Filmy,Recenzje

Ależ proszę mi tu nie grzeszyć! – Radu Jude – „Niefortunny numerek lub szalone porno” [recenzja]

Niefortunny numerek lub szalone porno – nowy film rumuńskiego reżysera Radu Jude – został uznany za dzieło… skandaliczne. A wszystko to za sprawą pewnej sekstaśmy i obrazoburczego nakreślenia sylwetki współczesnych Rumunów. Niebezpiecznie jednak blisko wielu obrazom, zachowaniom i emanującej z filmu atmosferze do Polski, jak i samych Polaków.

Radu Jude to ceniony twórca kina autorskiego (znany chociażby z Aferim! – dramatu historycznego, chwilami przybierającego postać swoistego wschodnio-europejskiego westernu czy z Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy – obrazu zadającego pytanie o to, jak powinniśmy czytać i rozumieć historię własnego kraju). Tym razem, choć przy użyciu znanych mu dobrze absurdu i groteski, stworzył obraz prawdopodobnie najbardziej szokujący w swojej karierze. Niefortunny numerek lub szalone porno pojawił się po raz pierwszy w Polsce na tegorocznym Festiwalu Nowe Horyzonty, we wrześniu zaś odbyła się jego prapremiera w niektórych kinach studyjnych, a oficjalnie na ekranach polskich kin film ukazał się 24 września. Czy warto? Och, jakże bardzo warto.

Trochę seksu jeszcze nikomu nie zaszkodziło

Zaczyna się mocno. Scena otwierająca Niefortunny numerek lub szalone porno to… ostra, surowa w formie filmowa pornografia. Kolejne obok Titane mocne, dosłowne wejście. I kolejny kontrowersyjny film. Choć w porównaniu do swojego francuskiego konkurenta, kontrowersje rumuńskiego obrazu szybko tracą na intensywności. Radu Jude przedstawia nam niefortunną historię nauczycielki pewnego liceum. Tej przyszło się zmierzyć ze skutkami wycieku sekstaśmy, na której została uwieczniona wraz ze swoim partnerem. Film nagrali sami, dla własnych potrzeb. W czym więc problem? Przecież to prywatna sprawa. Ano właśnie okazuje się, że Rumuni – jak i wiele innych nacji – to są jednak narodem bardzo przyzwoitym.

Film składa się z trzech zupełnie różniących się od siebie aktów. Akt I zapowiada wspomniana wyżej nieszczęsna scena seksu, którą obserwujemy okiem kamery trzymanej przez partnera Emilii. Szokujące i w pewnym sensie złośliwe rozpoczęcie – szczególnie gdy zestawić je z tym, co zobaczymy w kolejnej sekwencji. Po kilkuminutowym pornograficznym wstępie przenosimy się na ulice Bukaresztu. Tempo zwalnia, narracja się uspokaja, a naszym oczom ukazuje się prawie że dokumentalny zapis budzącego się do życia miasta. Śledzimy bohaterkę, która zdenerwowana zmierza na walkę o swoje dobre imię. W szkole, w której uczy, zostało zwołane zebranie, dyrektorka wezwała Emilię oraz kadrę nauczycielską i pozostałych potencjalnych chętnych oskarżycieli. Ogólnie, zebranie otwarte. Taśma przecież wyciekła. Coś zrobić trzeba.

Niefortunny numerek? To zbrodnia na naszej ojczyźnie!

Budowa Niefortunnego numerka… przywodzi na myśl klasyczny dramat. Mamy tutaj prolog (w tej roli kilkuminutowa scena porno), akt I (spojrzenie – bliskiej dokumentalnej formie –  na miasto i zamieszkujących je obywateli), akt II (zaskakujący audiowizualny esej, w którym poznajemy wybrane punkty z historii Rumunii mające wpływ na rozwój państwa… lub też nie – raz są to poważniejsze wydarzenia, raz słowa, definicje czy momenty raczej humorystyczne, umoczone do tego w charakterystycznym dla Jude absurdalnym humorze), akt III (teatralna groteska, przerysowana komedia rozgrywająca się w jednej, małej i określonej przestrzeni) oraz epilog – a raczej epilogi (każdy z alternatywną wersją zakończenia, wśród których pojawia się jedna superbohaterska, a przy tym niezwykle satysfakcjonująca wizja). Każdy akt to inna stylistyka, inna koncepcja na przekazanie treści. Są to rozwiązania bardzo różne od siebie, które jednak jako całość współegzystują ze sobą bardzo dobrze. Widać i czuć, że Radu Jude poświęcił formalnym założeniom filmu dużo uwagi. Wszystko jest tutaj perfekcyjnie dopracowane. Każdy segment skupia się na czymś innym, korzysta z innej koncepcji, a przy tym wciąż utrzymuje – czy to na bliższym, czy dalszym planie – uwagę na tym, co najważniejsze: na Rumunii i Rumunach. A może raczej na problemach współczesnego społeczeństwa.

Polak, Rumun, dwa bratanki

Emilia przemierzająca w nerwowym rytmie Bukareszt pozwala nam ten lepiej poznać. Przynajmniej od zewnątrz. Pandemia nie ominęła i Rumunii – podobnie jak u nas, tak i tutaj możemy zaobserwować różnorodne manifestacje maseczkowe; podobnie jak i u nas ulice poobklejane są nieatrakcyjnymi dla oka szyldami, pstrokatymi billboardami, naderwanymi ogłoszeniami, wyblakłymi neonami; podobnie jak i u nas na ulicach wciąż przebijają się na światło dzienne odcienie szarości i postkomunistycznych pozostałości (czy to w mentalności obywateli, czy w murach budynku). Jest buro, nijako, nieestetycznie, ale jakoś tak swojsko. Robi mi się cieplej na sercu, gdy obserwuje te kadry. Sentyment rusza do działania, a przyzwyczajenie robi swoje. Jeszcze bardziej to uczucie podbijają rozmowny uliczne, które zasłyszała w trakcie swojego skazańczego marszu nasza główna bohaterka. „Współchodnikowcy” dzielą się najnowszymi ploteczkami i teoriami spiskowymi (a to o wirusie, a to o niesłychanych zaletach pewnych środków z drugiej ręki), ubarwiając zdania charakternymi wulgaryzmami. W aptece kolejki, w supermarkecie kolejki. Na ulicach coś budują, obok coś burzą, a miejskim pracom akompaniują dźwięki klaksonów. Autorskiej obserwacji nie brak lekkości w swojej audiowizualnej prezencji. Ta z pozoru nieprzystająca do fabuły filmu historia, świetnie jednak pod jego koniec wybrzmiewa. Niemoralna nauczycielka osądzona została przez niemoralnych obywateli. Wszyscy przecież jesteśmy hipokrytami.

Po kilkunastominutowym akcie obserwacji rumuńskich uliczek i lokali przechodzimy do sprawy poważnej. Historycznej wręcz. Akt II, czyli słownik treści najważniejszych. To właśnie teraz mamy okazję zaznajomić się z faktami, z którymi mamy się zaznajomić – dojrzeć, jak Rumunia stała się tą Rumunią, którą jest. Zdjęciom, grafikom i krótkim urywkom filmowym towarzyszy celowy chaos. Powoli zaczyna nam się z tego wszystkiego wyłaniać obraz współczesnego Rumuna oraz dróg, jakie go ukształtowały. Oczywiście nie zabrakło tu takich ścieżek jak: kościół, polityka, patriarchat, a także i seks. Poważniejsze zagadnienia przeplatane są tymi mniej lub zupełnie niepoważnymi. Rumuńska, ale też i nasza (bo, pomijając bliskość Niefortunnego numerka… do realiów panujących w Polsce, jest to poniekąd uniwersalna opowieść) świadomość społeczna jest pod pewnymi względami zatrważająco bliska dna. Radu Jude w humorystycznym tonie opowiada o sprawach ważnych i istotnych. Czasami jednak powinie mu się noga, szczególnie w akcie II, gdy reżyser – chwilami zbytnio szarżując – przybiera postać nieomylnego filozofa. Nierzadko rzeczy proste, wcale takimi nie są, a pospolita łobuzeria ma poza swoją zewnętrzną (często nieokrzesaną i wulgarną) warstwą o wiele więcej do zaoferowania.

Nieprzyzwoity i niefortunny numerek wylądował przed sądem

Niefortunny numerek lub szalone porno to prawdopodobnie najlepszy film Radu Jude. Świetnie sprawdza się jako komentarz społeczny, który po części wnieść można do naszego rodzimego ogródka. Sporo tu trafnych spostrzeżeń, ale i zwykłej obserwacji codzienności. Oceniania, ale i swoistej czułości. Dwa pierwsze akty zadziwiają, bo są tak różne, a przy tym z łatwością wzajemnie na siebie oddziałują. Jednak to dopiero akt III jest eksplozją formy, szaloną farsą i celnym wystąpieniem. Emilia trafia w końcu na zebranie, które szybko porzuca swoje fałszywe szaty i nabiera kształtu karykaturalnego procesu sądowego. Szybko pada propozycja, aby „dla wspólnego dobra” obejrzeć sekstaśmę raz jeszcze, na oczach Emilii. Oskarżona broni się, część zebranych jest jej nawet przychylna. To jednak niczego nie zmienia. Społeczeństwo było i jest podzielone. Sprawa gwałtownie przeistacza się w jedną wielką uliczną kłótnię, w której nie brak chamów, buraków, faszystów, homofobów, antysemitów i prostaków. Każdy oskarża każdego, prywatności nie ma (dla naszego dobra, jasna sprawa), a to, co się działo w domu Emilii, powinno być nam raz jeszcze opisane. Oczywiście, jest to nieprzyzwoite i nieprzyzwoitość przejść nie może, ale wypada jednak poznać materiał dowodowy. Radu Jude korzysta tu ze skrajnych środków, fundując nam współczesną komedię z nutką goryczy – im dłużej śledzimy ten proces, tym bardziej wychodzi na wierzch prawdziwa twarz oskarżających: pełna hipokryzji, zakłamania i niedopowiedzeń. Maski zostają zastąpione innymi maskami. Swoje higieniczne zadanie wykonają, ale przed naszymi własnymi przywarami już nas nie ochronią.

Bo u nas w Rumunii/Bo u nas w Polsce

Niefortunny numerek lub szalone porno to kino, które chce być czymś więcej aniżeli zwykłą rozrywką, a przy tym z tej rozrywki wcale tak do końca nie chce zrezygnować (co jest zresztą ogromną zaletą filmu). To kino intelektualne, obserwujące, wyjaśniające społeczeństwo (choć często zbyt kategorycznym tonem) ze świetnym finałem. Ten w prostych, choć absurdalnych, wariackich i szalonych środkach ukazuje to, jak bardzo zakłamani jesteśmy jako społeczeństwo i jako indywidualności. Wytykanie palcem? Żaden problem. Wskazanie na siebie? Przestańcie, przecież to ja jestem tym, który wykrył tę paskudną nieprzyzwoitość. Sekstaśma jest w Szalonym numerku tylko symbolem, przedmiotem, który ma dzielić i burzyć. A to, co dzieli i burzy, kusi do wystawiania ocen, krytykowania, osaczania, wykluczania, a nawet pozbywania się.

Mimo tego, że to akt III jest najbardziej barwny i trzymający w napięciu w całej tej zgubnej historii, to mi szczególnie utkwił w pamięci akt I. Obserwacyjny, dający dojść do głosu miastu i jego mieszkańcom. Po części sentymentalny, bo widać, że Radu Jude patrzy na Bukareszt z czułością. Film rumuńskiego reżysera jest nierówny (mam tutaj na myśli chwilami przyciężkawy i zbyt pretensjonalny w wyrazie akt II), czasami chcący powiedzieć za dużo i za bardzo. Ja jednak bardzo chętnie będę do niego wracać. I po to, żeby docenić formalne zabiegi, i po to, aby poobserwować to, co wydarza się na tle ulicznego gwaru, przyjrzeć się naszym przywarom, wadom i zaletom, ale i po to, by pewnie zobaczyć tam i siebie. Niefortunny numerek… to po prostu świetna filmowa prowokacja, która zachęca i do dyskusji, i do wyśmiania samego siebie.

Fot.: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty

Podobne wpisy:

Reżyseria7
Scenariusz8
Strona wizualna7.5
Gra aktorska7.5
Muzyka7
Emocje8
7.5Ocena ogólna

Filmowo zagubiona gdzieś pomiędzy niezależnym kinem współczesnym, blockbusterowym globalnym szaleństwem a chęcią poznania starej, dobrej, acz często już "subtelnie" przykurzonej klasyki. Muzyka to beztroskie, ale i mocniejsze polskie brzmienia przekrój dekad 70/80 oraz aktualne misz-masze gatunkowe w strefie alternatywy. Literacko – wszystko, co subiektywnie dobre i warte konsumpcji, szczególnie reportaże podróżnicze. Poza popkulturą miłośniczka wojaży wszelkich oraz motocyklowego i rowerowego enduro. 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *