nie wiesz nic

Plagi świata – Marcel Moss – „Nie wiesz nic” [recenzja]

Dwa słowa: Marcel Moss. Autor znany, choć nie z imienia i nazwiska, gdyż Mr. Moss to tylko pseudonim. Przyznam, że jest to dla mnie ogromna ciekawostka, iż tożsamość autora jest trzymana w tajemnicy, tym bardziej w odniesieniu do jego książek. Nie wiesz nic to moja pierwsza styczność z twórczością autora (oczywiście odsyłam do Mrocznej Serii, czyli podgrupy wydawnictwa oraz do samego cyklu, którego książka jest częścią: Liceum Freuda). Muszę przyznać, że jako recenzent nieźle nawaliłam: dana pozycja jest już (aż!) trzecią częścią cyklu. Czy to bardzo utrudniało przyswojenie publikacji Nie wiesz nic? Czy książka była przez to mniej ciekawa i czy straciłam czas? Nie, nie i jeszcze raz: nie.

Fabuła skupia się po kolei na każdej osobie z pewnej grupy nastolatków lub po prostu znajomych. Ich historie są rozgraniczane kolejnymi rozdziałami i nierzadko obfitują w naiwne próby polegające na udawaniu, że nic takiego się w ich życiu nie zadziało, że wszystko jest w porządku. Przychodzi im jednak rozliczać się z przeszłości, która to rozwiera dziurę w ich teraźniejszym życiu, coraz większą, coraz bardziej przerażającą. Każda osoba mierzy się z własnymi, demonami – każdy z osobna ma swój własny, odpowiadający jego postaci problem, który zatruwa życie i nie pozwala cieszyć się chwilami młodości. A jaka ta młodość powinna być? Obfita w błogość i radość, o którą tutaj daleko. Ale czyż nie taka jest obecnie rzeczywistość nastolatków w Polsce? Nie wiesz nic to tytuł kierujący się dwiema zasadami. Po pierwsze: tak naprawdę nikt nie wie, kiedy jego świat spłonie zaraz niczym zapałka. Po drugie (tu posłużę się cytatem): W naszych czasach wyrazem najwyższej odwagi jest bycie sobą.

Książka jest obfita w wątki, które z czasem ładnie się splatają. Od samego początku trzyma czytelnika w napięciu i wręcz nie pozwala się odłożyć. Pomimo że niektóre sytuacje w moim odczuciu zbudowane są nieco na siłę, to i tak wciągnęłam się „na maksa” i często czytałam w późnych porach nocnych. Klimat jest ciężki i nawet najbardziej codzienne sprawy okraszone są mniejszą bądź większą dawką szoku. Postaci były tak dobrze skonstruowane, że dało się wczuć w sytuację każdej z nich i drążyć w głowie właściwy danej osobie problem.

Bardzo podobał mi się zamysł stworzenia postaci pobocznej, konkretnie Pani Eli. Jest to bohaterka niezmiernie intrygująca – naprawdę niezły what the hell… Pozwolę sobie powiedzieć, że bardzo ładnie pokazano walkę ze swoimi demonami (spojler średni – i tak się przed lekturą nie domyślicie, o co chodzi).

Wspomniałam o klarowności bohaterów, teraz odniosę się jeszcze do konstrukcji książki –  jest logiczna, bezbłędna, a tekst czysty, język natomiast ławy w odbiorze. Prolog jako wprowadzenie do akcji mówi o sytuacji, która zaistnieje tydzień później. To niesamowite, ile wydarzy się przez te parę dni. Chwała za to.

Jeśli chodzi o wady, również jest ich kilka. Czytając, miałam wrażenie, że autor ma dużo pomysłów i koniecznie chce je wpleść w tę jedną książkę. Było zaskakująco, było wręcz szokująco, było napięcie… Ale spokojnie dałoby się to rozbić. To oczywiste, że Marcel Moss pragnie ująć w swoich książkach jak najwięcej problemów, z którymi obecnie styka się społeczeństwo (ta książka jest idealnym przykładem), ale tutaj wyszło to zbyt na siłę. Kolejna kwestia to monologi wewnętrzne bohaterów. Jak na tak poważne tematy brakowało mi w nich jakiegoś większego rozmachu, jakieś wręcz psychozy w głowach. Raz było wow!, innym razem po prostu rozczarowanie, jak wielką płycizną pochwaliła się dana postać. Zauważyłam również, że jako mężczyzna, autor niekoniecznie dobrze wczuwa się w uczucia kobiece. Stanowczo lepiej wypada psychika męskich bohaterów. Przykładem może być sytuacja gwałtu, szeroko, choć płytko przywoływana. Wydaje mi się, że powinna ona być wspominana, coż… Gwałtowniej.

Bardzo rozczarowała mnie fabuła w wątku końcowym, poświęconym postaci Wiki. Mianowicie – zaginął człowiek. Szuka go policja, szukają go prywatni detektywi, wszczęto śledztwo, dowody są słabe, aczkolwiek istnieją i… Nagle temat urwany – poważnie? Nawet jeśli wątek zostanie pociągnięty (a domyślam, że owszem), to jednak te parę zdań o zakończeniu śledztwa totalnie mi tutaj nie pasuje. Można było tę postać już zostawić, zamiast na siłę dopychać informacje, co u niej się zadziało.

Co do samego zaś zakończenia książki, które miało szokować, wprawić w osłupienie, być największym chyba przełomem, to muszę powiedzieć, że coś tu jest nie tak. Niby to logiczne, ale jakoś za dużo wszystkiego. Nie zmieścimy wątków całego zepsutego świata w zaledwie czterystu stronach, nie zrobimy tego też przy nawet dziesięciu podobnych książkach. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że chętnie sięgnę po więcej i może nawet nadrobię całą serię: poczynając od tomów poprzednich po najnowsze z serii.

Książka bardzo wyraźnie pokazuje, że dziewiętnaście lat to za mało, by mierzyć się z życiem w pojedynkę oraz że to stanowczo za mało, aby umierać, czy też tej śmierci pragnąć. Rozumiem to jako swoisty apel do nastolatków, w związku z informacją na okładce książki, iż: Polska jest dzisiaj na drugim miejscu w Europie pod względem samobójstw nieletnich. Nastolatki niczym niedźwiedzie w klatkach chodzą po świecie jak po nieznanym gruncie, chronią się za szczeblami tej klatki i boją wyjść do świata, w obawie przed ujawnieniem mu swoich sekretów. Nie można być gorszym.

Teraz rozumiem, że popełniłem błąd, sądząc, że na pewno mam jakąś przyszłość. Powinienem był doceniać każdy dzień, bo nigdy nie wiadomo, czy nie będzie on ostatnim.

Odwaga nie zawsze popłaca, czasem przynosi tylko cierpienie.

Cierpienie, którego nastolatki i młodzi ludzie mają aż nadto.

Pozycja Marcela Mossa jest idealnym przykładem problemów nastoletnich, które chcą rozwiązać na własnych warunkach, ale niekoniecznie im się to udaje. Powinni oni sięgnąć po pomoc, bardziej ufać najbliższym (poczynając od swojej rodziny). Przede wszystkim przeraża mnie, jak bardzo potężną bronią jest… Internet. Właśnie Internet. Przypadkowe znajomości. Głupie wypady i skutki, nad którymi można płakać długie lata.

Książka może być także przestrogą dla rodziców, aby baczniej obserwowali swoje dzieci, poświęcali im więcej czasu i żyli rodzinnie, w zaufaniu i miłości. Sytuacje, o których czytamy, równie dobrze mogłyby mieć miejsce w pierwszej lepszej szkole. Niby typowe nastolatki, problemy niby znane, ale z jakimś takim świeżym spojrzeniem. Stres, nerwy i napięcie roją życie, które w rzeczywistości nie istnieje. Często my sami tworzymy sobie jakiś odrębny świat w naszych głowach, który trzyma nas niczym klatka. Jak z niego wyjść? Z pomocą innych ludzi. Dajmy się otworzyć i dajmy sobie żyć. Problemy, które widzimy w książce, są poważne, ale niektóre z nich to też „dramy”, które dorośli załatwiliby na pstryknięcie.

(…) nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Powiedz… inaczej nie będę umiała ci pomóc.

Ostatni cytat stanowi bardzo uniwersalne przesłanie do każdego problemu na świecie, jaki tylko istnieje. Prośmy o pomoc, gdy tego potrzebujemy. Nie zamykajmy się.

Dzisiejszy świat to dla nastolatków walka z własną tożsamością, bliznami na duszy i trwogą w sercu. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze chęć dostosowania się do innych, brak odwagi i asertywności, a przy tym brak zaufania do samego siebie. Nie zapominajmy także o rywalizacji pomiędzy młodymi ludźmi, walce o akceptację, popularność i „lajki”.

Okładka książki przedstawia porzucony w lesie zakrwawiony plecak. Jest on silnie skorelowany z fabułą książki, szczególnie z jednym z bohaterów. Nie podoba mi się jedynie krew, która jest po prostu naklejona na plecak. Oczywiście jest to zabieg celowy. Krew miała się wyróżniać i skupiać na sobie uwagę, ale lepiej byłoby, gdyby plecak faktycznie nią pochlapać. Zastanawiając się nad tym głębiej, można wysnuwać wnioski, że las nawiązuje nie tylko do pewnych fragmentów fabuły, ale też błądzenia nastolatków w swoim życiu. Cóż więcej można powiedzieć? Plus dla wydawnictwa za zachowanie estetyki i oddanie klimatu książki.

Książkę oceniam ostatecznie jako dobrą, myślę, że w przyszłości sięgnę po więcej. Szkoda, że wątki są prowadzone w sposób: jak najwięcej tematów, przy jak najmniejszym nakładzie na ich przerobienie, zrozumienie, obycie się. Nie zmienia to faktu, że przy ich mnogości książka musiałaby być pięć razy grubsza. Opowiada ona o – w rzeczywistości – dzieciach, które zbyt szybko musiały dorosnąć. Udowadnia również, że wiek to tylko liczby. Ogromny szacunek za podjęcie najbardziej roztrząsanych w obecnych czasach kwestii społecznych, tzw. plag świata. Mam na myśli nietolerancję, alkoholizm, ksenofobię, choroby, prześladowania, szantaż, zaburzenia emocjonalne i odżywiania. Wszystko to owinięte jest dodatkowym przesłaniem, że ludzie wokół nie zasługują na potępienie. To, że jednej osobie jest w życiu gorzej, nie znaczy, że ma prawo się wyładowywać na innych. Mierząc się ze swoimi problemami, a raczej zostawiając je samym sobie lub nieudolnie tuszując, pomyślmy o bliskich. Z szacunku do nich stańmy i ogarnijmy „cztery litery”.

Ostatnie zdanie kieruję do rodziców jako swoisty apel. Powinniście baczniej kontrolować swoje dzieci (oczywiście w racjonalny i zdrowy sposób) i mieć udział w ich życiu. Scenariusz książki jest wprost porażający.

Fot.: Wydawnictwo Filia

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.