Filmy,Recenzje

Timothée Chalamet w drodze na szczyt – Felix Van Groeningen – “Mój piękny syn” [recenzja]

mój piękny syn
mój piękny syn

Po typowym dla filmu letnim okresie jakościowego letargu, wreszcie nadszedł wyczekiwany przeze mnie moment – poprzedzająca oscarowe nominacje [kiedy tekst trafia do publikacji, znamy już wszystkie nominacje – przyp. red.] fala premier produkcji, które z pewnością powalczą o nagrody Akademii. O ile opinia faworyta krytyków nie robi na mnie większego wrażenia, wszak wciąż nie rozumiem fenomenu przereklamowanego The shape of water, o tyle wiele z produkcji, które w zimowo-jesiennym okresie trafią, bądź już trafiły, na polskie ekrany kinowe, od dłuższego czasu były na mojej liście Must see. Nie będę ukrywać że tylko i wyłącznie z racji obsady, nie inaczej było w przypadku filmu Felixa Van Groeningena, Mój piękny syn. Być może po tej książkowej ekranizacji nie spodziewałam się perełki kinematografii na miarę zeszłorocznych Trzech billboardów za Ebbing, Missouri, jednak nie przeszkadzało mi to w snuciu domysłów, jak fantastyczny musi być duet niezwykle zdolnego Timothiéego Chalameta ze świetnym, choć (błędnie) kojarzonym głównie z komediami, Stevem Carellem. O ile w przypadku pracy wspomnianych dżentelmenów poziom filmu przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, o tyle co do samej produkcji mam ambiwalentne uczucia. Choć nie myślałam, że Groeningen wyniesie ekranizację tej historii do rangi arcydzieła, sądziłam, że przynajmniej swoją pracą nie będzie przeszkadzał odtwórcom głównych ról. Spodziewałam się, że obok strony reżysersko-scenariuszowej będę mogła przejść obojętnie – do kina szłam z nadzieją, że być może żadnych ochów i achów nie będzie, ale będę w stanie z czystym sumieniem oszczędzić sobie narzekania na pracę, przede wszystkim, reżysera. Mimo moich najszczerszych chęci, malkontentyzm wygrał.

Jeśli przeczytaliście opis produkcji na Filmwebie, jesteście fanami Breaking Bad czy kreacji aktorskiej Jareda Leto w Requiem for a Dream, i myślicie, że to film dla Was, już na wstępie lojalnie uprzedzam – mimo że Mój piękny syn mówi o uzależnionym od metamfetaminy nastolatku, nie jest to produkcja o uzależnieniu sensu stricto. Groeningen postanowił do tematu narkomanii podejść nieco inaczej, nie skupiając się na samym nałogu, ale swoją produkcję opierając głównie na jego destrukcyjnym wpływie na relacje międzyludzkie, pokazanym przez pryzmat więzi łączącej ojca i syna. Reżyser, jak mogłoby się więc wydawać, przynajmniej częściowo zrezygnował z przyjętych dla motywu narkomanii konwencji, jednak czy wyszedł z tego obronną ręką? Nie do końca.

Mój piękny syn

Davida (Steve Carell), dziennikarza freelancera, okazjonalnie piszącego dla takich tytułów jak “New York Times”, poznajemy w sytuacji kryzysowej – jak wynika już z opisu filmu, zarówno on, jak i jego nowa rodzina, zmagają się z uzależnieniem będącego u progu dorosłości syna Davida z pierwszego małżeństwa, Nica (Timothée Chalamet). Syna, w którym główny bohater przez wiele lat pokładał szczególnie duże nadzieje, tworząc idealny obraz perspektywicznego chłopca, w pewnym momencie niemający już nic wspólnego z rzeczywistością. Reżyser, wykorzystując narrację opartą na dwóch liniach czasowych, pokazuje to niezwykle wyraźnie, tworząc swoisty kontrast między tym, jaki Nic jest w oczach ojca, a tym, kim się stał. Widz, na zmianę z kolejnymi kłótniami, odwykami i powrotami do narkotyków, obserwuje pełne wdzięku i uroczego poczucia humoru retrospekcje, pokazujące jak blisko na przestrzeni lat były ze sobą wiodące postacie produkcji. I tu pojawia się mój pierwszy, a jednocześnie jeden z poważniejszych zarzutów wobec pracy Groeningena.

Mój piękny syn

Konstrukcja scenariusza, choć momentami chaotyczna, miała ogromny potencjał. Przy tak prowadzonej narracji, reżyser mógł z łatwością wyeksponować lub chociaż zasygnalizować moment, w którym młody artysta z dobrego domu, otoczony kochającymi i wspierającymi go ludźmi, wpadł w najgorszy z możliwych nałogów… A jednak tego nie zrobił. Chociażby przez to, choć aktorzy robią, co mogą, nie umiem się pozbyć wrażenia, że Groeningen, mówiąc kolokwialnie, rzucił im pod nogi nie tylko jedną kłodę, ale cały wycięty w pień las. Bohaterowie wydają się niedopracowani – tam, gdzie nie starczyło czasu, a raczej inwencji, pojawił się ogromnie krzywdzący, przede wszystkim postać Nica, stereotyp, mający w łatwy i przystępny sposób wyjaśnić jego stan. Gdy zdamy sobie sprawę z tego, że reżyser w swojej produkcji skupił się niemal wyłącznie na dwóch osobach, ojcu i synu, traktując postacie drugoplanowe, mówiąc delikatnie, po macoszemu, takie podejście do głównych bohaterów wydaje się kompletnie nieuzasadnione.

Widz może jedynie snuć domysły, czy ojcowska miłość i wsparcie były zbyt duże, przez co przeobraziły się w presję nie do zniesienia dla wrażliwego nastolatka, a być może to rozwód rodziców Nica był momentem krytycznym, po którym jego życie już nigdy nie wróciło na dobre tory? Na ten temat nie wiemy niemal nic. Oczywiście, można przyjąć, że Nic stanowi jedynie barwne tło dla trudów rodzicielstwa, których symbolem jest postać Davida, i to o nim w głównej mierze jest Mój piękny syn. Jeśli jednak wpychamy kogoś w ramy młodocianego narkomana, nie róbmy tego, ubierając go na czarno, włączając mu Nirvanę na cały regulator i wciskając do ręki tomik wierszy Charlesa Bukowskiego, bo jest to zwyczajnie sztampowe, stereotypowe i niesprawiedliwe. Groeningen stworzył zupełnie nieciekawy archetyp niezrozumianego młodego artysty, którego w mocnym uproszczeniu, obok powiedzmy buntowniczej sztuki, definiuje jedynie uzależnienie od mety. Oryginalnie, prawda? A gdzie w tym wszystkim prawdziwy problem, który leży u podstawy narkomanii i alkoholizmu?

Mój piękny syn

Na całe szczęście, postacie, choć nie zostały napisane wybitnie, trafiły na fantastycznych odtwórców – to, co w filmie Groeningena wyczyniają Carell i Chalamet, jest nie do opisania. Właśnie dzięki tym dwóm aktorom, mimo całego akapitu narzekania na niedociągnięcia scenariuszowe i reżyserskie, produkcji Mój piękny syn nie mogę ocenić niższej niż na solidne siedem “gwiazdek”. Niezwykle autentyczna relacja, jaką stworzyli obaj panowie, jest momentami naprawdę ujmująca, a wzruszenia, które nam fundują, nie należą do tych, jak można kolokwialnie powiedzieć, tanich. Znany z kultowego sitcomu The Office Carell idealnie wczuwa się w rolę współuzależnionego ojca, który ze wszystkich sił próbuje pomóc synowi odbić się od dna, choć ten powoli ciągnie go za sobą. Jak na dłoni widzimy dylematy Davida, stopniowo oddalającego się od drugiej żony i dwójki młodszych dzieci, i w napięciu czekamy, w którym momencie nie tylko nie pospieszy synowi na ratunek, ale zatrzaśnie mu drzwi przed nosem. Fantastycznemu Carellowi wtóruje równie dobry, a może nawet lepszy, Chalamet – tu uczciwie muszę zaznaczyć, że jestem ogromną fanką młodego aktora, więc moja ocena może nie być do końca obiektywna. Trzeba jednak przyznać, że przez typowość granej przez siebie postaci, znany z Call me by your name Chalamet nie miał łatwego zadania, a jednak wobec scenariusza, wywiązał się z niego fantastycznie. Kradnie uwagę widza w każdym ujęciu, w którym pojawia się na ekranie i, choć jego nałóg jest w moim przekonaniu zbyt ładnie opakowany, jako osoba uzależniona wypada całkiem autentycznie. Młody aktor po raz kolejny udowodnił, że zasługuje na powtarzany w kuluarach przemysłu filmowego tytuł “księcia Hollywood” i z pewnością w najbliższym czasie nie zabraknie mu zleceń, które, jak mam nadzieję, będzie wybierał równie rozważnie, co do tej pory.

Mój piękny syn

Wiem, że Mój piękny syn zbiera bardzo dobre recenzje – nie inaczej było w przypadku Wielogłosu Mateusza i Sylwii, którzy film, całkiem słusznie, chwalą. Mój problem polega na tym, że tak jak David nie potrafił znieść zmarnowanego potencjału swojego syna, tak ja nie umiem pozbyć się wrażenia, że produkcja Groeningena mogła być znacznie lepsza. Powiem więcej – byłabym zdecydowanie mniej niezadowolona, gdyby Mój piękny syn był filmem beznadziejnym, nie do uratowania. Z czystym sumieniem mogłabym zadowolić moją malkontencką duszę, napisać, że wszystko było nie tak, i po sprawie. Tymczasem mam nie tylko wątpliwości, co do oceny tej produkcji, ale również ogromny niedosyt. Wciąż dręczy mnie wrażenie, że wystarczyło naprawdę niewiele, bym z kina wyszła nie tylko zadowolona, ale i zachwycona, a wierzcie mi – w moim przekonaniu nie ma nic gorszego niż zmarnowany potencjał.

Fot.: M2 Films 


Przeczytaj także:

Wszystkie nominacje do Oscarów 2019

Wielogłos o filmie Kształt wody

Recenzja filmu Tamte dni, tamte noce

Recenzja filmu Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri

Ocena 7
7Ocena ogólna