Audiobooki,Recenzje

MacGyver na Marsie – Andy Weir – “Marsjanin” [recenzja]

Marsjanin to powieść, o której jest głośno od ponad roku. Przeważnie bardzo sceptycznie podchodzę do tytułów, które są tak bardzo rozdmuchane, w większości przypadków sięgam jednak po nie, głównie po to, by sprawdzić, o co tyle szumu i żeby sukcesywnie zmniejszać swoją nieufność. Dlatego też zabrałem się w końcu za dzieło Andy’ego Weira. W końcu tylu zadowolonych czytelników nie może się mylić, prawda? Tym razem intuicja mnie nie zawiodła i dziś stwierdzam, że lepiej było tej historii nie poznawać, bowiem w Marsjaninie za największy plus uważam Jacka Rozenka, który czytał audiobooka.

Zacznę od tego, że nie jest to powieść zła. Co to, to nie. Tyle tylko, że w moim przekonaniu jest to najzwyklejszy przeciętniak, który absolutnie nie zasługuje na taki rozgłos. O tym, dlaczego tak uważam, postaram się zaraz napisać. Najpierw kilka słów o fabule: Misja Ares 3 składająca się z sześciu astronautów została wysłana na planetę Mars, celem jej eksploracji oraz zebrania danych naukowych. Niestety po kilku solach (odpowiednik Ziemskich dni) w okolicy Haba (stacja na Marsie służąca członkom ekspedycji za główną kwaterę oraz miejsce do spania) oraz MAVa (statku, dzięki któremu Ekipa Aresa 3 może wydostać się z Marsa na statek Hermes, znajdujący się na orbicie czerwonej planety, który to z kolei przetransportuje załogę z powrotem na Ziemię) rozpętała się burza piaskowa, której prędkość była tak wysoka, że groziła przewróceniem MAVa, dlatego też NASA nakazało natychmiastowe przerwanie misji i powrót z Haba do MAVa, a następnie opuszczenie planety Mars. W  trakcie przejścia jeden z członków załogi – Mark Watney – oberwał odłamkiem anteny, która zraniła go, przebijając mu skafander, a utrata przytomności pozwoliła podmuchom wiatru zmieść bezwładnego kosmonautę daleko poza zasięg widzenia pozostałych pięciu członków Aresa 3. Zdezorientowani oraz zmuszeni do szybkiej ewakuacji planety koledzy Marka po kilkunastu próbach nawiązania kontaktu podjęli decyzję, której nie chcieli podejmować. Przekonani o jego śmierci, polecieli do Hermesa, skąd zaczęli kierować się w stronę Ziemi. Nie wiedzieli, że Mark żyje…

Podczas lektury Marsjanina do samego końca zastanawiałem się, gdzie też jest ten przerażający survival horror, o którym wiele osób wspomina w swoich recenzjach oraz opiniach. Będę w zdecydowanej mniejszości, ale w powieści Weira momentami wieje nudą. Ale po kolei. Głównym problemem tej niezwykle popularnej powieści jest jej skrajna „amerykańskość” rodem z blockbusterowych produkcji o superbohaterach. Bardzo szybko możemy się zorientować, że o poważnym science-fiction nie może być w tym przypadku mowy. To – z przykrością muszę stwierdzić – bardzo przeciętnie napisana rozrywka dla mas, która przede wszystkim skupia się na próbach rozśmieszenia czytelnika oraz utrzymaniu go w ciągłym napięciu przez liczne – przez co mało wiarygodne – zwroty akcji, które raz za razem sprzysięgają się, żeby utrudnić i tak już wystawione na olbrzymią próbę życie astronauty.

Andy Weir zastosował w Marsjaninie w głównej mierze narrację pierwszoosobową, w której to za pomocą wpisów do dziennika Mark Watney zaraz po przebudzeniu na Marsie podejmuje się licznych prób przetrwania na obcej człowiekowi planecie. I tu dochodzi kolejny problem, mianowicie kompletnie niewiarygodny główny bohater. Mark jest człowiekiem doprawdy dziwnym i chętnie spotkałbym takiego świra na swojej drodze, bo ten z pewnością zaraziłby mnie swoim niepoprawnym optymizmem oraz przekonaniem, że nic go zabić nie może. Wyszkolony przez NASA kosmonauta, to specjalista w sprawach botaniki oraz inżynierii, który swoim głupkowatym zachowaniem przypomina chcącego zaimponować kolegom ucznia liceum, a nie człowieka wyselekcjonowanego przez agencję rządu Stanów Zjednoczonych. Przymykałem jednak na te irytujące cechy oko, bowiem wiem, że większości ten zabieg się podoba. To, czego jednak nie mogę puścić płazem, to wszystkie działania, jakich podjął się przez swój niemal 18-miesięczny pobyt na czerwonej planecie Mark Watney. Otóż, nasz bohater od momentu przebudzenia zdaje sobie sprawę, w jak beznadziejnym położeniu się znalazł. Szybko opatrzył swoje rany i pierwsze, co uczynił, to orientacja w sprawach bieżących. Problem w tym, że Mark Watney nie odczuwa żadnych emocji. Od początku do końca jest człowiekiem, który zachowaniem przypomina robota zorientowanego na zadanie, jakim jest przetrwanie. W ciągu niemal 600 soli spędzonych na Marsie nie zdarzył mu się jeden sol, w którym zebrałby się na odruch niezwiązany z fizyczną stroną swojego człowieczeństwa. Rzucający dowcipem, tryskający sarkastycznym humorem oraz autoironią bohater nie ma nawet jednej chwili załamania, gorszego humoru, zawahania czy też obaw o swoją przyszłość. Nie przejmuje go również samotność oraz prawdopodobieństwo, że nigdy nie wydostanie się z tej planety. Jest za to świetny w uprawie ziemniaków i wszelkich naprawach oraz modyfikacjach sprzętu, którym dysponuje. Nieuchronnie kojarzy się to z MacGyverem, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. To przykre, bo moim zdaniem kładzie całą powieść na łopatki. Skoro nasz bohater niczym się nie przejmuje, to dlaczego my mamy drżeć o jego los i czuć jakiekolwiek przytłoczenie? Brak wody? Jest odzyskiwacz. Brak jedzenia? Są zapasy oraz uprawa ziemniaków. Problemy z ogrzewaniem podczas podróży łazikiem? Jest silnie radioaktywne ustrojstwo, które rozwiązuje problem termiczny. A co robi Mark Watney w wolnych chwilach? Ogląda przekrój seriali oraz filmów z lat 70. XX wieku oraz zażywa kąpieli. Jego jedyny problem to ból pleców spowodowany nadwyrężeniem kręgosłupa. Wszystkie te zachowania sprawiają, że nie dość, że nie potrafimy się wczuć w kłopoty Marka, to jeszcze po jakimś czasie jego perypetie zwyczajnie zaczynają nużyć, a kibicować mu nie można, bo i tak z góry wiadomo, że żadna krzywda go nie spotka. Ja wiem, że Marsjanin to pozycja czysto rozrywkowa, i nie ma się co doszukiwać poziomu Stanisława Lema, ale jeśli kogoś tak kiepsko skonstruowany główny bohater zadowala, to przeraża mnie niski próg wymagań czytelników.

W rozmowie z przyjacielem, który miał okazję czytać Marsjanina długo przede mną, rzuciłem – będąc na etapie 1/3 powieści – że znam zakończenie. Kiedy jakimś cudem dzielnie dotrwałem do końca, uśmiechnąłem się lekko, bo stało się właśnie tak, jak mówiłem, tyle tylko, że Andy Weir wymyślił pomysł iście MacGyverowski, którego nie przewidziałem. Nie będę się spierać, czy takie rozwiązanie jest możliwe, czy nie, bo się na tym nie znam. W każdym razie cichutko liczyłem, że może jednak finał podniesie nieco ocenę, a autor odważy się na nieprzewidywalność. Niestety, nie odważył się.

Paradoksalnie, najlepsze momenty Marsjanina to te, w których nie ma Marka Watneya. Sceny przybliżające sylwetki pozostałych członków załogi Aresa 3 oraz zmagania na Ziemi dodawały oddechu fabule, która momentami dławiła się wydarzeniami na Marsie. A za najlepszą scenę uznaję tę, w której wszyscy kosmonauci znajdujący się w Hermesie łączą się ze swoimi najbliższymi, żeby móc pożegnać się w razie niepowodzenia misji. Coś pięknego i szczerze żałuję, że nie było więcej scen w tym stylu.

Za realizację powieści Marsjanin, wydanej przez wydawnictwo Akurat odpowiada Audioteka.pl, która nie wiem już który raz zasługuje na pochwały z mojej strony. Myślę, że nie mam się co na siłę rozpisywać – wykonanie stoi na światowym poziomie, a Jacek Rozenek sprawił, że cały czas, mimo irytującej treści, brnąłem dalej aż do finału tej opowieści. Jego interpretacja i zabawa głosem pozwoliła mi cieszyć się odbiorem w tych fragmentach, które były więcej niż przyzwoite, oraz w scenach, w których miałem serdecznie dość Marka Watneya. W dalszym ciągu uważam pana Rozenka za jednego z najlepszych interpretatorów książek w wersji audio w naszym kraju i mam nadzieję, że znajdzie czas, by czytać kolejne powieści sygnowane logo Audioteki.

Doprowadzając swój wywód do końca, stwierdzam, że Marsjanin sprawdzi się idealnie jako pozycja dla osób nastawionych na prostą i miejscami emocjonującą rozrywkę, które przymkną oczy na fabularne nieścisłości i skupią się na humorze. Przez swoją prostotę oraz liczne uproszczenia to również niezwykle przystępna pozycja science fiction dla tych, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z tym gatunkiem. Andy Weir postanowił napisać książkę, która będzie napisana prostym językiem, łatwa w odbiorze i zdecydowanie wycelowana w standardy Hollywood, co zresztą znalazło potwierdzenie w powstałej niedawno ekranizacji z Mattem Damonem w roli głównej. Nie mogę jednak powiedzieć, bym był zadowolony z lektury Marsjanina, bowiem ani na moment nie poczułem klimatu tej powieści, a o jakimkolwiek zaskoczeniu bądź napięciu nie ma mowy i szczerze mówiąc – dla mnie jest to obecnie kandydat numer 1 do literackiego zawodu roku, choć – jak kilka razy zaznaczyłem – wiem, że jestem w swojej opinii w mniejszości i absolutnie nie zamierzam nikogo zniechęcać do lektury.

audioteka claim PL reserved black

Fot.: Audioteka. pl

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel serwisu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Specjalizuje się w literaturze (poza tradycyjną formą słucha audiobooków), kinematografii oraz w serialach telewizyjnych. Nie pogardzi dobrą muzyką, grami komputerowymi oraz wszelkiego rodzaju grami planszowymi. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub czarnepioro@gmail.com