Nie ma zbrodni doskonałej – Erik Von Looy – “Loft” [recenzja]

Zwiastuny Loft obiecują wszystko, co powinien zawierać dobry thriller: tajemnicę, duszną atmosferę, napięcie i… piękne kobiety. Choć film jest dziełem niezbyt znanego reżysera – Erika Von Looy’a – trzeba przyznać, że zachęcił zarówno niezłą obsadą, jak i intrygującą fabułą. Co ciekawe, Von Looy podchodzi do tego tematu już po raz drugi – w 2008r. ukazał się jego film o identycznym tytule i opisie, produkcji belgijskiej. Przeszedł on zupełnie bez echa, najwidoczniej jednak historia ma potencjał i Looy postanowił ponownie spróbować swoich sił, tym razem realizując obraz w bardziej hollywoodzkim stylu. Jego wysiłki przyniosły zdecydowanie lepsze owoce, bo o Loft było głośno już od miesięcy. Pytanie nasuwa się samo: czy faktycznie warto było po raz drugi wchodzić do tej samej rzeki?

Pięciu przyjaciół wspólnie wynajmuje ekskluzywny apartament na ostatnim piętrze drapacza chmur. To ich azyl, tu mogą w spokoju odetchnąć od obowiązków rodzinnych, żon i pracy, ale wykorzystują to miejsce również do spotkań z kochankami, dlatego nikt spoza ich kręgu nie może się dowiedzieć o jego istnieniu. Pozornie prowadzą wzorowe życie: dobrze płatne stanowiska, ciągłe sukcesy, piękne domy, udane małżeństwa i spotkania towarzyskie. Szkoda byłoby zepsuć ten idealny obrazek przez np. nieopatrzne użycie karty kredytowej w hotelu, dlatego panowie zdecydowali się na powyższe rozwiązanie. Sprytnie.

Sytuacja się komplikuje, kiedy pewnego ranka Luke (Wentworth Miller) odkrywa w łóżku zwłoki kobiety. Każdy z nich wydaje się zdezorientowany, żaden nie przyznaje się do znajomości z zamordowaną, ale skoro tylko oni mają klucze do apartamentu, wydaje się niemożliwe, by zrobił to ktoś obcy. Z minuty na minutę robi się coraz bardziej nerwowo, padają różne oskarżenia, a zaufanie między kolegami zostaje mocno nadszarpnięte.

527523_1.1

Stopniowo, przy użyciu retrospekcji, Looy odkrywa kolejne karty łamigłówki, które z każdą chwilą powodują u widza  coraz większe zmieszanie i dezorientację. Tak na dobrą sprawę daje każdemu mężczyźnie motyw do popełnienia zbrodni. Przyznaję, że umiejętnie poprowadził akcję, udało mu się stworzyć gęsta atmosferę, którą autentycznie można było kroić nożem. Fabuła angażuje widza niemal od samego początku, w głowie kłębią się domysły, gorączkowo próbujemy dopasować do siebie poznane już fakty, wyciągnąć z nich prawidłowe wnioski, wskazać tego winnego. Taki płomienny stan zostaje utrzymany przez prawie cały film, w trakcie którego ciężko było mi zwrócić uwagę na ewentualne wady produkcji. Najważniejsze były emocje i dociekanie prawdy, a to można uznać za niekwestionowany plus, wszak po to chodzimy do kina, by w całości zainteresować się tym, co widzimy na ekranie.

542777_1.1

Jednak po zakończonym seansie, choć byłam zadowolona, czułam, że coś mi nie pasuje. Nie chodziło o intrygę, dziury fabularne czy głupie rozwiązania. Nie. Zdałam sobie sprawę, że nie podoba mi się stereotypowość, która niejako stanowi trzon fabuły. Żony przedstawione jako szare, nieinteresujące kobiety, które potrafią jedynie narzekać i mieć pretensje, od których trzeba uciekać, z którymi nie można się zabawić. Kochanki natomiast to te piękne, intrygujące i pożądane przez mężczyzn, stanowiące jedyne źródło uciech w życiu.

Jest to mocno męski punkt widzenia  i tacy też są bohaterowie, ale tutaj mamy do czynienia z piątką przyjaciół z praktycznie identycznymi poglądami na swoje związki i z podobnymi problemami. Nie ma mowy o żadnej różnorodności, dość wyraźnie zostało zaakcentowane, gdzie jest miejsce kobiet, a gdzie mężczyzn. Zdaję sobie sprawę, że mamy do czynienia z thrillerem, a nie dramatem psychologicznym i może za dużo wymagam, ale obniżyłam ocenę ze względu na tę płyciznę. Czysta rozrywka – tak, ale z takim oto delikatnym zgrzytem.

Jak już wspomniałam, reżyser w głównych rolach obsadził w większości dobrych i znanych aktorów. Karl Urban (Vincent), James Marsden (Chris), Eric Stonestreet (Marty), Matthias Schoemaerts (Philip) i Wentworth Miller (Luke) zaprezentowali całkiem przyzwoity poziom. Niestety nie można powiedzieć, że są to ich życiowe role. Zagrali poprawnie, ale bez iskry. Nie piszę tej recenzji świeżo po seansie i z przykrością stwierdzam, że wraz z upływem czasu ich role są coraz bardziej mgliste. Szczególną uwagę zwróciłam na Millera, który zabłysnął w serialu Skazany na śmierć. Po takim sukcesie było o nim zadziwiająco cicho; Loft to pierwsza głośniejsza produkcja, w której się pojawił, a jego występ całkowicie tłumaczy taki stan rzeczy. Otóż jest to aktor jednej roli – ta sama mimika, to samo zachowanie. Miałam wrażenie, że oglądam Michaela Scofielda (bohater którego gra w Skazanym na śmierć), czyli gościa który nie okazuje prawie w ogóle emocji i teoretycznie można go pomylić z kołkiem. Nie zdziwi mnie jeśli ponownie zniknie z dużego ekranu na następnych kilka(dziesiąt) lat.

527536.1
W ogólnym rozrachunku film oceniam pozytywnie, głównie za fabularne twisty i momenty zaskoczenia. Nie jest to arcydzieło ani obraz, do którego będzie się wracać po latach, ale nadaje się idealnie na piątkowy wieczór, kiedy mamy ochotę na czysty dreszczyk emocji.

Fot.: Universal Pictures

Write a Review

Opublikowane przez

Agata Zubala

Nałogowo czyta i kolekcjonuje książki, głównie kryminały i thrillery, ale chętnie i regularnie sięga po inne gatunki. Uwielbia oglądać filmy i seriale wszelkiej maści. Sporo czasu poświęca na aktywność fizyczną, a do ulubionych form zalicza jazdę na rowerze, bieganie i pływanie.

Tagi
Śledź nas
Patronat

1 Komentarz

  • Właśnie dlatego ze nie okazywał emocji, jego rola w tym filmie jest najlepszą ze wszystkich.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.