Destrukcja

Nie do końca o żałobie – Jean-Marc Vallée – „Destrukcja” [recenzja]

Rozpad ma wiele przyczyn, zwłaszcza jeśli dokonuje się wewnątrz człowieka. Czasami następuje stopniowo, powodowany przez milion drobiazgów, spośród których któregoś dnia jeden, który niczym się nie wyróżnia, przelewa czarę goryczy, tama puszcza i rozpad dokonuje się ostatecznie, ujawniając jednocześnie swoje oblicze także przed otoczeniem. Innym razem dokonuje się nagle, w wyniku niespodziewanej tragedii, sytuacji, na którą nie byliśmy przygotowani i z którą nie możemy sobie poradzić. Ofiarą takiego właśnie natychmiastowego i niespodziewanego rozpadu staje się główny bohater filmu Destrukcja, Davis, którego postawa zdaje się wzbudzać w otoczeniu niezrozumienie, a także – co chyba najsmutniejsze – rozczarowanie.

Davis (w tej roli bezbłędny Jake Gyllenhaal) to mężczyzna, o którym nie wiemy zbyt wiele, a przynajmniej niewiele wiemy o tym, jaki był przed tragedią, która go spotkała. Wydarza się ona bowiem niemal na samym początku filmu. Davis i jego żona Julia jadą samochodem, nawet nie tyle kłócąc się, co dyskutując o przeciekającej lodówce, kiedy w ich samochód z ogromnym impetem uderza inny. Pojazd nie wjeżdża w nich ani z tyłu, ani z przodu, lecz uderza ich w bok – dokładnie ten, gdzie znajduje się fotel kierowcy, a więc miejsce, na którym w chwili wypadku siedziała kobieta. W związku z tym skutki wypadku dla męża i żony są zupełnie różne – on wychodzi z niego co prawda cudem, ale jedynie z kilkoma zadrapaniami i siniakami, ona – nie opuszcza szpitala żywa. Reakcja Davisa w ciągu pierwszych godzin od śmierci żony może nas dziwić, ale nie wydaje się nadzwyczajnie nietypowa. Pozorny spokój tłumaczymy sobie szokiem, który zapewne później ustąpi miejsca agresji, rozpaczy, depresji. Tymczasem wdowiec skupia się na czymś, co dla postronnego obserwatora wydaje się kompletnie absurdalne – pisze list do firmy produkującej maszyny ze słodyczami. Do jednej z takich maszyn podszedł Davis w szpitalu, tuż po tym, kiedy dowiedział się, że Julia nie przeżyła wypadku, chcąc za wrzucone tam drobne, otrzymać paczkę słodkich M&M’s-ów. Maszyna jednak odmawia posłuszeństwa, w związku z czym mężczyzna odchodzi korytarzem z pustymi rękami.

Czy jednak postawa Davisa jest normalna? Zdenerwował się na zepsutą maszynę – w porządku, zdarza nam się wybuchać gniewem lub po prostu zdenerwować się z powodu większych błahostek. Postanowił napisać list do wytwórcy maszyny – również w porządku, po to przecież zostały stworzone działy obsługi klienta, po to są podawane adresy do kontaktu z firmami; konsumenci mają prawo wyrażać swoje niezadowolenie i kierować wszelkie uwagi. Davis jednak poszedł o kilka kroków dalej i głównym wątkiem swojego listu nie uczynił zepsutej maszyny, lecz wykorzystał ją jedynie jako pretekst do osnucia wokół niej historii o śmierci żony i swoim życiu – i to już zdecydowanie nie jest typowym zachowaniem. Nie jest typowym dla reszty typowego społeczeństwa, rzecz jasna. I w zasadzie cała magia filmu Destrukcja tkwi w tym, że jego twórcy uczą nas, jak zacierać granice między tym, co normalne i typowe, a tym, co dziwne i do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni. Można tutaj oczywiście napisać bardzo długi akapit o tym, że każdy przeżywa żałobę inaczej, a Jean-Marc Vallée stworzył dzieło właśnie o jednym ze sposobów radzenia sobie ze stratą ukochanej osoby. Nie potrafię jednak do końca przekonać się do tego, że właśnie o żałobie opowiada Destrukcja. Taka interpretacja wydaje się zbyt prosta, nieco płytka i odrobinę niesprawiedliwa zarówno dla samego filmu, jak i Gyllenhaala, który wykreował zapadającego w pamięć bohatera – wyjątkowego na tle wielu filmów i ról.

destrukcja 10

Jeśli nie o radzeniu sobie z żałobą, to o czym opowiada Destrukcja? Odpowiedź na to pytanie nie będzie zadowalająca dla tych, którzy lubią konkrety i jasne stawianie sprawy. Ten nietypowy pod wieloma względami film opowiada bowiem – przynajmniej w moim odczuciu – o ogólnym rozpadzie, o destrukcji wszystkiego, co w nas siedzi i nas tworzy, co odpowiada za to, kim jesteśmy i kim jeszcze możemy się stać. Niezwykle ważną i widoczną problematyką tego dzieła jest poza tym radzenie sobie z wyrzutami sumienia w sytuacji, kiedy nie jesteśmy już w stanie nic zmienić, kiedy wiemy, że nawet, jeśli zaakceptujemy swoje błędy lub niewłaściwe postępowanie, cień konsekwencji będzie prześladował nas do końca życia. Davis mierzy się po śmierci żony z dodatkowym problemem, o którym na głos nie może powiedzieć – decyduje się na to dopiero wobec niemal obcego pasażera pociągu, z którym zna się z widzenia i z wymiany krótkich zdań w drodze do pracy. Davis wyznaje mu, że nie kochał swojej żony. W tym momencie jego sytuacja stawałaby się o wiele łatwiejsza do zniesienia – ale czy tak jest naprawdę? Związek pozbawiony miłości podczas rozpadu nie rani żadnej z osób. Jeśli jedna z nich umiera, druga teoretycznie powinna odczuwać cierpienie nieporównywalnie mniejsze z tym, które przeżywają ci, którzy kochali zmarłego. Czy jednak aby na pewno twórcy nie pogrywają sobie z nami? Czy Davis sam nie wmawia sobie braku uczucia do Julii, aby szybciej i mniej szkodliwie przejść przez cały proces żałoby? Nie otrzymujemy odpowiedzi na to pytanie podczas seansu… czy raczej – te odpowiedzi mogą być różne w zależności od naszej interpretacji i tego, co chcemy zobaczyć i w co wierzyć.

Po kilku obszernych listach Davisa wysłanych do firmy produkującej maszyny ze słodyczami, odzywa się do niego kobieta pracująca tam w dziale obsługi klienta. Nie dzwoni jednak jako pracownica, bo gdyby tak było, nie wybrałaby numeru o drugiej w nocy. Powoduje nią niezwykła litość i zrozumienie, czy może sumienie nie pozwala jej postąpić inaczej? Bez względu na odpowiedź, między owdowiałym Davisem a nieradzącą sobie z życiem Karen rodzi się niespodziewana więź, która obejmie także jej nastoletniego syna. Chłopak, przeżywający swoje własne problemy, wpłynie na proces leczenia Davisa w równym stopniu co spotkania z jego matką, a może nawet w większym. Rozpad, który dokonuje się w mężczyźnie, jest dla niego niezrozumiały, dlatego w celu zwizualizowania go i próby podjęcia walki – zaczyna sprawiać, że rozpadają się na części otaczające go przedmioty. Rozbiórce ulega jego firmowy komputer, kabina w toalecie, ekspres do kawy, który zamówiła jego żona, a z czasem niemal cały dom. Symbolika jest jasna i nieskomplikowana, ale poprzez dystans Davisa i dziwaczność jego zachowań, która opiera się w dużej mierze na spokoju i braku złości, staje się wyjątkowa i ważna.

Destrukcja 2

Film, za którego reżyserię odpowiada Jean-Marc Vallée, ma momenty, kiedy zabawa formą i abstrakcją wysuwa się na pierwszy plan. Nawet wspomnienia Davisa nie są tu typowe, zdają się nierzeczywiste, tworząc jedynie przebłyski, ulotne kadry, rozbłyskujące w jego głowie niespodziewanie na kilka sekund. Pojawia się wtedy postać Julii, najczęściej na plaży, wpatrująca się w kamerę (czyli zapewne w swojego męża, jeśli pozostaniemy w świecie przedstawionym). Oglądając te kadry, miałam mgliste skojarzenia z filmem Dzień świra, ale zasadzały się one wyłącznie na tych kilku momentach i dotyczyły jedynie ujęć, wspomnień kobiecej postaci na plaży, której wizerunek zdaje się rozmywać na tle wielkiej wody i niepoliczalnych ziarenek piasku. Świetnie wypadły montażowo fragmenty, w których widzimy ujęcia Gyllenhaala w tłumie ludzi – idącego z słuchawkami na uszach lub bez. Wyróżnia się na ich tle, choć sami przechodnie nie zlewają się ze sobą, dostrzeżemy czyjeś spojrzenie, podejrzymy ukradkowe ziewanie. Davis jest dzięki temu wyjątkowy, ale nie mamy wrażenia, że jest jedyny – reżyser nie czyni z niego jedynego człowieka przeżywającego swoje problemy i dramaty. Wyróżnia go jedynie na chwilę, na czas filmu, pozostawiając nas z wrażeniem, że takich Davisów może być więcej.

Jake Gyllenhaal w roli człowieka przeżywającego wewnętrzny rozpad spisał się rewelacyjnie. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie na jego miejscu nikogo innego. Aktor ma w sobie tę specyficzność, która pozwala mu grać zarówno role zwyczajne, jak i te nietuzinkowe, pozostając przy tym pełnym uroku i przede wszystkim wiarygodnym i naturalnym. Choć przez sporą część filmu jego mimika musi pozostać niemal nienaruszona, to nie jest ona statyczna, bo pomimo nieruszających się mięśni, Gyllenhaal grać umie także spojrzeniem i nawet w jego bezruchu zawierają się emocje, które da się zinterpretować. Zmiany nastroju, momenty pełne energii w jego wykonaniu nie są z kolei przesadne, ale zawiera się w nich czysta radość; spektrum emocji, które pokazuje aktor, jest niesamowicie wiarygodne, co wbrew pozorom nie jest takie łatwe do pokazania w obliczu problematyki, którą porusza Destrukcja. Niewiele do pokazania miała natomiast Naomi Watts, ponieważ postać Karen wydaje się wiecznie zmęczona, nijaka i szara. Aktorka nie zawiodła w tej roli, ale też scenariusz nie sprawiał raczej większych trudności, jeśli chodzi o wykreowanie takiej osoby. Dwoje pozostałych aktorów, którzy mieli do pokazania nieco więcej niż kilka min w kilku kadrach to Chris Cooper, który zagrał ojca Julii, a jednocześnie pracodawcę Davisa, a także Judah Lewis wcielający się w Chrisa – syna Julii. Cooper zagrał poprawnie i jego postać na początku filmu budzi chyba największą sympatię – ból po stracie córki widoczny jest na jego twarzy za każdym razem, kiedy na nią spojrzymy. On przeżywa żałobę w sposób – powiedzmy – typowy i widać to gołym okiem, kiedy patrzymy na zasmucony wyraz twarzy czy niewielki wybuch złości. Swoją drogą, w pewnym momencie Phil wygłasza monolog o tym, że nie ma żadnej nazwy na rodzica, który stracił dziecko i choć jest to oczywiście prawda, ostatnio dość często w filmach i książkach wykorzystuje się ten fakt, przez co nieco wyblakł on, choć oczywiście nie stracił na ważności.

destrukcja 8

Destrukcja pokazuje, że nietypowe przeżywanie pewnych sytuacji, ukazywanie emocji bądź duszenie ich w sobie w sposób, który nie jest właściwy dla większości społeczeństwa – budzi sprzeciw otoczenia przez sam fakt, że wybiega poza margines. Często wychodzimy z założenia, że jeśli ktoś nie przeżywa czegoś w taki sam sposób jak my lub chociaż podobny – czuje mniej, a jego ból czy tragedią są wtedy deprecjonowane. Film porusza również problem odmiennej orientacji seksualnej i reakcji otoczenia na ten fakt – co również wpisuje się w pojęcie odmienności i tego, jak zostanie ona przyjęta. Jeśli bowiem coś wychodzi poza schemat – budzi niepokój, a stąd już tylko krok do agresji lub odwrócenia wzroku, odmowy słuszności. Absolutnie niesłusznie nazwana komedią produkcja pokazuje ludzi w różnym wieku i różnej płci, których wewnętrzny świat został rozłożony na części pierwsze jakąś niewidzialną ręką. I tak jak podczas procesu dekonstrukcji muszą oni przyjrzeć się każdej z nich, nie bacząc na otaczające ich “zewnątrz”, zrozumieć, a później złożyć od nowa tak, aby zacząć żyć. Ponownie, tym razem ze zrozumieniem siebie i wszystkich drobnych mechanizmów.

Film nie uciekł niestety od kilku schematów, z czego dwa – dotyczące jednego wątku – były na tyle przewidywalne, że miałam ogromną nadzieję, iż nie pojawią się w tej produkcji. Pojawiły się jednak i chociaż burzy to w pewien sposób emocjonalny i abstrakcyjny zarys filmu, wybiegając poza jego ramy, to przecież właśnie o tym opowiada – o wychodzeniu poza wyznaczone granice. Z tym że dla Destrukcji oznaczało to powrót do kilku znanych elementów, tak aby całe dzieło nie odbiegało za bardzo od typowości, aby dało się je zrozumieć, aby móc je odnieść i porównać do czegoś, co znamy. Amerykański dramat jest jednak na tyle wyjątkowy i na tyle spotkał się z moją przychylnością, że te dwa typowe zagrania, nie burzą mojej pozytywnej oceny. Zachwiały nią nieco, kiedy dały o sobie znać, ale ostatecznie na nią nie wpłynęły. Poza tym cały czas nie daje mi spokoju myśl, że gdyby nie kilkoro znanych aktorów w obsadzie, Destrukcja nie trafiłaby do multipleksów ani do świadomości niedzielnego widza – podzieliłaby losy wszystkich tych ambitniejszych filmów, których plakaty zapełniają szyby i wnętrza kin studyjnych i o których słuch dość szybko ginie. I jeśli pójdziemy dalej tropem wychodzenia poza to, co znane i typowe – uznamy to za ogromny plus produkcji.

destrukcja 11

Fot.: United International Pictures

Destrukcja

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.