Militarne science-fiction – Alexander Freed – „Star Wars. Battlefront. Kompania Zmierzch” [recenzja]

Premiera gry Battlefront była bardzo głośnym wydarzeniem tej jesieni. Miałem okazję uczestniczyć w jednym evencie, na którym zgromadzeni mogli pierwszy raz przetestować tę grę w Polsce. Śledziłem na bieżąco materiały promocyjne, filmiki i wszelkie doniesienia z frontu. W samą grę jednak nie grałem. Nie jestem odbiorcą tego rynku, nie gram w żadne gry komputerowe. Tym trudniej podchodzi mi się do książek i komiksów adaptujących je, bazujących na nich lub będących częścią projektu, którego osią jest właśnie gra. Kompania Zmierzch należy do tej trzeciej grupy. Miałem spore obawy, sięgając po ten tytuł, bo dotychczas bywało z tym różnie. Zdarzały się książki bardzo dobre (The Old Republic: RevanOszukani), kiepskie (Fatalny sojusz) i bardzo słabe (Moc wyzwolona, Galaxies: Ruiny Dantuiny). Battlefront: Kompania Zmierzch nie jest powieścią pozbawioną wad, ale moja ostateczna ocena jest bardzo pozytywna. Książka zaskakuje jakością na wielu płaszczyznach.

Alexander Freed jest nie tylko debiutantem na polu książkowych Gwiezdnych wojen, ale Kompania Zmierzch to jego pierwsza powieść w ogóle. Do tej pory napisał on kilkadziesiąt opowiadań, scenariuszy gier komputerowych i komiksów (w Polsce mogliśmy przeczytać jeden komiks z tego worka oparty na jego pomyśle i również nawiązujący do gry – The Old Republic: Zaginione słońca), ale w temacie książkowym jest to jego debiut. Tym bardziej zaskakuje, z jakim rozmachem ta historia została napisana i jak dobra jakościowo jest to książka.

Akcja powieści rozpoczyna się na krótko przed wydarzeniami otwierającymi Imperium kontratakuje. W pewnym momencie zrównuje się w Epizodem V, uczestniczymy w bitwie o Hoth widzianej z nieco innej perspektywy, a następnie rozwija się ona równolegle do filmowych wydarzeń, choć już bez związku z nimi. Głównym bohaterem jest Hazram Namir, który dowodzi tytułowym Zmierzchem – sześćdziesiątą pierwszą kompanią mobilną Sojuszu Rebeliantów. Wraz z nim i jego ludźmi toczymy kolejne bitwy na kolejnych planetach. Podczas pierwszej akcji – odwrotu ze Środkowych Rubieży – żołnierze Zmierzchu odbijają z rąk Imperium gubernator Everi Chalis i przez resztę książki to Namir i Chalis są główną siłą napędową kolejnych wydarzeń. Była gubernator, w zamian za ochronę ze strony Sojuszu, przekazuje im kluczowe dane, mogące wpłynąć na dalsze losy wojny. Imperium nie pozostaje dłużne i wysyła grupę pościgową za „Gromem” – statkiem Kompanii. Kolejne wydarzenia przerywane są tajemniczymi retrospekcjami, które w pewnym momencie zazębiają się z akcją właściwą, rzucając inne światło na jednego z bohaterów. Oprócz tego obserwujemy też wydarzenia ze strony ścigających Zmierzch Imperialnych oraz kobiety-szturmowca.

Po raz kolejny mogę napisać, że jest to książka inna niż te, do których przywykli fani odległej galaktyki. Jest to powieść militarna, bardzo realistyczna (oczywiście na tyle, na ile pozwala konwencja Space Opera). Nie doświadczymy tutaj spektakularnych walk na miecze, popisów rycerzy Jedi, zapierających dech w piersi wyczynów zawadiackich pilotów myśliwców. Akcja Battlefront ukazana jest z perspektywy szarej piechoty. Doświadczamy ciężkiej walki w brudzie i smrodzie, w której nie ma popisów nieśmiertelnych bohaterów. Z każdej potyczki część kompanii nie wraca. Czasem jest to jakaś anonimowa grupa, a innym razem ktoś z pierwszego planu. Ocaleni odprawiają krótką ceremonię pogrzebową, po czym zapijają smutki w barze, by kolejnego dnia kontynuować walkę. Po każdej potyczce Kompania powiększa się też o grupę świeżaków, bardzo często złożonych z cywili, którymi nie kierują szlachetne pobudki czy wzniosłe ideały, a zwyczajnie jest to ich jedyna perspektywa na dalsze życie.

W ten sposób Kompania Zmierzch wpisuje się ponownie w ten nowy trend zacierania granicy między dobrem a złem, która była punktem wyjścia dla filmowych Gwiezdnych wojen. Od czasu przejęcia marki przez Disneya i restartu rozszerzonego uniwersum, fani sagi podzielili się jeszcze bardziej niż do tej pory. Zwolennicy starego rozszerzonego uniwersum krytykują nowy oficjalny kanon, często bez pofatygowania się, aby go poznać. Na podstawie dwóch animowanych seriali dla młodszych widzów, które były pierwszymi kanonicznymi tytułami, wysnuli teorię, która często przewija się w internetowych dyskusjach, jakoby docelowym odbiorcą nowego kanonu były dzieci. Tymczasem Kompania Zmierzch jest już trzecią książką z czterech wydanych (a piątą na siedem licząc młodzieżówki), która ukazuje Rebelię w sposób bardzo niejednoznaczny. Poprzednie książki opisywały prekursorów późniejszego Sojuszu Rebeliantów i ich działania ukazujące ich w negatywnym świetle można było w ten sposób usprawiedliwić. Battlefront (i wspomniane młodzieżówki) prezentują nam bohaterów walczących na równoległym froncie do tego, na którym zmagali się ich filmowi odpowiednicy. Z jednej strony mamy zatem kryształowych bojowników o wolność, z drugiej natomiast narkomanów, ludzi plądrujących cywilne domy, wojowników bez żadnych ideałów, którzy wypowiadają się głośno, stawiając Sojusz Rebeliantów na równi z Imperium. Ludzi, którzy walczą po danej stronie, bo wychowali się z bronią w ręku i na skutek ciągu pewnych wydarzeń i zbiegów okoliczności wylądowali akurat po tej stronie barykady. Bohaterowie Zmierzchu w pewnym momencie trafiają na Hoth i choć księżniczka Leia i Luke Skywalker nie pojawiają się w tej opowieści, to są wielokrotnie wspominani przez członków kompanii, a do tego w trakcie lektury tej części książki, czytelnik ma szerszą perspektywę w głowie, bo zna jej filmową wersję. I z jednej strony czuć, że jest to spójna opowieść, ale z drugiej odczuwa się spory dysonans, bo coś co do tej pory było w naszej wyobraźni krystalicznie białe i pełne wzniosłych ideałów, teraz prezentuje się z zupełnie innego punktu widzenia.

We wstępie zaznaczyłem jednak, że książka Freeda nie jest pozbawiona wad i wypadałoby rozwinąć teraz tę myśl. Pierwsza rzecz to jej objętość. Oczywiście jest to dyskusyjna kwestia i większość opinii w Internecie stawia ją jako pozytyw (w ogóle warto zaznaczyć, że jest to chyba najlepiej oceniana książka z dotychczas wydanych). Osobiście nie pogniewałbym się jednak, gdyby książka została odchudzona o kilkadziesiąt stron. W pewnym momencie doszło do tego, że cała ta szarość życia i bitwa za bitwą zaczęły mnie dość mocno męczyć i przyznam się, że jest to nie pierwszy przypadek książki z nowego kanonu, którą czytałem na siłę i dopiero zamykając ostatnią stronę i mając pełen obraz przed oczami, doceniłem ją i oceniłem pozytywnie. Ale przyznaję, że nie bez problemów dobrnąłem do tego momentu. Osobiście wyrzuciłbym z książki cały wątek kobiety-szturmowca, bo nie rozumiem, w jakim celu został on tutaj umieszczony. Stawiam, że jest to zagranie pod grę, w której możemy stanąć po różnych stronach barykady i wcielić się w żołnierzy z przeciwnych frakcji, ale fabularnie i klimatycznie ten segment nic tutaj nie wnosi. Jeśli o mnie chodzi (i wiem, że to co teraz napiszę, będzie nieco kontrowersyjne), zaczynam powoli tęsknić za normalnymi Gwiezdnymi wojnami. Bardzo cieszę się, że nowy kanon pokazuje nam ten świat nieco inaczej, ale powoli zaczynam mieć przesyt i chyba trochę się stęskniłem za „Wielką trójką”. Na szczęście kolejna pozycja zapowiedziana przez Uroboros powinna mnie w tym temacie usatysfakcjonować. A jeśli Wy nie czytaliście siedmiu nowych książek (ponownie liczę młodzieżówki) w ciągu 3 ostatnich miesięcy, nie oglądaliście siedem razy Przebudzenia Mocy i nie czujecie powoli przesytu tym tematem… i wreszcie, jeśli macie ochotę na zupełnie inne Gwiezdne wojny, to Battlefront: Kompania Zmierzch będzie doskonałym wyborem.

Fot.: Uroboros

Write a Review

Opublikowane przez

Hubert Spandowski

Fanatyk Stephena Kinga. Współautor polskiego serwisu Kinga. Miłośnik filmu (głównie fantastyki i B-klasowych horrorów), nałogowy pochłaniacz seriali, książek i komiksów. Nieuleczalny kolekcjoner. Bywalec konwentów lubiący integrację miedzyfandomową. Wielki fan Star Wars w każdej postaci.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.