Filmy,Oscary 2019,Recenzje

Wszystkim znana historia opowiedziana inaczej – Bradley Cooper – “Narodziny gwiazdy” [recenzja]

narodziny gwiazdy
narodziny gwiazdy

Wydawać by się mogło, że o miłości artyści powiedzieli już absolutnie wszystko, a ja bez bicia przyznaję, że tak – piętnuję ślepe podążanie za kinową konwencją. Zazwyczaj. Osoba postronna mogłaby więc powiedzieć, że nie mam czego szukać na sali kinowej, w której trwa seans klasycznego romansu, bo dla siebie znajdę tam jedynie drzwi z napisem Wyjście. Jeśli do tego dodamy, że romans ten jest trzecim, a jak niektórzy twierdzą, nawet czwartym (!) remakiem filmowym tej samej historii, którą w zasadzie cały świat zna od zarania dziejów, należy założyć, że zwolennicy artystycznego szaleństwa i eklektyzmu, delikatnie mówiąc, nie będą zachwyceni. Okazuje się jednak, że w ostatecznym rozrachunku przy odbiorze sztuki liczy się tylko jedno – emocje, których w dobrze poprowadzonych i zrealizowanych dramatach nigdy nie brakuje. Tak oto historię toksycznej miłości widziałam miliony razy, ale Blue Valentine wciąż chwyta mnie za serce; emocjonalnie podobny scenariusz zobaczyłam po raz kolejny w Zimnej wojnie – znowu zadziałał. Nieco inną, a jednak podobną relację między dwojgiem ludzi w swoim debiucie reżyserskim przedstawił Bradley Cooper i tak – w tym przypadku również nie obyło się bez pofilmowej depresji. Wszystkie te produkcje są dowodem na to, że oparcie nawet do bólu klasycznej historii na odpowiednio autentycznym duecie aktorskim, w którego uczucia widzowie wierzą, jest niezawodnym sposobem na sukces, przynajmniej w kwestii uznania publiczności. Całym tym przydługim wstępem chcę powiedzieć jedynie, że Narodziny gwiazdy, choć niemiłosiernie konwencjonalne i na jakimś poziomie niezwykle przewidywalne, opowiadają o uniwersalnych emocjach w sposób, który złamie największego cynika. Zacznijmy jednak od samego początku.

Pod drzwi lokalu w okolicy, do której niebezpiecznie jest zapuszczać się po zmroku bez paralizatora, podjeżdża limuzyna, kompletnie niepasująca do otoczenia. Z luksusowego auta wysiada Jackson Maine – zniszczony długimi latami picia gwiazdor muzyki country, który, by uczcić udany występ, jak co dzień, postanowił wylać morze alkoholu bynajmniej nie za kołnierz. Szczęśliwym zrządzeniem losu, opróżniona w drodze butelka ginu sprawia, że sceniczny weteran chwiejnym krokiem przekracza próg speluny, w której za chwilę rozpocznie się muzyczne show drag queens. Nie żeby to Jacksona w ogóle obchodziło – on zmierza prosto do baru. Na szczęścia jego uwagę przykuwa ona – Ally. Odbiegająca od kanonu klasycznego piękna i z toną charakteryzacji na twarzy, chwyta za serce wszystkich zgromadzonych w pubie w rytm muzycznej klasyki, La vie en rose. Jackson już wie, tak jak wiedzą o tym wszyscy w kinie, że musi ją poznać. I na przestrzeni całego filmu poznaje lepiej niż ktokolwiek inny.

Od tego wieczoru rozpoczyna się burzliwy romans zakompleksionej muzycznej amatorki z destrukcyjnym gwiazdorem na dorobku, który woli wyjść po paru kreskach na scenę niż przyznać, że jego kariera dobiega końca. Dwóch skrajnie różnych bohaterów; z jednej strony obsesyjnie zabiegająca o aprobatę otoczenia dziewczyna, która wychowywała się wśród oderwanych od rzeczywistości hazardzistów, a z drugiej mężczyzna, który pod fasadą pewności siebie teksańskiego kowboja, skrywa skrzywdzonego chłopca, topiącego uczucia w morzu ginu. Na przekór tym różnicom połączyła ich muzyczna wrażliwości, a to połączenie widać od pierwszej sekundy, w której para pojawia się razem na ekranie. Dzięki temu, choć Jackson i Ally zakochują się niemal od pierwszego wejrzenia jak w słabej komedii romantycznej, pozostają niezwykle autentyczni, a ich uczucia są zupełnie nienachalne. Pomagają w tym świetnie rozpisane dialogi, które w pierwszej części filmu, okraszone subtelnym poczuciem humoru, wypadają zwyczajnie uroczo. I tu dochodzimy do pierwszej, bezapelacyjnie największej zalety produkcji Coopera, bez której ten film po prostu nie mógł się udać: aktorstwa.

Mimo że Cooper całą produkcję dość bezpiecznie oparł na klasyce, przy obsadzeniu głównych ról wykazał się ogromną odwagą i to ryzyko się opłaciło. Już w połowie seansu wiedziałam, że największym wyzwaniem tej recenzji będzie niezrobienie z niej hymnu pochwalnego dla Bradleya Coopera i Lady Gagi. Ta dwójka jest nie tylko definicją Narodzin gwiazdy, ale najlepszym duetem, jaki widziałam od dawna, z niepodrabialną wręcz chemią, którą widać w absolutnie każdym ujęciu. Kiedy pomyślę o Ally, jak o naturalnej, dość prostolinijnej dziewczynie z charakterem, która jak już kocha, to całą sobą, w żaden sposób nie łączy mi się to z ekscentryczną celebrytką. Na szczęście twórcy filmu myśleli mniej sztampowo niż ja, bo wybór głównej aktorki nie mógł być lepszy. Zaczynając od pierwszej sceny, w której Lady Gaga pojawia się na ekranie, przez jej początkowe interakcje z Bradleyem, ujęcia na parkingu, podczas których po raz pierwszy słyszymy cudowne Shallow, aż po drugą, ogromnie dramatyczną część filmu… W każdej sekundzie jest absolutnie fantastyczna. Ally kocha Jacksona, gdy ten pierwszy raz wyciąga ją na scenę i czyni z niej gwiazdę, i takim samym uczuciem darzy go, gdy zniszczony muzyk stacza się na samo dno, powoli ciągnąc ją za sobą. Nie jest to miłość łatwa, a jednak widać ją w każdym najdrobniejszym geście czy spojrzeniu Lady Gagi i żadne słowa nie są tu potrzebne.

Oczywiście filmowy partner piosenkarki nie pozostaje jej dłużny. W moim przekonaniu na ogromne uznanie zasługuje to, jak duże pole do popisu stworzył koleżance Cooper, łamiąc nieco stereotyp reżysera, obsadzającego siebie w głównej roli własnego filmu. Mimo tego i sam twórca wykreował niesamowicie mięsistą postać, zgrabnie manewrując między archetypami wiecznie nieszczęśliwego i nigdzie niepasującego ze swoją wrażliwością artysty, a walczącego z ukrytymi demonami alkoholika. Również u Coopera, jak w przypadku Gagi, uczucie jest obecne w każdym, nawet najkrótszym spojrzeniu na partnerkę, jednak w jego przypadku oczy są przepełnione nie tylko miłością, ale i poczuciem winy – Jackson wie, jak bardzo krzywdzi Ally, za co siebie nienawidzi i ta nienawiść powoli go wykańcza. O ile pierwsza połowa filmu nie do końca przygotowuje nas na to, co stanie się później, o tyle mniej więcej w połowie seansu główny bohater nie radzi już sobie z absolutnie niczym. Zdobyte na przestrzeni lat nałogi, okrucieństwo show biznesu, nowy wizerunek Ally, tak niezgodny z tym, do czego Jackson przywykł, zazdrość o sukcesy ukochanej i równie toksyczna relacja z bratem (w tej roli fantastyczny Sam Elliott)… To wszystko składa się na obraz człowieka zniszczonego do cna, co Cooper wykreował niesamowicie. Zaczynając od przepitego i przepalonego barytonu, przez wizerunek i gestykulację, kończąc na cieniu zawadiackiego uśmiechu, który im dłużej trwa film, tym rzadziej gości na twarzy głównego bohatera – każda z tych z pozoru drobnych rzeczy sprawia, że Coopera czasami wręcz trudno poznać. Mimo tego pozwolił widzom przywiązać się do granej przez siebie postaci, przez co, jako twórca filmu, z taką łatwością stworzył zakończenie wprost grające na ich emocjach.

Choć aktorstwo jest bez wątpienia największą zaletą Narodzin gwiazdy, nie byłoby tak uwydatnione, gdyby nie aspekty techniczne, a przede wszystkim prowadzenie kamery. Nie wiem, czyim pomysłem była praca na ciągłym zbliżeniu, jednak wypadło to wręcz fantastycznie. Twórcy filmu sprawili, że nawet podczas scen (swoją drogą świetnie zrealizowanych) koncertowych aktorom udało się uszczknąć odrobinę intymności, a cały obraz przywodzi nieco na myśl amatorsko kręcone kasety, którymi ludzie żyjący w latach 90. mają wypełnione całe kartony. Tak osobisty charakter filmu sprawił, że żadnego mankamentu aktorskiego nie dało się ukryć, ale, na całe szczęście, w zasadzie nie było czego ukrywać. Świetne ujęcia skupiły się jednak nie tylko na emocjach aktorów – Cooper z mistrzowską precyzją dopracował detale, które obok kreacji aktorskich i piosenek, pełniących rolę chóru rodem z greckich dramatów, uzupełniają opowiedzianą przez reżysera historię. Szczególnie widać to w zakończeniu, którego nie mogę nie omówić, pisząc recenzję tego filmu… Tak więc, UWAGA!

 

SPOILER ALERT!

 

Jeśli nie jesteście zaznajomieni z fabułą poprzednich wersji Narodzin gwiazdy i widzieliście mniej niż połowę najnowszego filmu, omińcie proszę ten fragment tekstu. Jeśli jednak jakimś cudem zobaczyliście więcej niż godzinę produkcji Coopera, z pewnością domyśliliście się zakończenia i to, co zaraz napiszę, nie będzie dla Was żadnym zaskoczeniem… Co jest zresztą jedną z największych wad Narodzin gwiazdy.

Zaczynając jednak od początku, należy wspomnieć, że film jest scenariuszowo podzielony na dwie części, które pod względem tempa akcji są wyjątkowo nierówne. Mniej więcej przez połowę czasu obserwujemy stopniowy rozwój relacji Jacksona i Ally, natomiast od pewnego momentu scenariusz przyspiesza, przez co staje się mniej spójny. Wątki drugoplanowe Cooper traktuje nieco po macoszemu, w finalnej fazie produkcji w stu procentach skupiając się na ostatecznym upadku granego przez siebie bohatera. Nie do końca przygotowani na to, co mamy zobaczyć, od fantastycznie wygranej sceny z gali Grammy, nieuchronnie zmierzamy do końca, będącego swoistą pułapką emocjonalną zastawioną na widza wprost perfekcyjnie.

Odstawmy jednak na bok moje malkontenckie zapędy i skupmy się na wspomnianej wcześniej dbałości o techniczne detale. Nieco rozbawiony swoim wspomnieniem Jackson opowiada o nieudanej próbie samobójczej, której dokonał niedługo przed śmiercią swojego ojca, chcąc się powiesić. I kiedy widzimy, jak załamany rozmową z managerem Ally muzyk wysiada chwiejnym krokiem z auta przed domem, możemy pomyśleć; ok, przerwał terapię i znowu się nawalił. Jednak zbliżenie na trzymany przez niego pasek od spodni, sprawia, że podświadomie wiemy, co się za chwilę wydarzy. Gdy do tego Bradley w mistrzowski sposób dokłada ujęcie na ściągany przez Jacksona kapelusz, przysięgam, że cała sala kinowa wstrzymuje oddech – mimo że jesteśmy w Polsce, wiemy przecież, co znaczy ściągnięcie nieodłącznego nakrycia głowy w przypadku kowboja. Choć tragedia już od jakiegoś czasu wisi w powietrzu i przewidziałam ją przynajmniej pół godziny wcześniej, Jackson umiera, a ja chcę po prostu opuścić salę kinową, byle tylko nie patrzeć na dramat, który za chwil parę na naszych oczach przeżyje Ally. Być może wybierając takie zakończenie, Cooper poszedł po najmniejszej linii oporu i nie każdy z Was da się złapać na tak oczywisty emocjonalny szantaż, jednak gwarantuję, że jeśli pozwolicie sobie na przywiązanie się do bohaterów, trochę z nimi pocierpicie.

KONIEC SPOILERÓW

Nie zrozumcie mnie źle – jestem świadoma, że ten film nie jest wolny od wad i naprawdę daleko mi do nazwania go arcydziełem. Nie przekonuje mnie też to, że w zasadzie już teraz mogłabym go dodać do kategorii Oscary 2019 i pewnie bym się nie pomyliła, a jednak jestem nim zachwycona. Dlaczego? Znany brytyjski krytyk powiedział niegdyś, że prawdziwą funkcją sztuki jest wyrażenie uczucia i przekazanie zrozumienia. Idąc tym tropem, dojdziemy do całkiem prostego wniosku – sztuka to emocja, a jeśli przyjmiemy takie kryterium oceny filmów, wierzcie mi, Narodziny gwiazdy są jednym z tych, na które warto się wybrać do kina. Bradley Cooper, w znanej wszystkim historii, przedstawił nieznane do tej pory w Hollywood intymne spojrzenie na relację łączącą dwójkę ludzi, których dzieli wszystko poza muzyczną wrażliwością. Tym samym reżyser pokazał nam, że każde pokolenie, zaczynając od pierwszej wersji filmu z 1937 roku, zasługuje na swoją wariację na temat ponadczasowego uczucia – nasi rodzice mieli Barbrę Streisand i Krisa Kristoffersona, a my mamy Lady Gagę i Bradleya Coopera. I wierzcie mi, tego duetu nie zamieniłabym na żaden inny.

Lady Gaga, Bradley Cooper - Shallow (A Star Is Born)

 

Fot.: Warner Bros Entertainment Polska


Film Narodziny gwiazdy obejrzeliśmy dzięki Cinema City

 

Podobne wpisy:


Ocena 8
8Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *