Audiobooki,Książki,Recenzje

O tym, dlaczego nienawidzę prosecco – Remigiusz Mróz – “Nieodnaleziona” [recenzja]

nieodnaleziona
nieodnaleziona

W końcu stało się nieuniknione – przeczytałam książkę autorstwa Remigiusza Mroza. Nieuniknionym było to od samego początku i wisiało nade mną niczym zła (tak sądziłam, czy słusznie – dowiecie się za chwilę) wróżba, niczym ostrze losu (nawet wiem już jakiej firmy), które tylko czeka, by opaść. Wiedziałam, że w końcu to się stanie, bo jako osoba kochająca literaturę, musiałam wyrobić sobie jakiekolwiek zdanie o twórczości tego młodego pisarza (choćby na podstawie jednej powieści), ze względu na to, że jest on swego rodzaju fenomenem. W wieku 31 lat napisał już tyle książek, że głowa mała, zaliczył już chyba większość wydawnictw, a każde jego kolejne dzieło reklamowane jest jako bestseller i porównywane z twórczością znanych i cenionych pisarzy zagranicznych. Postanowiłam więc sięgnąć w końcu po jedno z dzieci z jego licznego stadka i wybór mój padł na Nieodnalezioną – po pierwsze dlatego, że jest to chyba (wciąż) najnowsza książka Mroza (aczkolwiek zapewne nie na długo), a po drugie – odnalazłam ją na półce z nowościami wśród audiobooków, a obawiając się, że historia nie przypadnie mi do gustu – nie zamierzałam marnować cennego czasu na czytanie wersji papierowej, lecz właśnie wysłuchać audiobooka, co mogłam robić podczas codziennych czynności, nie tracąc ani chwili. Dlaczego jednak obawiałam się, że moje spotkanie z pisarstwem Remigiusza Mroza będzie skomplikowane i raczej nieudane? Ponieważ, chcąc nie chcąc, zdarzało mi się czasami obserwować jego wypowiedzi i nie wydał mi się człowiekiem, którego mogłabym polubić. Ale, ale! Sapkowski również nie rozsiewa wokół siebie aury sympatii, a stworzył dzieła rewelacyjne. Nie można więc zniechęcać się do książek przez to, jaką osobą wydaje nam się ich twórca. Założyłam więc słuchawki, wcisnęłam “play” i zaczęłam szukać nieodnalezionego sensu w tej historii…

Przepraszam, ale właśnie odbiło mi się prosecco…

Damian Werner i jego ukochana Ewa znają się i stanowią parę od lat. Kwestią czasu było, kiedy chłopak się oświadczy. Wiedział o tym on, zapewne jego rodzice, a także sama Ewa, dla której ten symboliczny gest nie okazał się niespodzianką. Jednak tego wieczoru nie wszystko było tak przewidywalne. Tuż po romantycznej chwili na młodych narzeczonych napada banda mężczyzn – obezwładniają Damiana i zmuszają, by patrzył, jak oni po kolei gwałcą jego Ewę. Później Damian traci przytomność, a kiedy ją odzyskuje, po dziewczynie nie ma ani sladu – po jej oprawcach również. I taki stan rzeczy utrzymuje się przez następnych dziesięć lat. Ogląd na to, co działo się przez ten szmat czasu z chłopakiem, teraz już mężczyzną, daje nam autor w zasadzie niewielki – wiemy, że nie skończył studiów, że pracował i pracuje jako barman, że trwa w stanie odrętwienia od lat, a jedynym kumplem, jaki jeszcze mu pozostał, jest (nie wiadomo skąd i jak bardzo zamożny) Blitzer – wspólny znajomy jego i Ewy jeszcze z czasów szkolnych. To właśnie on przynosi pewnego dnia wieści, które wstrząsną życiem Wernera.  Okazuje się, że oglądając zdjęcia z koncertu Foo Fighters, którego jest przeogromnym fanem, trafił na zdjęcie… zaginionej przed laty Ewy. Obydwoje nie mają watpliwości, że to ona. W Damianie budzi się nadzieja, nie tylko na to, że odnajdzie ukochaną, ale również na to, że pozna odpowiedzi na dręczące go przez dekadę pytania.

Wybaczcie, znów odbiło mi się prosecco.

Z pomocą przyjaciela Damian wynajmuje rewelacyjną, drogą i ze wszech miar tajną agencję detektywistyczną, którą prowadzi mąż i żona, choć to kobieta właśnie – Kasandra – w głównej mierze zajmuje się tym biznesem. Od tego momenu zaczynają mnożyć się tajemnice, jeżdżenie po całym kraju, odkrywanie zagadek, zagłębianie się w strony darknetu, uciekanie przed policją, odkrywanie przeszłości Ewy…. Jednak narracja biegnie dwutorowo i części książki, które opowiadają historię z perspektywy Damiana przeplatane są rozdziałami, w których to Kasandra jest narratorem. Kasandra, która ma bogatego męża, prowadzi agencję detektywistyczną, ma synka, którego bardzo kocha, pije prosecco na potęgę, a tak w ogóle to… jest ofiarą przemocy domowej.

Cholerne prosecco!

Czytelnik może być nawet nieco zaintrygowany – i nic dziwnego. Zgwałcona, zaginiona, przez tyle lat nie było po niej śladu i nagle ktoś zrobił jej zdjęcie na koncercie? I jakim cudem bita przez męża Kasandra, której musimy przecież współczuć, będzie mogła pomóc Damianowi w odnalezieniu ukochanej? O jakimże twardym sercu i obojętnym czytelniczym umyśle musiałby być odbiorca, by choć minimalnie się nie zanteresować sprawą. Robi to więc, powierzając w ręce Mroza swoje obawy, przypuszczenia i nadzieje. A pisarz bierze je od niego, gniecie w zgrabną kulkę papieru, rozdartą tu i ówdzie od tego gniecenia, i z miną dumnego czterolatka, który po raz pierwszy zawiązał sznurowadła, oddaje nam, mówiąc, że oto rozwiązanie zagadki i w ogóle cała historia. Bierzemy więc tę przeklętą kulkę, rozkładamy ostrożnie i widzimy, że tu jakieś słowo się odbiło, tu jakieś rozmazało, w kilku miejscach są porządne dziury, brzegi całe porwane, a w dodatku sama kartka ledwo już trzyma się “kupy”. Zapewne przedstawiłam to zbyt obrazowo i może trochę przesadziłam, ale tak właśnie czułam się w trakcie lektury i po jej skończeniu. Nieodnaleziona miejscami zdaje się po prostu kpić z czytelnika – i to nie w tym pozytywnym tego słowa znaczeniu, kiedy autor wodzi nas za nos, a gdy wyjawia w końcu, że zabójcą jest kucharz, my łapiemy się za głowę, bo przecież mogliśmy się domyślić, czując cały czas woń podgrzanego oleju, ale byliśmy sprytnie wabieni innymi, mylnymi, ale wyglądającymi zachęcająco i prawdopodobnie tropami. Nie. Powieść ta kpi z odbiorcy, ponieważ każe mu uwierzyć w rozwiązania tak absurdalne, że ten może czuć się zwyczajnie obrażony. Nieodnaleziona, ten zachwalany “thriller psychologiczny” (ujmuję w cudzysłów, bo uważam, że to koło tego gatunku nie stało), ma sporo twistów fabularnych – to trzeba mu przyznać. Ale co z tego, skoro to właśnie one stanowią największy minus powieści? Niektórych się domyślamy i nie robią na nas wrażenia – innych w życiu byśmy nie odgadli, bo nie powinny mieć racji bytu – nawet w książce.

Ups… prosecco po raz wtóry.

W powieści jest po prostu mnóstwo bzdur i dziur logicznych i szkoda, że aby przytoczyć wszystkie, musiałabym spoilerować większą część powieści. Z telefonu w tajemniczy sposób znika zdjęcie? Jedyne, jakie Damian (i tylko on) posiada? Mróz na pewno w końcu wyjaśni, kto i jakim cudem je wykasował… tyle że nie wyjaśnia. Chłopak, który przez wiele lat był związany z jedną dziewczyną, spędzał z nią każda wolną chwilę, znali się od dziecka – nie wiedział o niej tysiąca i jednej tajemnicy i to takich, które musiałyby przez wiele lat bycia parą wzbudzić jakiekolwiek podejrzenia? Skoro tego wymaga fabuła… Naprawdę żałuję, że nie mogę wymienić tu wielu innych, ale dodam tylko, że w zasadzie to, na czym opiera się cała fabuła książki, główne spoiwo wszystkiego – jest chyba najbardziej absurdalne i niemożliwe i do samego końca miałam nadzieję, że w jakikolwiek sposób zostanie wyjaśnione. Tymczasem autor jakby sam zapomniał, o tym, co pisał wcześniej i że w ogóle nie pasuje to do tego, co przedstawia czytelnikowi teraz. W wielu momentach, jak się okazuje, sam strzelił sobie w stopę, w kolano czy w co tam jeszcze, bo po to, by uwiarygodnić coś, zarówno ze względu na głównego bohatera, jak i na czytelnika, wprawił w ruch wątki, które go pogrążyły. W efekcie Nieodnaleziona jest na siłę zagmatwana, udziwniona, za każdym zakrętem czeka nas jakiś absurd, a finał powieści… nie tylko nie rekompensuje czytelnikowi tego wszystkiego, ale w dodatku wyzwala w nim jeszcze więcej agresji.

Przepraszam, ale odbiło mi się prosecco. Ponownie.

Jakby tego było mało, książka nie broni się rownież ani stylem, ani dialogami, ani – o zgrozo – bohaterami. A przecież jest do thriller psychologiczny (podobno) do jasnej ciasnej! Tymczasem zarówno Damian, jak i Ewa, a także Kasandra, są raczej papierowi zamiast jawić nam się jako bohaterowie z krwi i kości. Werner, którego w książce jest najwięcej, nie wzbudza w nas zbyt wielu uczuć – nawet za bardzo mu nie współczujemy, a przecież po wszystkim, co przeżył, powinniśmy chcieć wedrzeć się do książki i ruszyć mu z pomocą. A jednak jawi nam się raczej jako młody Hiob, na którego udręczoną minę nie mamy ochoty już patrzeć, a jego kolejne cierpienia bardziej nas denerwują, niż wzbudzają litość. Rodzice głównego bohatera to również raczej przypadkowe figury, wplecione w fabułę właściwie nie wiadomo po co – ojciec wygłasza kilka nieistotnych zdań, matka przynosi kanapki do kryjówki syna, podczas gdy ten podejrzewa, że jest ścigany przez policję i obserwowany… Tytułowa nieodnaleziona? O niej wiemy tyle, co nic, a to, czego w końcu się dowiadujemy, może być zarówno prawdą, jak i fałszem – na koniec równie dobrze może okazać się zwykłym absurdem. Właściwie Ewa wydaje nam się – co jest średnio zrozumiałe – najmniej ważną postacią w tym całym bałaganie. Pozostaje jeszcze maltretowana przez męża Kasandra – we fragmentach, w których to ona dochodzi do głosu jako narratorka, niezwykle drażniły mnie rzucane jakby na wiatr sformułowania typu: “Ale tym razem miało być inaczej”, “Tego wieczoru jednak przekroczył swoją granicę”, “Dziś mialo być jednak odwrotnie”. Zdania te same w sobie nie rażą, jednak powstarzane przez bohaterkę raz za razem, przy każdej sytuacji, sprawiają, że przestajemy ufać Kasandrze i jej osądom, skoro ZAWSZE jest TYM RAZEM INACZEJ. To kiedy jest tak samo? Chyba w czasach przed powstaniem powieści. Do szału doprowadzają również powielane przez Mroza niektóre nazwy, jak choćby to przeklęte prosecco, którego brzmienie wywoływało we mnie niemal drgawki – a przecież można czasem napisać: “alkohol”, “napój”, “wino”. Sztućce Gerlacha również brzeczą mi w głowie i nie jest to przyjemna melodia.

Prosecco.

W ogóle cała sprawa Kasandry jest przedstawiona – moim zdaniem – dość niechlujnie. Owszem, autorowi należy się plus za to, że postanowił wziąć na tapet problem przemocy domowej, maltretowania kobiet i tego, jak trudno im się z takiego stanu rzeczy wyrwać, ale mnie osobiście ten wątek ani nie porwał, ani – z czego wynika chyba to pierwsze – nie był wiarygodny. Przede wszystkim nie podobały mi się długie i żmudne (dla czytelnika) opisy wielogodzinnego znęcania się męża nad żoną. I nie, nie chodzi o to, że były tak realistyczne i bolesne dla mnie jako czytelnika, że nie mogłam ich czytać – wtedy pisarzowi należałby się duży szacunek. Chodziło bardziej o to, że były zwyczajnie za długie, a ich czas trwania i ich – być może nie powinnam tak mówić w tak trudnym temacie, ale podczas lektury naprawdę takie uczucie mi towarzyszyło – monotonność wprawiały mnie w zwykłe znużenie. W dodatku po każdym takim “seansie” kobieta choć powinna nie móc ustać na nogach, potrafiła wsiadać w samochód i robić wiele wymagających wysiłku rzeczy. Kasandra jako kobieta niezniszczalna i przepełniona nadludzkimi mocami jest po prostu mało wiarygodna, a raczej – niewiarygodna. Wątek z Wojtkiem, jej synem, również jest poprowadzony jakby nieco na kolanie. Chłopak nie jest z pewnością pięciolatkiem, bo chodzi do szkoły, nocuje u kolegi i odrabia z tatą zadania z matematyki. Jedyne, co wiemy jeszcze o jego wieku to to, że stoi na magicznej granicy (co kilkukrotnie zostaje podkreślone), kiedy jeszcze daje się pocałować mamie na pożegnanie, ale już niedługo zacznie się tego wstydzić. No cóż, sądzę więc, że jest to dziecko na tyle duże, że powinno go zaniepokoić to, co dzieje się w domu – przynajmniej na tyle, by zainteresowany hałasami dobiegającymi z sypialni rodziców (kiedy na przykład Kasandra upada na podłogę), przyszedł sprawdzić, co się dzieje. Tymczasem chłopak żyje w błogiej nieświadomości. Teoretycznie mogłoby to być wyjaśnione jeszcze tym, jak dobrze maskuje swoje rany i siniaki matka, ale tu również Mróz nie jest zbyt konsekwentny. Raz Kasandra informuje czytelnika, że mąż bije ją zawsze tak, by nie zostwiać żadnych widocznych śladów, innym razem opowiada, jak świetnie nauczyła się te ślady ukrywać. Nie wspominając już o tym, że opisy kolejnych napadów męża jasno dają czytelnikowi do zrozumienia, że wielu śladów zwyczajnie nie dałoby się ukryć.

Czkawka. I zgaga. Od. Prosecco.

Chciałabym móc napisać, że przynajmniej aktorzy czytający Nieodnalezioną spisali się świetnie i nieco osłodzili mi lekturę. Niestety stało się odwrotnie, choć przecież Ogrodnik i Dygant to nazwiska na tyle znane i cenione, że powinno obyć się bez niespodzianek. Jakież było jednak moje zdumienie już po pierwszych zdaniach, kiedy okazało się, że Dawid Ogrodnik czyta powieść tak, jakby sam był nią znudzony, na siłę momentami akcentując niektóre wyrazy, co dało efekt po prostu komiczny. Kojarzycie ten efekt czytania referatu, którego ktoś nauczył się na pamięć? Właśnie tak czyta młody aktor fragmenty, w których narratorem jest Damian Werner. Agnieszka Dygant niestety rówież nie poradziła sobie z rolą Kasandry – mam wrażenie, że wypadła jeszcze gorzej od młodego aktora. Jej pełen żywiołowości i energii głos rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając nam w zamian zblazowaną, monotonną barwę, każąc przypuszczać, że kobieta sama usypiała podczas lektury. Słuchało się tego po prostu źle i gdyby nie fakt, że przeczytanie przynajmniej jednej powieści Mroza postawiłam sobie za punkt honoru, pewnie zrezygnowałabym już przez samych lektorów (przynajmniej z takiej formy lektury). Męczyłam się razem z Ogrodnikiem i Dygant i wprost nie mogłam doczekać się zakonczenia powieści – bardziej ze względu na lektorów niż na siebie; bałam się, że jeszcze im tak zostanie. I żeby nie było – to nie jest moje pierwsze spotkanie z audiobookiem ani jedno z pierwszych. Wiem, jak może brzmieć dobry i bardzo dobry aktor, który bierze udział w takim przedsięwzięciu. W przypadku Nieodnalezionej ten aspekt okazał się w zasadzie gwoździem do trumny książki, która już bez “wsparcia” lektorów radziła sobie kiepsko. Na korzyść aktorów nie wpływa również fakt, że zdarzają im się wpadki – jak wtedy kiedy Dawid Ogrodnik myli nazwisko jednego z pobocznych bohaterów i czyta je Paprocki zamiast Prokocki (przewinęłam 3 razy, w celu upewnienia się!) lub wtedy, gdy Agnieszka Dygant czyta “na tylnim siedzeniu” i z uporem maniaka normalne “drzwi” zamienia w “dźwi”.

“Prosecco” wymawia jednak przy każdej z niezliczonych okazji z wielką gracją.

Nieodnaleziona to moje pierwsze spotkanie z Remigiuszem Mrozem i choć liczyłam na to, że lektura pozwoli mi choć w minimalnym stopniu zrozumieć fenomen jego twórzości – tak się nie stało. Udziwniona fabuła z absurdalnymi rozwiązaniami, wprowadzanymi na siłę twistami, które wzbudzają u czytelnika raczej śmiech, kiedy ten próbuje sobie choćby wyobrazić, jak by to miało funkcjonować w rzeczywistości; drętwe, drewniane i sztywne dialogi, których zawsze się obawiamy; kompletnie odrealnione zachowania bohaterów (maltretowana przez męża, żyjąca w ciągłym strachu kobieta i poszukiwany przez policję mężczyzna, który szuka zaginionej przed dziesięciu laty narzeczonej, ścigany, osaczony i ukrywający się – urządzają sobie internetową pogawędkę z żartami, aluzjami i czymś, co w niezrozumiały i niesmaczny sposób zalatuje flirtem); papierowi bohaterowie, z którymi nie ma najmniejszych szans się zżyć; prosty i niewymagający (to akurat dla niektórych może być plusem) styl, który w pewnym momencie drażni swoją mechanicznością (nie umiem tego wytłumaczyć); dziwaczne lokowanie produktu (chyba że nim nie było – tym dziwaczniej się robi) i wreszcie zakończenie, które denerwuje i śmieszy jednocześnie. Lektura Nieodnalezionej pozostawia mnie z wrażeniem, że Remigiusz Mróz sam pogubił się w treści książki – w połowie zapomniał, o czym pisał wcześniej, w dodatku niezbyt ładnie potraktował inteligencję czytelnika, chyba ignorując fakt, że ten będzie zadawał pytania, na które autor nawet nie próbuje odpowiedzieć. Nie dziwi mnie to jednak – na wiele z nich po prostu nie ma logicznych odpowiedzi. Sam początek powieści przywiódł mi na myśl Dziewczynę z Brooklynu Musso – jednak Mróz to nie ta sama półka, co francuski pisarz. Wielu porównuje też najnowszą (czy wciąż?) powieść polskiego twórcy do książek Cobena – dawno czytałam kilka jego dzieł, ale to, co zostało mi w pamięci, miało sens, ciekawą intrygę i bohaterów, do których mogliśmy cokolwiek poczuć. Tutaj zabrakło tego wszystkiego. Cały sens zagubił się gdzieś pomiędzy kolejną zagadką, kolejnym tropem, następną niewyjaśnialną dziurą fabularną, błyskiem noży Gerlacha, kaczką przygrzaną dzięki inteligentnemu systemowi firmy Amica i hektolitrami prosecco.

Nienawidzę prosecco.

Fot.: Wydawnictwo Filia/ Storytel

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".