monument

Teatr tańca, performens, ćwiczenie na zaliczenie, proste metafory i jasne odpowiedzi – Jagoda Szelc – „Monument” [recenzja]

Debiut fabularny Jagody Szelc pod tytułem Wieża. Jasny dzień z 2017 roku stanowił nie lada wydarzenie w kręgach polskiej kinematografii. Zdobywca Złotych Lwów za scenariusz i najlepszy debiut reżyserski pomimo fali entuzjastycznych recenzji i opinii znawców kina, nazywany objawieniem, w moim odczuciu nie był niestety niczym więcej niż pseudointelektualnym dramatem psychologicznym pozbawionym treści. Wielu rozpływało się nad wymiarem symbolicznym Wieży i awangardowym, wręcz niespotykanym klimatem. Czy nie brzmi to jak opis średniej jakości wytworu sztuki współczesnej, z którymi mamy do czynienia aż nazbyt często? Czy nie jest to jedynie usprawiedliwienie dzieła – owszem, ale któremu daleko do artystycznego ideału? Rozumiem punkt widzenia reżyserki mówiący, że kino stanowi trop pozbawiony klucza interpretacyjnego, pozostawia dowolność znaczeń i możliwość odbioru treści na swój sposób i zamiast szukać jasnych i prostych rozwiązań, warto skupić się na samym doświadczeniu filmowego przeżywania. Owszem, jest to dla mnie jasne w przypadku Tarkowskiego, który rozpoczynał od adaptacji prozy Hemingwaya, by później nakręcić ZwierciadłoRublowa. Rozumiem również Deszcz pada na naszą miłość Bergmana, a także pierwsze filmy Kubricka, nad którymi można by polemizować. Niestety nieudolność kierowania się wyżej wymienioną dewizą przez reżyserkę sprawia, że nie potrafię przekonać się zarówno do filmu Wieża. Jasny dzień, jak i Monumentu. Bowiem zamiast dzieł dorównujących poziomem do wyżej wymienionych artystów, a nawet nie tyle samym poziomem, co po prostu przekazem i wymową treści, na samym wstępie filmowej przygody Jagody Szelc otrzymujemy nic innego jak zwykłą przeegzaltowaną „artystyczną” papkę.

W jednej ze szkół filmowych ktoś kiedyś powiedział, że podczas podejmowania pracy nad filmem reżyser nie musi wiedzieć, o czym będzie opowiadała fabuła. Ta informacja bowiem może objawić się w trakcie. Jagoda Szelc, choć zdawałoby się kierowana od samego początku tymi słowami, do samego końca nie ustosunkowuje się do drugiej części owego motta. Monument, choć w moim odczuciu odrobinę lepszy niż Wieża, nadal pozostawia wiele do życzenia. Budowa filmu jest poprawna – i tego nie można mu odmówić. Mamy wstęp, rozwinięcie, zakończenie, no i jakiś scenariusz. Wystarczy jednak wniknąć odrobinę głębiej, by dojść do wniosku, że właściwie to tylko pozory i klisze: napięcie znane z horrorów ulatuje tak samo szybko, jak się pojawia, a odpowiedzi na pytania pojawiają się szybciej, niż zdążymy się zastanowić nad ich rozwiązaniem. Jeśli to miał być gest w stronę widza, który rzekomo narzekał na niejasne zakończenie Wieży, to niestety, ale błędów tak się nie rekompensuje.

Fabuła opowiada o grupie studentów hotelarstwa, którzy trafiają do obskurnego hotelu na praktykę. Liczą na wyjazd pełen rozrywek, jednakże ich oczekiwania szybko weryfikuje despotyczna, surowa domina Menadżerka. Jeden ze studentów aktorstwa…. przepraszam: hotelarstwa, znika w tajemniczych okolicznościach, a w hotelu dzieją się rzeczy, które filozofom się nie śniły.

Monument broniłby się gdyby skrócić go o połowę. Z wizualnego obrazu, który serwuje nam Jagoda Szelc, można by stworzyć całkiem przyzwoity teledysk, którym nie pogardziłyby rodzime gwiazdy polskiej sceny muzycznej. Obraz to, zdawałoby się, jedyny plus całej pełnometrażowej produkcji. Kilka scen poprzez swoją niebanalną konstrukcję i aranżacje zapada w pamięć – na przykład ukazanie pory posiłku studentów ubranych w uniformy na kuchennym zapleczu. Niestety film pełnometrażowy to nieco więcej niż sam obraz, a oglądając Monument, odnosi się wrażenie, że jest to klasyczne ćwiczenie warsztatowe, które w ramach zaliczenia musi przygotować student reżyserii w szkole filmowej. Fakt czerpania z twórczości uznanych reżyserów i liczne inspiracje nie sprawiają jednak, że film ma prócz wtórności i dobrze skonstruowanych kadrów wiele więcej do zaoferowania.

Podsumowując, reżyserce nie można odmówić stylu. Nie doświadczymy także wielu polskich, nowych produkcji, które z równą pieczołowitością będą odnosiły się do twórczości Tarkowskiego, Kubricka czy założeń Dogmy, za co bez wątpienia należy pogratulować reżyserce. Docenić należy również aktorów (dyplom aktorski Szkoły Filmowej) oraz umiejętności sprawnie zorganizowanej produkcji, biorąc pod uwagę czas (sześć miesięcy) i okoliczności (niski budżet) powstawania filmu Monument. To jednak nie wystarczy, by rozpływać się nad nową jakością i powiewem świeżości w polskim kinie młodego pokolenia. W oczy razi bowiem brak tego, co wyróżnia artystów na tle pozostałych twórców – głębi. Film ten, podobnie jak Wieża. Jasny dzień, to średniej jakości kino artystyczne albo raczej dzieło, które pretenduje do tego tytułu. Nie można mu odmówić dobrego rzemiosła i przemyślanej gatunkowej realizacji. Nie jest on jednak niczym więcej niż dobrej jakości ćwiczeniem formalnym, które należałoby skrócić o połowę, by powstał z tego video art mogący zdobić wnętrze jednej z galerii sztuki współczesnej.

Fot.: Velvet Spoon


Przeczytaj także:

Recenzja filmu Atak paniki

monument

Write a Review

Opublikowane przez

Klaudia Rudzka

Kino w każdej postaci, literatura rosyjska, reportaż, ale nie tylko. Magister od Netflixa, redaktor od wszystkiego. Właściwy człowiek we właściwym miejscu – chętnie zrelacjonuję zarówno wystawę, koncert, płytę, jak i sztukę teatralną.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *