Zimne ognie

Miłe lepszego początki – Simon Beckett – „Zimne ognie” [recenzja]

Simon Beckett, brytyjski dziennikarz i pisarz, to postać dobrze znana każdemu szanującemu się miłośnikowi literatury spod znaku thriller/kryminał. Jednak nawet jeśli nie czytaliście żadnej jego powieści, z pewnością samo nazwisko już gdzieś, kiedyś obiło Wam się o uszy, chociażby z racji tego, że Beckett to autor niezwykle popularnego i ciepło przyjętego cyklu z doktorem Davidem Hunterem w roli głównej (w skład cyklu wchodzą Chemia śmierci, Zapisane w kościach, Szepty zmarłych oraz Wołanie grobu). Po chwili nieobecności na polskim rynku, za sprawą wydawnictwa Czarna Owca, pisarz powraca nad Wisłę, dzięki wznowieniu jednego z jego pierwszych dzieł – Zimnych ogni. Powstaje jednak pytanie, czy uwspółcześniona wersja książki sprzed niemal 20 lat (powieść po raz pierwszy ukazała się w roku 1997) jest w stanie zaskoczyć czytelnika? Czy jest tak samo dobra jak nowsze i bardziej znane tytuły pióra Becketta? Trzeba więc powiedzieć jasno: widać, że jest to książka kogoś, kto stawiał dopiero pierwsze kroki w roli pisarza, nie zmienia to jednak faktu, że Zimne ognie to kawałek naprawdę dobrej, wciągającej historii z dreszczykiem.

Kate Powell to młoda, a zarazem ambitna kobieta odnosząca sukcesy zawodowe. Dopiero co otworzyła w Londynie własną agencję PR, a już walczy (ze swoim dawnym szefem, a zarazem byłym narzeczonym) o najbardziej intratny kontrakt w karierze. Z pozoru powinna być więc szczęśliwa. Niestety od jakiegoś czasu nęka ją uczucie pustki, ma wrażenie, że czegoś w jej życiu brakuje. W trakcie kolejnej wizyty u Lucy i Jacka, czyli najbliższych przyjaciół, Kate – podczas zabawy z pociechami znajomych – doznaje olśnienia, uświadamiając sobie, że to właśnie dziecko jest tym, co wypełniłoby „dziurę” w jej życiu. Problem jednak w tym, że nasza bohaterka nadal nie pozbierała się po poprzednim związku i nie zamierza pakować się w następny. Właściwie – myśli sobie Kate – po co mi mężczyzna, skoro zaradna i samodzielna ze mnie kobieta? Decyduje się więc na sztuczne zapłodnienie. I tu pojawia się kolejna niedogodność; wszystkie kliniki chętnie przyjmą ją do siebie, tyle że nie ma takiej możliwości, by Kate poznała dawcę nasienia, każdy, mimo że sprawdzany na wszelkie możliwe sposoby, pozostaje anonimowy. Niezbyt podoba się to przyszłej mamie, dlatego postanawia zamieścić kilka ogłoszeń w fachowej prasie medycznej. Mija kilka tygodni, ale wreszcie nadchodzi odpowiedź na jaką czekała – niejaki Alex Turner, singiel, z zawodu specjalista w dziedzinie psychologii, wyraża chęć udzielenia Kate pomocy. Nieco spanikowana bohaterka przeczesuje więc Internet w celu sprawdzenia doktora Turnera. Na szczęście wszystko wydaje się się być w porządku, co skutkuje pierwszym spotkaniem obojga. Alex okazuje się być niezwykle przystojnym i intrygującym mężczyzną, a jego skromność i celne uwagi oczarowują pannę Powell. To jest to! Kate znalazła idealnego kandydata na dawcę! Zresztą, kto wie, może znalazła również miłość?

No dobrze, przejdźmy więc do omówienia lektury, zaczynając od jej słabszych stron. Głównym zarzutem jest niestety przewidywalność i w tym właśnie upatrywać można typowo debiutanckich potknięć Becketta. Inna sprawa, że spory w tym udział okładkowego opisu książki. Cytat: Alex Turner wydaje się doskonałym kandydatem. Przystojny, nieco wstydliwy i bardzo inteligentny. Czego chcieć więcej? Pierwsze wrażenie może być jednak mylące. Niebezpiecznie mylące. Nie chcę w żadnym wypadku nikomu nic zarzucać, uważam jednak, że opis obyłby się bez tego fragmentu, ponieważ, bądźmy szczerzy, w tym momencie od razu wiadomo już, że z facetem będzie coś nie tak, co z kolei prowadzi do tego, że kiedy na scenę wkracza Alex, wiemy już, że to ten zły i spotkanie z nim okaże się błędem. Oczywiście i bez zdania z okładki nie będzie wielkim problemem domyślenie się tego faktu, jednak w przypadku tej książki, wina – według mnie – nie leży wyłącznie po stronie autora. Przewidywalność to w zasadzie jedyny poważny zarzut jaki mogę skierować pod adresem Zimnych ogni, szkoda tylko, że  skoro mówimy tu thrillerze psychologicznym jest to zarzut mogący istotnie rzutować na ogólny odbiór książki.

Na szczęście nie brakuje w dziele Becketta zalet. Pierwszą, najbardziej rzucającą się w oczy są kreacje poszczególnych bohaterów. Wszyscy, od byłego chłopaka przez kolegów z pracy czy pracujące w klinice pielęgniarki aż po przyjaciół głównej bohaterki, są wyraziści. Prym wiedzie jednak rzecz jasna Kate, naprawdę umiejętnie skonstruowana postać. Jest wiarygodna, powiedziałbym nawet, że „swojska”. Typ babki, w której położenie można się wczuć, a co za tym idzie – kibicować jej. Kolejną rzeczą, której mogę przyklasnąć, jest sam klimat powieści. Z tego, co zdążyłem się już zorientować, wielu czytelników narzeka na sposób prowadzenia akcji, określany m.in. jako rozwleczony. Podobno Przez ¾  książki nic się nie dzieje. Bzdury! Właśnie to powolne budowanie napięcia w szarym, deszczowym Londynie jest jednym z najmocniejszych punktów powieści, pozwalającym wczuć się w opisywane wydarzenia. Do plusów Zimnych ogni zaliczyłbym również realizm. Nie jest to może wielce kunsztowna i wymyślna historia, jednak z pewnością taka, która naprawdę mogłaby się wydarzyć w normalnym życiu. I brawa za to.

Podsumowując, trzeba szczerze przyznać, że choć do wybitności trochę tu brakuje, a w trakcie lektury zauważalne jest (zwłaszcza jeśli ktoś zaznajomiony jest z najbardziej chwalonymi tytułami autora), że Zimne ognie to pozycja z początków kariery Simona Becketta – nie stanowi to jednak wielkiego problemu. W ramach rekompensaty za małe wpadki otrzymujemy świetnych, „ludzkich” bohaterów, których perypetie wciągają dzięki umiejscowieniu akcji w wielkim, „smutnym” mieście. Zimne ognie nie są lekturą wymagającą, potrafią jednak wywołać dreszczyk emocji, gwarantując przy okazji solidną porcję naprawdę niezłej rozrywki na co najmniej dwa chłodne, jesienne wieczory.

Fot.: Czarna Owca

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.