bugonia

Mieszane, mieszane – Yórgos Lánthimos – „Bugonia”

Żyjemy w czasach, w których wszystko może być prawdą i wszystko może nią nie być. Do niemal każdej teorii znajdą się odpowiednie badania i argumenty, a już na pewno eksperci, którzy mądrymi słowami wytłumaczą niedowiarkom, że właśnie ich racja jest jedyną słuszną. Żyjemy w czasach, w których dostęp do informacji jest tak prosty i szybki, tak bardzo na wyciągnięcie ręki, że paradoksalnie  –  najłatwiej również o dezinformację, zakłamywanie rzeczywistości i zagubienie się w tym, aby odróżnić prawdę od fałszu. A jeśli coś stoi na granicy  –  sprawa jest nie do wygrania. Wiara w życie pozaziemskie dla jednych jest bzdurą równą wierze w Mikołaja, który w jedną noc oblatuje cały świat z prezentami, dla innych jest naturalną kolejną rzeczy, biorąc pod uwagę nieskończoność Wszechświata i jego możliwości. Jest to zatem temat, który od wieków budzi kontrowersje, a teorii spiskowych nie brakuje. I tu punkt wyjścia znalazł grecki reżyser, Yórgos Lánthimos, tworząc film Bugonia, w którym w głównych rolach wystąpili Jesse Plemons i Emma Stone.

Głównym bohaterem opowieści jest ekscentryczny Teddy, który pracuje na dziale pakowania paczek w dużej firmie farmaceutycznej, oprócz tego hoduje pszczoły i żyje w pełnym przekonaniu, że kosmici są wśród nas, a do tego chcą zniszczyć ludzkość. Teddy bierze pod swoje skrzydła uległego, naiwnego kuzyna Dona (Aidan Delbis) i razem opracowują plan, który ma na celu porwać szefową firmy, w której pracuje Teddy, ponieważ  –  jak wierzy  –  jest ona niezaprzeczalnie wysłanniczką z Kosmosu, z gwiazdozbioru Andromedy. Absurd miesza się z autentyczną grozą, gdy kryjąc się za maskami z twarzą Jennifer Anniston, porywaczom udaje się ziścić plan, po czym przywiązują Michelle Fuller w piwnicy, golą jej głowę (ponieważ obcy kontaktują się ze sobą za pomocą włosów) i smarują obficie kremem antyhistaminowym, a na koniec próbują z oszołomionej kobiety wydobyć prawdę i przyznanie się do winy (czyt. do bycia kosmitką).

Lánthimos nie do końca potrafi się zdecydować, czy Bugonia winna być groteską w pełnym tego słowa znaczeniu, a nonsens gonić ma purnonsens, czy może jednak ma to być dzieło stojące na pograniczu, gdzie groza spotyka się z absurdem, ale nie gardzi również momentami zbyt dosłownym komentarzem społecznym. Reżyser stoi więc trochę w rozkroku, jakby bał się całkowicie przekroczyć którąś z granic. I o ile są filmy, którym wychodzi to często na dobre, o tyle Bugonia w moim przekonaniu aż prosi się, żeby skręcić zdecydowanie i konkretnie.

Jest Bugonia momentami celnym komentarzem społecznym  –  nie można jej tego odmówić, oczywiście, że nie. Jest pewnym odzwierciedleniem chaosu informacyjnego, w jakim przyszło nam żyć w XXI wieku  –   bez wątpienia zawiera te elementy. Jest wyrazem polaryzacji społeczeństwa i tego, jak bardzo polaryzacja ta rodzi w nas nienawiść i poczucie alienacji od drugiego człowieka. To wszystko znajdziemy w najnowszym filmie Greka, jednak seans pozostawił we mnie uczucie niedosytu, jakiegoś niespełnienia i  –  muszę to powiedzieć  –  nudy. Wiele scen nie miało (dla mnie  –  podkreślam) większego znaczenia, były nużące i niepotrzebnie wydłużały seans, dialogi odarto w bardzo dużym stopniu z ich potencjału, jednocześnie zabierając dodatkowe pole do popisu aktorom, którzy i tak wywiązali się ze swoich ról rewelacyjnie, a mogliby jeszcze dorzucić do pieca, gdyby scenariusz czy właśnie dialogi im na to pozwalały. Wiem, że narażam się tymi słowami wielu fanom reżysera i samej Bugonii (patrząc na oceny, a tych pozytywnych jest sporo), ale dla mnie nie ma w filmie nic odkrywczego, wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że to wszystko już było, a nawet forma podania nie jest niczym, co wbiłoby mnie w fotel. 

Momentami oglądałam Bugonię z wypiekami na twarzy i z ogromnym zainteresowaniem, nie powiem, że nie. Jednak niejednokrotnie się nudziłam i spoglądałam z nadzieją na zegarek. Być może, gdyby film mocniej skupił się na pokiereszowanej psychice Teddy’ego, jego przeszłości i problemach zdrowotnych matki i tego, co doprowadziło go do miejsca, w którym go poznaliśmy, seans zainteresowałby mnie bardziej. Być może. I choć finał filmu z jednej strony winduje go mocno w stosunku do oceny, jaką dałabym przy innym zakończeniu, to jednak i tu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że czegoś zabrakło. Jestem natomiast bardzo ciekawa, jak Bugonia prezentuje się na tle oryginału, na którego kanwie powstała, czyli koreańskiego filmu Jigureul jikyeora! (Save the green planet!).

Najnowszy film w reżyserii Yórgosa Lánthimosa pod względem czysto technicznym jest dziełem, któremu nie można wiele zarzucić. Ujęcia są przemyślane, muzyka wpisuje się w groteskowo-dramatyczny ton, aktorstwo stoi na najwyższym poziomie, choć  –  jak już wspomniałam  –  mam wrażenie, że aktorom można było dać się wykazać jeszcze bardziej, gdyby dialogi nie były tak zachowawcze i nierzadko zwyczajnie… nudne. W pierwszej połowie filmu merytorycznie i problematycznie… wieje pustką, na czym dzieło sporo traci i wydłuża się, by przyśpieszyć dopiero w drugiej połowie. 

To wszystko sprawia, że mam bardzo mieszane uczucia po seansie Bugonii. Przede wszystkim spodziewałam się czarnego humoru, jazdy bez trzymanki okraszonej mądrym, lecz nienachalnym komentarzem. O ile Kieł mnie intrygował, Faworyta kupiła, a Biedne istoty znudziły na tyle, że nie skończyłam seansu  –  o tyle Bugonia stoi gdzieś pomiędzy nimi. Trochę intryguje, ale nie na tyle, by ukradkiem nie ziewnąć, kupuje niektórymi scenami, ale to za mało, by rozbić bank, nie nudzi natomiast w takim stopniu, by film porzucić w połowie. Zachwytów nad tą produkcją jest sporo i nawet je rozumiem. Nie dołączam jednak do tego grona, choć doceniam wiele aspektów, którymi film ów stoi i się broni. Aktorstwo to naprawdę najwyższa półka (choć wychwalanie na pierwszym miejscu zgolenia głowy przez Stone, co niejedna aktorka już robiła, nie wydaje się aż tak godne podziwu, by przyćmić samą grę aktorską) i zarówno Plemons, jak i jego ekranowa partnerka zasługują na wszystkie pochwały.

Bugonia to ciekawa, choć nie w pełni intrygująca i wciągająca opowieść będąca pewnym komentarzem i wariacją na temat społecznych podziałów, niepokojów i lęków. Znajdziemy tu ważne i bardzo aktualne tematy, takie jak siłę teorii spiskowych, nienaruszalny podział na maluczkich i rządzących, z którego rodzą się frustracje i zadry, których nie sposób załagodzić na przestrzeni wielu kolejnych pokoleń. Jest również Bugonia dosadną i smutną opowieścią o zniszczonym życiu człowieka, który szuka ukojenia w znalezieniu winnego i ukaraniu go za wszelką cenę – i na tym polu sprawdza się chyba najlepiej (choć czuję podskórnie, że nie o to reżyserowi chodziło). Nie odnajduję w niej jednak nic nowego ani na tyle frapującego, by chcieć do niej wrócić czy pochylić się szczególnie nad jej analizą (choć kto wie, może kolejny seans lub rozmowa z amatorem tego dzieła, sprawiłyby, że zmieniłabym zdanie  –  nie wykluczam takiego scenariusza). To wciąż wartościowe kino, na którego temat na pewno warto wyrobić sobie własne zdanie. Ja daję Bugonii sześć gwiazdek w dziesięcioastralnej skali. Ocena nie będzie wyższa również ze względu na to, że będąc ponad tydzień po seansie, zauważam, że nie wzbudza on we mnie żadnych emocji i wewnętrznych dyskusji, szybko też zaczynam o nim zapominać, a to nie zdarza mi się często po naprawdę dobrych filmach.

Fot.: United International Pictures 

bugonia

Overview

Ocena:
6 / 10
6

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *