Moda na retro – Mantic Ritual – „Executioner” [recenzja]

Czwórka długowłosych młodych chłopaków ze Pittsburgha w 2009 roku pokazała niektórym starym wyjadaczom, jak powinno się grać thrash metal. Szkoda jedynie, że pary wystarczyło na jeden krążek. Mantic Ritual, bo o nich mowa, doczekali się wznowienia przez Metal Mind ich jedynego albumu – Executioner.

Ta płyta jest zdecydowanie dla fanów klasycznego thrash metalu i to tego zakorzenionego mocno w latach osiemdziesiątych, bo muzyka Mantic Ritual ma w sobie mnóstwo z klasyków tego gatunku, szczególnie tych europejskich, jak Sodom czy Kreator. Oldschool pełną gębią, nawet produkcja brzmi, jakby nagrywano ten krążek w tamtych czasach i nawet osoba producenta Andy’ego Classena nie spowodowała, że ten materiał brzmi w jakikolwiek sposób nowocześnie. I dobrze.

I chyba to uparte trzymanie się schematów, szczególnie brzmieniowych i kompozycyjnych, powoduje, że album przypomina nic innego, jak dźwiękową pocztówkę z przeszłości. Chwała chłopakom za to, ale z drugiej strony mam wrażenie, że okazało się to też pewną pułapką. Bo te pięćdziesiąt pięć minut muzyki zawartej na Executioner z początku zachwyca swoją energią, wściekłością, riffami świdrującymi uszy i galopadami sekcji rytmicznej, która pcha te kompozycje do przodu aż miło, szybciej i mocniej.

Niestety, z czasem zaczyna się wkradać znużenie; szkoda, że Mantic Ritual nie zdecydował się tej płyty nagrać tak, aby nie trwała dłużej niż czterdzieści minut. Tak jak to robili niegdyś ich mistrzowie, uznając, że krótki aczkolwiek bezpośredni przekaz jest skuteczniejszy od długich, przesadnie rozbudowanych i nużących kompozycji (kłania się Metallica na …And Justice For All, nie wspominając już o dłużącym się jak słaby film obyczajowy Death Magnetic).

MANTIC RITUAL - One By One (OFFICIAL MUSIC VIDEO)

Początek Executioner jest bardzo obiecujący, bo otwierający album One By One pędzi aż miło. Szczególnie wystrzałowe są riffy, które prowadzą ten utwór na złamanie karku. Niestety, utwór tytułowy powodował u mnie lekkie déjà vu, jakbym gdzieś słyszał podobny utwór… Chłopcy nie grzeszą oryginalnością, to fakt. Chociaż na plus tutaj jest zadziorny, ostry, przechodzący w krzyk śpiew Dana Wetmore’a. Black Tar Sin jest jedną z dłuższych kompozycji, które powinny być znacznie skrócone, bo pomimo zmian tempa, dziesiątek riffów i wspaniałych solówek gitarowych ten utwór z czasem zaczyna nużyć, jak Souls, który ma fajne zwolnienie na podwójne stopie, gdzie potrafi wybrzmieć przyjemny bujający riff, ale to jednak za mało.

Pozostałe kompozycje to jednak krótsze, bezpośrednie strzały, jak Death And Destruction, w którym słyszymy wpływy New Wave Of British Heavy Metal. Jakby chłopcy z Mantic Ritual chcieli być bardziej „true” od swoich thrashowych idoli. Murdered To Death zaskakuje powolnym, mocarnym riffem w połowie kawałka; szkoda, że zespół nie decyduje się na więcej takich zagrywek, byłoby zdecydowanie ciekawiej. Są też kompozycje proste, niewyszukane, zagrane prawie że punkowo, jak Panic czy By The Cementery. No i teksty – typowe dla gatunku, odnoszące się do spraw polityczno-społecznych. Standard.

Klasyczny thrash w nowoczesnym świecie. Trochę się to gryzie, prawda? Ale posłuchać można, a nawet warto, bo jedyny album Mantic Ritual, to dowód, że panowie potrafili grać i to całkiem dobrze. Szkoda, że na jednym się LP skończyło.

Fot.: Metal Mind

Write a Review

Opublikowane przez

Jakub Pożarowszczyk

Czasami wyjdę z ciemności. Na Głosie Kultury piszę o muzyce.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.