Książki,Recenzje

O tym, co może zrobić z człowiekiem książka nie na temat – Jane Goodall, Gail Hudson – „Mądrość i cuda świata roślin” [recenzja]

mądrośc i cuda świata roślin
mądrośc i cuda świata roślin

Lektura  książki Mądrość i cuda świata roślin miała być eksperymentem. Przebrnąć pięćset stron tekstu pozbawionego akcji – uda się, czy nie uda się? Udało się, choć trwało to miesiącami. Książka współautorstwa słynnej badaczki szympansów – Jane Goodall – jest jak magnes. Przyciąga i odpycha jednocześnie. I może pozostawić po sobie takie piętno, że aż strach ją polecić.

Mądrość i cuda świata roślin podzielono na rozdziałów: „Miłość do natury”, „Łowcy, zbieracze i ogrodnicy”. „Pożytki i szkody” oraz „Rozwiązania na przyszłość”. W pierwszej części Jane Goodall bardzo hojnie dzieli się wspaniałymi ciekawostkami ze świata roślin. Wiedzieliście, że drzewa mają własny system powiadamiania o zagrożeniach? Albo że istnieją świetnie zabezpieczone miejsca, gdzie przechowuje się nasiona? W przypadku ekologicznej globalnej katastrofy, to dzięki nim będzie można odtworzyć ziemską roślinność. Na pewno nie mieliście też pojęcia, że dziwadło olbrzymie wydziela trupi zapach zepsutego mięsa. Ani że już w epoce brązu wkładano zmarłym wiązówkę błotną w miejsce pochówku. Sposób podawania wiedzy sprawia, że fascynacja autorki udziela się czytelnikowi. Oczywiście, jest ALE.

Mądrość roślin VS głupota człowieka

Już w pierwszej części podprogowy przekaz Mądrości i cudów… jest taki, że człowiek wcale nie jest najlepszą istotą na ziemi. A wręcz w swoim braku odpowiedzialności za przyrodę i przyszłe pokolenia – plasuje się gdzieś na szarym końcu. Dalej, w kolejnych rozdziałach, ten przekaz z podprogowego staje się w moim odczuciu coraz bardziej dobitny.

Tytułowa Mądrość i cuda świata roślin z kolei przyjmuje retorykę mądrości i głupoty człowieka wobec natury. I tutaj czytelnik może poczuć się oszukany, bo wbrew logice i tytułowi, pozostałe rozdziały są o ludziach. Z wyraźnym podziałem na wielu głupich i nielicznych mądrych. Nie wszystkim ta konwencja będzie odpowiadać – spodziewam się, że tutaj spora część czytelników odłoży książkę, by powrócić do niej w tak zwane święte nigdy. Ja oczywiście w ramach eksperymentu kontynuowałam lekturę. Nabrałam wręcz czytelniczego rozpędu przy szkicach postaci, które ryzykując życie, zbierały nieznane do tej pory okazy roślinne i ich nasiona. W dalszych rozdziałach zawarto także sylwetki działaczy, miłośników przyrody, obrońców drzew, ekologów i wszystkich tych, którzy roślinom i naturze podporządkowali swoje życie.

Elita wojowników o przyrodę

Jane Goodall przedstawia swoich przyjaciół z różnych stron świata, prezentując ich zasługi dla flory, fauny i przyszłych pokoleń. Opowiada o organizacjach, które wdrożyły dobre praktyki proekologiczne, oraz o tych złych firmach, które szkodzą środowisku. Pokazuje siłę ekologów, miłośników roślin, botaników, ogrodników i naukowców badających roślinność i przyjazne planecie rozwiązania.

I choć maniera ta jest odrobinę denerwująca, uległam magii oddziaływania tych „mądrych ludzi”, którzy są świadomi tego, że w konsumpcyjnym pędzie ludzkość szkodzi sama sobie. Zwłaszcza że widząc problem, nie pozostają bierni. Zwykli śmiertelnicy najczęściej też widzą zależność między czystym otoczeniem a zdrowiem fizycznym i psychicznym, jednak w toku codziennych spraw to nie jest dla nich żaden priorytet. Tymczasem ci „przyjaciele fauny i flory” nie pozwalają wycinać lasów, sprzeciwiają się GMO, starają się nie napędzać machiny produkcji mięsa… Sadzą, sieją, doglądają. Dbają o to, by ich życie miało jak najmniejszą szkodliwość dla planety. I wiecie co? Można nawet przymknąć oko na te jawnie propagandowe cele książki. Idea w końcu jest bardzo słuszna.

Inna perspektywa

Jane Goodall pomaga spojrzeć na tematykę roślin z zupełnie innej, nieeuropejskiej perspektywy. Pokazuje, że są miejsca na ziemi, gdzie wciąż z pokolenia na pokolenie przekazuje się wiedzę na temat leczniczych właściwości roślin. Traktuje się je z ogromnym szacunkiem. Zielarz, zrywając owoc, kwiat, liść, który wykorzysta do leczenia, składa konkretnej roślinie podziękowania za to, że może jej użyć do własnych celów (dla porównania, w innych rejonach świata zupełnie bezrefleksyjnie korzysta się z naturalnych dóbr, przeliczając ich wartość wyłącznie na pieniądz i nie uwzględniając kosztów, jakie poniosą przyszłe pokolenia). Smutne jest też to, że ci ludowi mędrcy, zielarze i szamani teoretycznie wiedzą, jaką rośliną uleczyć przypadłość, ale ona już przestaje występować w najbliższej okolicy. Mało tego, przestaje w ogóle występować w przyrodzie, wskutek zanieczyszczeń i niewłaściwego gospodarowania przestrzenią.

Słowem podsumowania                        

Nie bardzo wiem, jak duża była w powstawaniu tej książki rola drugiej współautorki, Gail Hudson. Może dlatego treść jest tak pełna sprzeczności. Z jednej strony wspaniałe ciekawostki, z drugiej autopromocja działań Jane Goodall i mnóstwo jej osobistych wspomnień, z trzeciej misja ratowania planety, z czwartej niepasujący do konwencji wykaz roślin szkodliwych dla człowieka. Może chodziło o zapewnienie czytelnikowi możliwie największych emocji pomimo braku fabuły? Pięknym ukłonem w stronę środowiska jest fakt, że książkę wydano z papieru makulaturowego (brawo, wydawnictwo Marginesy!). Miło jest wiedzieć, że dla książki o ważnej roli drzew nie ścięto żadnego z nich.

Żeby być w pełni uczciwą, muszę przyznać, że po lekturze Mądrości i cudów… staram się produkować mniej śmieci, wybierać mniej szkodliwe dla środowiska rozwiązania, a nawet ograniczyłam jedzenie mięsa. Ja – ta, której rytuałem był kabanosek do kawy. Dlatego – naprawdę nie wiem, czy polecić tę pozycję.

Odpowiadając na pytanie, co może zrobić z człowiekiem książka nie na temat… Oj! Może go zmanipulować, zwerbować do ekosekty i zniechęcić do golonki i hamburgerów. Dramat.

Fot.: Wydawnictwo Marginesy

Próbuje z różnym skutkiem zapracować na swoje nazwisko. Póki co, traktuje je jak przewrotny żart. Umie czytać i pisać. Z rachowaniem gorzej.