Nie bój się jednym susem – Pernille Fischer Christensen – “Młodość Astrid” [recenzja]

Młodość Astrid

Każdy ma taką książkę, od której zaczynał – zarówno swoją przygodę z literaturą, jak i z samodzielnym czytaniem. Dla mnie taką powieścią są bezsprzecznie Dzieci z Bullerbyn, które przeczytałam w swoim życiu już tyle razy, że chyba nigdy nie będę w stanie tego zliczyć. Za każdym razem bawiłam się przy lekturze tak samo dobrze i każde czytanie było pod jakimś względem wyjątkowe. Pamiętam, jak o przygodach Lisy, jej braci i koleżanek czytała mi mama, kiedy mnie samej składanie literek sprawiało jeszcze trudność. Pamiętam, jak właśnie trzymając tę konkretną książkę w rękach, uczyłam się czytać – krok po kroku, litera po literze, słowo po słowie. Pamiętam, jak pierwszy raz przeczytałam sama całą książkę i pamiętam doskonale, jak później, jako nieco starsza już dziewczyna, czytałam (dokładnie ten sam, stary, zaczytany, z rozlatującymi się kartkami i okładką egzemplarz) na dobranoc te ukochane Dzieci z Bullerbyn swojej siostrzenicy. Z tą przetłumaczoną na tyle języków publikacją wiąże się wiele ciepłych wspomnień i choć mam teraz już lat trzydzieści – pamiętam większość z opisanych w niej historii do dziś. I nie mam żadnych wątpliwości, że w przyszłości będzie to jedna z tych książek, jaką na pewno przeczytam swojemu dziecku – lub po prostu razem z nim. O samej autorce nie wiedziałam jednak wiele. Astrid Lindgren – słyszałam i od razu stawała mi przed oczami okładka książki. Nigdy jednak nie kusiło mnie, by dowiedzieć się o pisarce czegoś więcej. Jak się okazuje, był to błąd, bo jej życie okazuje się tak samo fascynujące, co momentami bolesne. Z drugiej strony jednak błąd ten pozwolił mi z całkowitą niewiedzą, a więc i ciekawością chłonąć każdą scenę, jaka miała miejsce na ekranie podczas seansu filmu Młodość Astrid. Dzieło od Aurora Films, oparte na biografii skandynawskiej pisarki, objęliśmy patronatem medialnym, i jest mi z tego powodu niezmiernie miło – po pierwsze dlatego, że tak wielkim sentymentem darzę jej książkę, a po drugie dlatego, że to po prostu świetny film, który ogląda się jednym tchem.

Choć historia opowiada – jak sam tytuł wskazuje – o młodości Astrid Lindgren, a w zasadzie młodości Astrid Ericsson, bo tak brzmi jej panieńskie nazwisko, w pierwszej scenie widzimy ją jako starszą już kobietę (zwróconą do nas jednak każdorazowo tyłem lub bokiem), która otwiera prezenty przesłane jej na urodziny przez dzieci. Wśród nich są głównie napisane odręcznie dziecięcym pismem życzenia, laurki, a także piosenki i życzenia nagrane na kasecie do odsłuchania. Po chwili jednak przechodzimy do młodości przyszłej pisarki, a dokładnie do czasów, kiedy miała 16 lat. Poznajemy zarówno dom i krajobraz, na tle którego się wychowywała, jak i rodzinę, i znajomych, którzy jej towarzyszyli. Astrid była drugim dzieckiem swoich rodziców, a łącznie miała troje rodzeństwa. W jej domu, choć nie brakowało miłości, panowała dość surowa atmosfera, co wiązało się z wychowywaniem dzieci wedle tradycji, konwenansów, a także nauk kościoła. Pamiętajmy jednak, że kiedy Astrid była dojrzewającą nastolatką, były to lata 20. XX wieku – wiele rzeczy, które dla nas wydają się teraz naturalne i normalne (jak choćby krótkie włosy u dziewczynki czy kobiety) wtedy, w dodatku w niewielkiej szwedzkiej miejscowości, były nie do pomyślenia i wzbudzały powszechne zdziwienie czy nawet potępienie. Tymczasem Astrid zdaje się widzowi od samego początku wyprzedzać swoją epokę – nie godzi się nie tylko na wszędobylską hipokryzję (zgoda – dziś również jej nie brakuje), ale także na nierówne traktowanie kobiet względem mężczyzn. Nie brakuje jej przy tym ciętego języka i inteligencji, co prowadzi do takich rozmów, jak ta z mamą (bardzo religijną kobietą), kiedy dziewczyna wróciła o godzinę za późno do domu po potańcówce. Rozmowa przebiegała mniej więcej tak:

Mama: Miałaś być godzinę temu!

Astrid: Wróciłam z bratem!

Mama: On jest chłopcem i może wracać godzinę później.

Astrid: Podobno w oczach Boga wszyscy jesteśmy równi!

Mama: Nie mieszaj do tego Boga!

Astrid: To ty mieszasz do wszystkiego Boga!

Dorastająca dziewczyna w swym uporze, w swym liberalnym, jak na czasy w których żyje, myśleniu, w dążeniu do wolności i potrzebie czerpania z życia pełnymi garściami, przypomina mi bardzo Anię Shirley, choć chyba bardziej tę Netflixowską niż z powieści. Obie charakteryzował wigor, zapał i chęć życia, obie nie odnajdowały się w systemie i zasadach narzucanych tak przez państwo, jak przez religię i konwenanse; obie chciały więcej i więcej, ale miały w sobie również ogromne pokłady miłości, ciepła i empatii, a także – niesamowitą wyobraźnię. Obie pragnęły, by ludzi oceniano tylko na podstawie tego, jacy są, a nie w co są ubrani czy kogo kochają. Astrid od początku wzbudza naszą sympatię, ale niekiedy również podziw, bo jak na swój wiek i rodzinę, w jakiej została wychowana, przejawia dość niespotykaną odwagę, która często przejawia się tym, że kiedy czegoś zapragnie, zrobi to bez względu na to, co ludzie o niej pomyślą – czy to chodzi o ścięcie włosów, czy też o romans z o wiele starszym mężczyzną. Tak – Astrid wikła się w romans z ojcem jednej ze swoich bardzo dobrych koleżanek. Jak jednak do tego dochodzi? Kiedy dziewczyna maiała 13 lat, jej opowiadanie zostaje docenione i wydrukowane w lokalnej gazecie prowadzonej przez pana Blomberga. Kiedy Astrid ma 16 lat, mężczyzna ów szuka asystentki do swojej gazety, a ponieważ zapamiętał jej pracę, proponuje jej posadę, polegającą na robieniu korekt i pisaniu krótkich notek prasowych. Blomberg szybko dostrzega w swojej asystentce nieprzeciętny i otwarty umysł, co mu imponuje, zwłaszcza, że panna Ericsson, marząc o równości płci, nie zapomina również o prawach tej brzydszej. A to, dla mężczyzny, który stracił nienarodzone dziecko i który przechodzi właśnie przez rozwód – jest jak balsam na rany. Również Astrid nie pozostaje obojętna w uczuciach wobec szefa. Kiedy jednak dochodzi między nimi do niezręcznej sytuacji, mężczyzna opanowuje emocje i żądzę i odpycha dziewczynę. I gdyby Astrid, odepchnięta, uniosła się dumą i wróciła do domu, kto wie, jak potoczyłyby się jej losy. Ale to nie było w jej stylu. Zamiast założyć płaszcz i wyjść, ona… zaczęła zdejmować ubranie, dość jasno dając Blombergowi do zrozumienia, czego chce. W takiej sytuacji mężczyzna nie potrafił już utrzymać swych pragnień na wodzy…

Ich romans kwitł i życie Astrid nabrało nowych barw, by zawirować niebezpiecznie, kiedy okazało się, że dziewczyna jest w ciąży. Rodzice młodej panny byli na równi zszokowani, co oburzeni. Bardziej jednak od stanu i zdrowia córki martwiło ich to słynne i odwieczne: “Co ludzie powiedzą”. I choć Blomberg nie umył rąk, a nawet zaproponował rodzicom swej kochanki ślub, jak tylko dostanie rozwód, sprawę z dzieckiem trzeba było póki co zatuszować. Astrid wyjeżdża więc do Sztokholmu, gdzie zapisuje się na kurs sekretarek. Kiedy natomiast zbliża się czas rozwiązania, z pomocą prawniczki, która wyciąga rękę do kobiet, będących w podobnej co Astrid sytuacji, wyjeżdża do Danii, gdzie rodzi synka pod opieką Marie, u której zresztą później zostawia małego Lassego, z obietnicą, że wróci po niego, jak tylko sprawa z Blombergiem się wyjaśni. Ten okres jej życia to najtrudniejsze chwile – nowa praca wymaga od niej zaangażowania, rozłąka z synem jest nie do zniesienia, jej ciało nie daje zapomnieć o tym, że niedawno urodziła, matka uparcie dąży do tego, by jej córka porzuciła swoje dziecko, a jej ukochany… musi udowodnić, że nie cudzołożył, bo inaczej grozi mu więzienie. Właśnie dlatego Astrid zdecydowała się opuścić tymczasowo synka, zostawiając go pod opieką Marie – by Blomberg uniknął więzienia. Gdyby bowiem wydało się, że jest on ojcem Lassego, mogłoby być z nim krucho. Tymczasowe rozwiązanie daje natomiast im obojgu szansę na uzyskanie przez mężczyznę rozwodu i zaczęcie za jakiś czas wspólnego życia razem z synkiem. Jednak – jak to w życiu bywa, sprawy się skomplikują, a Astrid – niegdyś tak pełna życia i głodna nowych doświadczeń – zaczyna popadać w apatię, nie widząc powoli przyszłości ani dla siebie, ani dla swojego dziecka.

Młodość Astrid obfituje w wydarzenia z życia głównej bohaterki, choć nie obejmuje tak naprawdę wielu lat jej życia. Dzięki temu widzimy jednak, jak wiele spadło na barki młodej dziewczyny, a później kobiety, i jak próbowała sobie ona z tym poradzić – odnaleźć się zarówno sama w wielkim mieście, oderwana od rodziny i przyjaciół, jak i w nowej roli. Musiała podjąć wiele decyzji, w wielu sytuacjach stanąć przeciw wszystkim i stawić opór. Jej wybory (choć do wielu musiała dojrzeć) świetnie obrazuje tekst przepięknej piosenki, którą słyszymy na koniec, a którą napisały dla niej dzieci w ramach prezentu urodzinowego: Nie bój się jednym susem…/ Przeskoczyć z ciemności do światła…/ Żyj pełnią życia i ciesz się nim/ Poczuj, że lato jest dla ciebie/ Żyj po swojemu, stawiaj krok do przodu/ Albo do tyłu, jeśli wolisz/ Żyj po swojemu, po prostu bądź/ Pokonaj burzę krzykiem/ Nie bój się jednym susem…/ Przeskoczyć od śmierci do życia. Przyszła autorka Pippi Pończoszanki czerpała z życia garściami, nie ulegała lękom, jeśli chodziło o jej plany, ambicje i marzenia. Kiedy czegoś chciała – dążyła do tego, kiedy była bezsilna – krzyczała z całych sił. I choć w pewnym momencie życie dało jej w kość, a trudy i cierpienia upomniały się i o nią, ostatecznie potrafiła znaleźć w sobie zarówno siłę, jak i nadzieję, a także upór, by wybrać takie życie, jakie ona pragnie wieść, a nie takie, jakie wymarzyli sobie dla niej inni. Dzięki temu nie tylko pozostaje wierna samej sobie, ale także otwiera nieco umysły swoich najbliższych.

Szwedzko-duński dramat bywa widowiskiem zarówno zabawnym, jak i cholernie wzruszającym. To jednak, co może okazać się najważniejsze dla wielu widzów, to to, że ogląda się go z niesłabnącą ciekawością od pierwszej do ostatniej minuty. Życie autorki Braci Lwie Serce może nie wyróżnia się jakoś wybitnie na tle historii, które dzięki dziesiątej muzie mieliśmy okazje poznać przez ostatnich kilkadziesiąt lat. Broni się jednak i wybija tym, że opiera się na biografii, w dodatku pisarki, o której śmiało można powiedzieć, że jest już legendą, jeśli chodzi o literaturę dziecięcą. Produkcji nie można odmówić zresztą świetnej realizacji – montażowi i pracy kamery nie można nic zarzucić i podobnie jest ze świetną, klimatyczną muzyką. Kolory w filmie są wyważone i stonowane – trafiają w punkt, jeśli chodzi o klimat tamtych czasów i surowość, z jaką często spotykała się Astrid – zarówno w krajobrazie, jak i podejściu innych do życia. To, o czym jednak muszę wspomnieć, to aktorstwo. W tytułową bohaterkę wcieliła się znana być może niektórym widzom z serialu The Rain Alba August i muszę przyznać, że na pochwałę zasługuje nie tylko 25-letnia aktorka, ale również osoba odpowiedzialna za casting, bo August została dobrana do roli perfekcyjnie. Zawsze zwracam uwagę na to, że aktorzy grający nastolatków to dwudziestoparolatkowie, bo po prostu najczęściej rzuca się to momentalnie w oczy. W tym przypadku jednak, kiedy po raz pierwszy na ekranie pojawiła się scena intymna, w której widzimy 16-letnią Astrid z ponad 40-letnim mężczyzną (granym przez 45-letniego aktora), musiałam sprawdzić, ile lat ma aktorka – zaczęłam się bowiem zastanawiać nad tym, jak na coś takiego zareagują widzowie, czy nie wybuchnie jakiś skandal, zwłaszcza w związku z tym, co dzieje się w świecie aktorów i aktorek w ostatnich latach. Okazało się jednak, że Alba August ma 25 lat, a ja byłam skłonna uwierzyć, że nastolatkę gra nastolatka. Gdy natomiast po urodzeniu dziecka i usamodzielnieniu się w Sztokholmie, widzimy główną bohaterkę jako dorosłą (choć wciąż młodą) kobietę, również nie mamy problemu, by uwierzyć w to, że postarzała się o te kilka lat. Biorąc pod uwagę fakt, że kobieta została ewentualnie zmieniona delikatnie makijażem (choć i w to wątpię), niczym więcej, uważam to za ogromny sukces aktorki – przekonująco potrafiła zagrać zarówno beztroską 16-latkę, jak i dwudziestoparolatkę doświadczoną już nieco przez życie. Reszta obsady również spisała się bardzo dobrze, ale nie będę ukrywać, że to właśnie August błyszczy najjaśniej i po tej roli, z ciekawością będę się przyglądać jej dalszej karierze.

Za ogromną zaletę filmu uważam pewną jego przewrotność – mianowicie fakt, że przez cały seans nie widzimy ani razu żadnych przesłanek co do tego, jakoby Astrid miała zostać w przyszłości pisarką (nie wspominając już o tym, jak bardzo cenioną). Film kończy się w momencie, kiedy nawet nie nosi ona jeszcze nazwiska, z którego kojarzy ją cały świat – dopiero poznaje swojego przyszłego męża, a widz, jedynie drogą domysłów, skojarzeń i przyszłych faktów, wie, że ów mężczyzna musiał zostać później jej mężem (choć akurat ten aspekt zostaje wspomniany po ostatniej scenie, jednak sama fabuła o tym nie opowiada). Kobieta swoją debiutancką książkę napisała – wydaje się, że – dość późno (zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak wcześnie rozpoczęła dorosłe życie), bo w wieku 37 lat. Od tej pory jednak jej kariera literacka potoczyła się już szybko, a cały świat zna i kocha jej opowieści. To jednak dość zaskakujące rozwiązanie, że przez cały film widzimy zupełnie inną Astrid – seans  nie daje nam wglądu w to, jak rozpoczęła się jej kariera pisarki ani nawet nie opowiada o jej marzeniach w związku z zostaniem autorką książek. Gdybyśmy nie znali jej dalszych losów i nie widzieli tyle razy jej nazwiska na książkach w księgarniach i na własnych półkach, prędzej pomyślelibyśmy podczas oglądania filmu, że zostanie ona znaną dziennikarką lub aktywistką na rzecz praw kobiet. Są jednak dwie sceny, które nie pozwalają nam zapomnieć o niej jako o pisarce. Pokazują one jednak Astrid już jako starą kobietę w dodatku znaną na całym świecie. Następuje więc nietypowy jak na produkcje biograficzne przeskok – fabuła skupia się na jej życiu przed choćby marzeniami o karierze pisarskiej, a jedynie otwierające i zamykające film sceny ukazują nam ją jako autorkę bestsellerów dla dzieci – ale już u progu życia, kiedy osiągnęła wielki sukces i zdobyła uwielbienie małych fanów na całym świecie. Takie rozwiązanie pozwala nam na długi czas zapomnieć o tym, że obserwujemy losy przyszłej pisarki, a po prostu obserwujemy kobietę, która w latach 20. próbowała odnaleźć się w rzeczywistości, którą wyprzedzała i której zaściankowości nie potrafiła pojąć.

Młodość Astrid to film opowiadający o wielu sprawach, ale myślę, że nie ma sensu się nad nimi wszystkimi tutaj rozwodzić. Jednak jego uniwersalność sprawia, że powinien trafić w gusta i serca naprawdę wielu odbiorców – nieważne, czy interesowali się oni wcześniej jej twórczością, czy też nigdy (o ile to w ogóle możliwe) o niej nie słyszeli. Niezmiernie się cieszę, że taki film powstał, bo nie tylko okazał się wspaniałą, choć momentami bolesną i piekielnie wzruszającą historią, ale również sprawił, że znów mam chęć sięgnąć po Dzieci z Bullerbyn, których nie czytałam już od lat. Swoją drogą to ciekawe, jaką rodzinę przedstawiła we wspomnianej książce Lindgren – niezwykle kochającą się, wspierającą i wyrozumiałą, podczas gdy jej rodzice dopiero po wielu latach zaczęli tracić nieco ze swej surowości i akceptować oryginalność i niezależność swojej córki.

Film w reżyserii Pernille Fischer Christensen to opowieść o niezwykłej kobiecie i niezwykła przygoda, w jaką zabierany jest widz. Produkcja na chwilę obecną, po pierwszym seansie, nie posiada w moim odczuciu wad – ogląda się ją z ogromnym zainteresowaniem, śledząc z uśmiechem na ustach lub ze łzami w oczach losy młodej Astrid Lindgren. Jednak nawet jeśli odrzemy tę historię z faktów, iż opowiada ona o losach wybitnej i uwielbianej przez czytelników pisarki – nadal pozostanie świetnym filmem i piękną, lecz niepozbawioną przykrych i bolesnych momentów, historią. Młodość Astrid to bowiem opowieść o życiu, które wymaga zarówno poświęceń, jak i powiedzenia im dość. To historia buntu i próby życia na własnych warunkach. Te dwie godziny opowiadają o kobiecie, która nie bała się jednym susem wpaść po uszy w miłość lub… w kłopoty. Ale też dzięki temu jednym susem zaskarbia sobie tak naszą sympatię, jak i podziw, choć zdarzą się również momenty – za co również ogromny plus dla filmu – kiedy nie do końca będziemy zgadzać się z jej zachowaniem bądź wyborami. Astrid nie była jednak swoim własnym pomnikiem – była żywym człowiekiem, który popełnia błędy, ale uczy się na nich i nie daje się im stłamsić. Młoda Astrid Lindgren… czy wiedzieliście, jak intrygującą kobietą była?

Ocena: 8,5/10

Fot.: Aurora Films

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

1 odpowiedź

  1. Kachinka napisał(a):

    Widziałam film. Zgadzam się z każdym słowem tej recenzji. Film jest doskonały.
    Historia wczesnego macierzyństwa Astrid, które istotnie zaważyło na jej życiu i stało się w pewnym stopniu źródłem inspiracji dla tej niezwykle wrażliwej kobiety, była mi znana z lektury tego artykułu http://wyborcza.pl/1,75517,706285.html?disableRedirects=true, który czytalam wiele lat temu przy okazji wydania polskiego biografii. Jak wiadomo X Muza swoimi prawami się rządzi i trochę czasem ubarwia, więc za moment sięgam po biografię http://lubimyczytac.pl/ksiazka/250313/astrid-lindgren-opowiesc-o-zyciu-i-tworczosci

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *