lucyfer? Ma wiele twarzy. Lucyfer w posępnej teraźniejszości jest eleganckim i arogancko pewnym siebie dandysem, o twarzy Davida Bowiego. Jest dystyngowany i wyrafinowany. Zasadniczo zajmuje się tym, czym zwykle. Czyli wodzeniem na pokuszenie śmiertelników i obnażaniem ich słabości. Przeżywa też jednak coś na kształt konfrontacji ze swoim synem Calibanem. Która jest pokracznym odbiciem nieustannego konfliktu, jaki toczy ze swoim ojcem, nazywanym Stworzycielem. Spór, jak wszystkie w tej na wskroś literackiej opowieści, jest natury egzystencjalno-fundamentalnej. Dotyczy figury matki. Zresztą wszystkie postacie tego metafizycznego dramatu – niech Was nie zwiedzie komiksowa forma – to archetypiczne figury.

W innych planach czasoprzestrzennych Lucyfer przybiera kolejne oblicza. W trawionej zarazą Europie przywdziewa zbroję i nosi maskę czerwonego moru. Słusznie kojarząc się z twórczością Edgara Allana Poego. Jawi się też jako obrońca czarownic w epoce płonących stosów. Lub okazuje jako postać wprost z rycin Williama Blake’a, w którego los też, co oczywiste, szpetnie się wmieszał. Rycin profetycznych, jak się dowiemy.

Piekło Lucyfera

Najciekawsze oblicze ma jednak Lucyfer wygnany. Zgnębiony, zramolały, bo wygląda jak lump. Nie chce jeść owsianki, biadoli nad swoim losem i z nudów obcina sobie place. Skazany na towarzystwo duszyczek, które ongiś zawarły z nim pakt. Jak choćby Robert Johnson czy Chytry Jack z irlandzkiego folkloru. Teraz żałują konszachtów z diabłem, urządzając Pierwszemu z potępionych, dosłownie piekło na ziemi. Zmuszony do ciągłego przeżywania tego samego scenariusza, usiłuje dosłownie dokopać się do prawdy o przyczynach swojego zesłania i upadku. I ma okazję zakosztować „rozkoszy“ człowieczeństwa.

Opowieść gotycka

Lucyfer. Diabelska komedia to komiks niezwykły. Pod względem artystycznym – wybitny. Rysunki autorstwa bliźniaków Maxa i Sebastiana Fiumara, wypełnione kolorami Dave McCage, są fenomenalne. Dopracowana, artystyczna kreska, idealnie współgra z nastrojem opowieści. Kiedy trzeba jest mroczna. Kiedy trzeba komponuje się z przewrotnym czarnym humorem. Gdy historia nabiera ciężaru metafory – rysunki ociekają barokowym przepychem, stają się wręcz bombastyczne. Natomiast w momentach, w których scenariusz zbacza w rejony opowieści gotyckiej, również kreska nabiera strzelistości i elegancji.

Nastrój jest idealnie wyważony. Jest mrocznie, duszno i przytłaczająco. By za moment opowieść stała się poetycka i niemal wzruszająca. To znów rozbrajająco zabawna. To gatunkowy kogel-mogel. Pod płaszczykiem horroru i czarnej komedii, kryje się metafizyczny dramat dotykający tych samych kwestii, które nurtowały Blake’a, Szekspira czy Edgara Allan Poego.

Wszyscy ci „artyści przeklęci” nie bez przyczyny pojawiają się na kartach opowieści. Bądź we własnej osobie, bądź w ramach literackich nawiązań. Zresztą kapitalnie wypadają rozbudowane historie postaci wziętych z folkloru, jak Chytry Jack, mitycznych – Sycorax, literackich – książę Prospero, Caliban czy autentycznych, jak rzeczony William Blake.

Diabelska komedia przekonuje, że za najbardziej ekscytującymi tekstami kultury stoi Książę Ciemności, który kreowany jest, zresztą nie od dziś, na prawdziwego mecenasa sztuk pięknych. Wielu obiecujących artystów nie wybiłoby się bez jego łaskawej pomocy. Prawdziwy dobroczyńca. Wobec tak ważkich okoliczności, traci na znaczeniu opinia, że wszystko to wina Lucyferawiele osób jest na niego bardzo złych.

Lucyfer. Diabelska komedia to opowieść przewrotna i piękna. Zaskakująca, niebanalna i zachwycająca. Surrealistyczna, absurdalna i przejmująca. Godnie rozwijająca gaimanowskie uniwersum Sandmana, z którego się wywodzi, lecz z własnym stylem i charakterem. Zakończenie, na szczęście sugeruje, że Książę Piekieł nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a ciąg dalszy diabelskiej komedii  jest tylko kwestią czasu.

Fot. Egmont


Przeczytaj także:

Recenzja komiksu Judasz

Recenzja serialu Devs

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.