Ciekawostki,Filmy,Publicystyka

Piątkowa ciekawostka o…: Montaż nie zawsze prawdę ci powie

montaż
montaż

Magia montażu – bez tego zjawiska czynności w filmach trwałyby godzinami. Wszyscy kojarzymy te sceny, kiedy bohater w ciągu kilku prostych ujęć nagle staje się mistrzem sztuk walki lub przemieszcza się na drugi koniec świata między jednym a drugim cięciem. Rocky Balboa wbiega po schodach, bije mięsne tusze i wypija surowe jajko – to wystarcza, żeby zaraz był gotów do walki o mistrzostwo. Oczywiście dla nas to zaledwie kilka minut, podczas gdy dla bohatera mija wiele dni żmudnego treningu. Jednak za pomocą tego prostego zabiegu, filmowcy zawierają z nami niepisaną umowę, że niezależnie od tego, ile trudu i czasu trzeba poświęcić na opanowanie danych umiejętności lub pokonanie niewyobrażalnych dystansów, oni pokażą nam kilka migawek z tego okresu i on w zasadzie już minął. A my się na to zgadzamy, bo jest to wygodne także dla nas. Lecz nie zawsze wszystko wychodzi tak pięknie, a uproszczenia i ułatwienia są wręcz nielogiczne i gdyby obliczyć, ile naprawdę czasu potrzeba, aby dana filmowa scena się wydarzyła, uświadamiamy sobie, jak bardzo filmowcy robią nas w bambuko. Chcecie przykłady? Proszę bardzo.


Potrzebne by były cztery lata, aby baza Starkiller z filmu Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy zniszczyła Senat galaktyczny

Siódmy epizod największej sagi science-fiction w dziejach, będący trochę kalką epizodu czwartego, obfituje w wiele emocjonujących scen akcji. Jedną z nich jest pokaz siły Najwyższego Porządku (będącego popłuczynami po Imperium), który odpala swoją jeszcze większą i jeszcze bardziej niszczycielską Gwiazdę Śmierci… To znaczy, chciałem powiedzieć bazę Starkiller i jednym celnym strzałem sprawia, że cały system planetarny Hosnian, składający się na Senat galaktyczny, przestaje istnieć.

Cel, pal!

Oczywiście wiadomo, że Gwiezdne Wojny to kino SF i eksplozje w kosmicznej próżni są równie spektakularne, zarówno dźwiękowo i wizualnie, jak na powierzchni Ziemi, a ludzie posługujący się tajemniczą Mocą są w stanie poruszać przedmioty za pomocą siły woli. Nie ma co oczekiwać realizmu, ale jednak jakieś zasady naszego wszechświata, jak na przykład grawitacja, zostały zachowane. Załóżmy więc, że „promień śmierci” wysłany przez bazę Starkiller nie porusza się szybciej niż światło. Wiemy oczywiście, że statki kosmiczne mogą poruszać się z prędkością nadświetlną, ale chyba laserowy promień nie posiada własnego napędu hiperprzestrzeni. Wiemy też, że baza Starkiller znajduje się w innym systemie planetarnym, niż Hosnian, ponieważ aby osiągnąć moc operacyjną, stacja musi dosłownie pochłonąć gwiazdę (stąd nazwa). A gwiazda systemu Hosnian wygląda na nietkniętą w momencie eksplozji. W najlepszym razie Starkiller orbituje w sąsiednim systemie. Nie wiemy, jak daleko może się to znajdować, wiemy jednak, jaka jest odległość od naszego Słońca do najbliższego sąsiada, Alfa Centauri – trochę ponad cztery lata świetlne. Oznacza to, że nawet jeśli baza Starkiller znajduje się bliżej, w dalszym ciągu jest to kwestia lat pomiędzy odpaleniem promienia śmierci a momentem jego dotarcia do celu.

Wychodzi więc na to, że cały Senat mógł niespiesznie się ewakuować do innego systemu, tak ze cztery razy.

Cztery lata później.


Wędrówka Gandalfa w poszukiwaniu wskazówek dotyczących pierścienia trwałaby całe lata

We Władcy Pierścieni: Drużynie Pierścienia poznajemy starego hobbita, Bilbo Bagginsa, który przypadkowo ujawnia posiadanie jednego z najpotężniejszych przedmiotów w całym wszechświecie i używa go, aby zabawiać gości na przyjęciu urodzinowym. To tak, jakby ktoś postanowił zagrać w dwa ognie za pomocą bomby atomowej. Nic dziwnego, że Gandalf zaniepokoił się zaistniałą sytuacją, wskoczył na konia i wyruszył w poszukiwaniu wskazówek, aby dowiedzieć się, czy magiczny pierścień Bilbo to jeden z tych złych, czy może ten najgorszy ze wszystkich. Niestety, jego największe obawy okazały się prawdą, czarodziej wskakuje więc na konia i wraca z powrotem do Shire, aby ostrzec Frodo (który stał się spadkobiercą pierścienia) przed niebezpieczeństwem.

Oglądając film, widz zakłada, że Gandalf ogarnia to wszystko w ciągu jednego dnia i wraca następnego wieczoru. Wskazuje na to zresztą fakt, że hobbici dalej balują, a rozmowa między czarodziejem i hobbitem zostaje podjęta jakby tylko na chwilę ją przerwali. Lecz jeśli się nad tym zastanowić, Gandalf powinien zniknąć na o wiele większy okres czasu. Większy w skali nie tyle kilku dni, co raczej kilku lat.

Znalazł się tam nawet Ramsay Bolton.

Miejsce, gdzie udaje się Gandalf to starożytna biblioteka w Minas Tirith (czyli taki odpowiednik Google w Śródziemiu). Kojarzycie zapewne Minas Tirith z finałowej walki w Powrocie króla. Wiecie, to to samo miejsce, do którego dotarcie zajmuje bohaterom trzy filmy. Spójrzcie na poniższą mapę Śródziemia. Shire, gdzie żyją hobbici, znajduje się niemal w lewym górnym rogu, Minas Tirith leży w prawym dolnym rogu, rzut beretem od Mordoru.

Zakładając, że Śródziemie jest krainą wielkości Europy (co zresztą było chyba nawet zamysłem Tolkiena), wychodzi na to, że Gandalf musiał przebyć drogę jak z Francji do Grecji. Konno. Sam Gandalf co prawda jest czarodziejem, ale jego koń raczej nie potrafi się teleportować. Tak więc mała wycieczka Gandalfa w poszukiwaniu wskazówek powinna zająć kilka lat – wystarczająco dużo czasu, aby Sauron zdążył dowiedzieć się, gdzie jest pierścień i zebrać armię.

W dodatku nie zabrał okularów, co daje przynajmniej dodatkowych kilka miesięcy.


Praca WALL-E trwała o wiele dłużej, niż wmawiają nam twórcy

WALL-E to opowieść o uroczym robociku, którego zadaniem jest posprzątanie Ziemi, która stała się jednym wielkim wysypiskiem śmieci, po tym jak ludzie opuścili ją, aby eksplorować kosmos. WALL-E spędza całe dnie, upychając złom do swojej poręcznej zgniatarki śmieci i zamieniając go w zgrabne kostki, które potem układa w gigantyczne stosy o wysokości wieżowców. Otwierający film prolog pokazuje, jak tytułowy robot konstruuje taką właśnie wieżę z odpadków, wśród których widzimy resztki jego mechanicznych pobratymców. Dzięki temu dowiadujemy się też, że WALL-E jest ostatnim w swoim rodzaju, samotnie wykonującym swoje niekończące się zadanie.

W późniejszej części filmu otrzymujemy informację, że czynności te WALL-E wykonywał przez siedemset lat. Jeśli zaufać montażowi, można dojść do wniosku, że zbudowanie jednego takiego śmieciowego wieżowca zajmuje naszemu bohaterowi około dnia, góra dwóch. Lecz jeśli się dobrze zastanowić i zwracać uwagę na szczegóły, ten „dzień”, podczas którego oglądamy dzielnego robocika w początkowej sekwencji, to tak naprawdę około stu lat zbierania, zgniatania i ustawiania śmieciowych kostek.

Kostka Rubika, która wkrótce stanie się częścią śmieciowej kostki. Kostkocepcja!

Według fanów, rozmiary śmieciowej zgniatarki WALL-Ego to jakieś 40 cm3. To istotny szczegół pozwalający określić rozmiar jednej kostki. Co prawda nie wiemy właściwie, jak wysokie są wieże budowane przez robota, ani ile czasu zajmuje mu zrobienie takiej kostki. Przyjmijmy więc optymistycznie, że skompresowanie kupki śmieci do poręcznej formy i dołożenie jej do konstrukcji wieży, zajmuje mu około jednej minuty. Załóżmy też, że wysokość takiego śmieciowego wieżowca dorównuje budynkowi Empire State (381 m). Wniosek, który wyłania się z tych założeń, pozwala stwierdzić, że aby skonstruować taką budowlę, potrzebnych byłoby 50 milionów śmieciowych kostek. Więc, nawet jeśli założymy ten jakże optymistyczny czas jednej minuty na kostkę, to ustawienie pojedynczej wieży zajęłoby 95 lat. Nie wspominając już o tym, że patrząc na to, jak bardzo chwiejne są te konstrukcje, prawdopodobnie nie raz i nie dwa taki wieżowiec runął niczym Jenga, zaraz po dołożeniu ostatniej kostki i trzeba było go układać na nowo. Do tego widzimy, że WALL-E nie pracuje non stop, ma przecież czas, żeby „pobawić” się niektórymi ze znalezionych śmieci. Czyli w ciągu tych 700 lat, które wmówili nam twórcy, WALL-E postawiłby zaledwie siedem śmieciowych wież, a widzieliście, ile ich tam jest?!

A wy myśleliście, że prolog Odlotu jest dołujący…


A może Wy znacie jakieś przykłady mało konsekwentnego montażu?

 

Fot.: United Artists, Lucasfilm, Disney, New Line Cinema, Pixar

Podobne wpisy:

Avatar

Miłośnik lat 80., komiksów Marvela, horrorów i kina klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *